| | Piątek, 18.05.2012 r. | Imieniny: Feliksa i Aleksandry | | | Bruno Jasieński | | Redakcja 2006-02-16 | | Urodził się 17. 07. 1901 roku w Klimontowie pod Sandomierzem. Ojciec (Jakub Zysman) był prowincjonalnym lekarzem - okolicznych chłopów leczył przeważnie za darmo, matka - rodowe nazwisko: Modzelewska - zajmowała się domem.
Jasieński był redaktorem szkolnego pisma "Drugak", później przewodniczył zespołowi "Sztubaka"; przekładał bajki Kryłowa, przetłumaczył - ponoć udanie - Rękawiczkę Schillera. Uczył się w warszawskim gimnazjum im. Mikołaja Reja, edukację ukończył w Moskwie w 1918. Widział wypadki 1917 roku a I wojnę światową - przyczynę dalekiej wędrówki rodziny - określił mianem "rzezi światowej". W Moskwie zachwycił się egofuturyzmem Igora Siwieranina, ale chłonął także Majakowskiego, Chlebnikowa i Kruczonycha. W 1918 roku (srebrny medal na egzaminie maturalnym!) wraca do Klimontowa. W rodzinnym miasteczku - chłopi z okolic grają w założonym przez niego teatrze w Weselu Wyspiańskiego - gości krótko. Studiuje polonistykę, prawo i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Spotkanie ze Stanisławem Młodożeńcem (poeta, współzałożyciel polskiego futuryzmu) i Tytusem Czyżewskim (współzałożyciel grupy "Formiści", zakochany w sztuce podhalańskiej malarz, poeta i dramaturg) zaowocowało zorganizowaniem futurystycznego klubu "Katarynka" (1919).
Rok 1921 to czas - przesyconych poetyką ulotki i plakatu - manifestów. W słynnej "Jednodniówce futurystów" ukazują się: Manifest w sprawie poezji futurystycznej i Do narodu polskiego w sprawie natychmiastowej futuryzacji życia.
W 1921 roku w Warszawie wychodzi tom poetycki But w butonierce, w 1922 roku w Krakowie pojawia się Pieśń o głodzie, w 1924 w Warszawie wychodzi - tworzona wspólnie z Anatolem Sternem - Ziemia na lewo.Następnie wyjeżdża do Paryża.
W 1928 roku "L’ Humanité" drukuje odcinki powieści Jasieńskiego - autor jest w tym czasie członkiem Francuskiej Partii Komunistycznej i założycielem objazdowego teatru w stolicy Francji - zatytułowanej Palę Paryż". Utwór jest odpowiedzią na pamflet P. Moranda Palę Moskwę (nowela ze zbioru Swawolna Europa).
Władze francuskie zareagowały szybko - Jasieński zostaje wydalony z Francji. Nie chcą go Belgowie, nie chcą go mieszkańcy Luksemburga. Chwilowo mieszka we Frankfurcie nad Menem, po czym - cofnięto nakaz ekstradycji - wraca do Francji, by zostać z niej powtórnie wydalony. W 1929 roku dotrze do ZSRR, gdzie osiada na stałe. Zaczyna pisać po rosyjsku, przyjmuje obywatelstwo radzieckie, wstępuje do WKP(b), zaczyna działać w RAPP. Odwiedza Taszkient, Samarkandę, Bucharę. Pracuje dużo. Jest redaktorem polskiego pisma "Kultura Mas", jest członkiem kolegium redakcyjnego wychodzącej w czterech językach "Literatury Międzynarodowej", zostaje członkiem zarządu Związku Pisarzy Radzieckich.
W 1937 Jasieński zostanie aresztowany, oskarżony i skazany na piętnaście lat obozu. W drodze na zesłanie dopadnie go tyfus i Jasieński przepadnie - prawdopodobniew 1939 roku - w pomroce dziejów.
Wedle jednej z wersji, Bruno Jasieński miał umrzeć 17 września 1938 roku, w tym samym obozie, w którym konał Osip Mandelsztam; dwu umierających poetów dzieliły tylko druty zony..
Źródło notki: http://monika.univ.gda.pl/~literat/autors/jasien.htm
-----------------------------------------------------------------
Trupy z kawiorem
Pani palce są chłodne i pachną, jak opium, Takie małe półtrupki anemiczne i blond, Marzą o kimś, co by ich w pocałunkach utopił, Jak w odymce błękitnej papierosa „Piedmont”.
Na nietkniętą serwetę coś bezgłośnie opadnie... (Białe astry w flakonach umierają przez sen...) Pani milczy tak cicho, melodyjnie i ładnie, Jak w najlepszych preludiach lunatyczny Verlain.
Może smutek zielony z twarzą negra z Zambezi Owachlarzył dziś Panią, otuloną w pół-zmrok... Pani słuchać chce moich egzokwintnych syntezji Tak, jak pije się z kawą jakiś cordial-medoc.
Jednak Pani nie lubi przecież rzeczy zbyt ostrych A czyż zawsze być można gentlemanem par force?... Za minutę przyniesie nam szampana i ostryg Lokaj z twarzą wyblakłą i pomiętą, jak gors.
Zresztą stać mnie dać nawet własne serce na rożen, Jeśli z niego przyrządzą apetyczne filet... Pani pachnie dziś cała ostrygami i morzem, A ja kocham tak morze, zapłakane we mgle...
Za szybami ponurych, zieleniących się okien Pierwszy brzask się przeczołgał, znieruchomiał i legł... Pani dzisiaj jest chora... Pani płakać chce... Shocking! Wypłowiałe kotary słyszą wszystko... jak szpieg...
Pani widzi w drobnostkach zaraz ton psychodramy... Chwile życia są kruche i słodkie, jak chrust. Czy dlatego, że my się, par exemple, nie kochamy, Nie możemy całować swoich oczu i ust?
A ja chcę dzisiaj pieścić Pani piersi bez bluzki, Chcę być dziko bezczelny i mocny, jak tur. Pani dużo ma w sobie z rozpalonej Zuluski, Pani usta się śmieją i mówią: toujours!
Pani dzisiaj się marzy... jakiś sen o wikingu... Purpurowe ekscesy niewyspanej Ninon... Takie, jak Pani, bierze się w pędzącym sleepingu Na poduszkach pluszowych rozebraną i mdłą.
I, wsysając się w piersi Pani ostro-mdły zapach W końcach palców poznaje się budzący się wstręt Do tych kobiet, co dają się na brudnych kanapach Karmelkowo-lubieżne i pokorne, jak sprzęt.
W Pani spazmach być musi coś z sapiących ekspresów. Pani nogi falują tak lubieżnie i zło. W Pani mieszka księżniczka księżycowych ekscesów I członkini zrzeszenia dla pań comme il faut.
A chce Pani? Zerwiemy raz z tą wszystką hołotą! Polecimy na oślep w samochodzie, jak w śnie. U podjazdu na dole niecierpliwi już motor Ofutrzony mój szofer w swoim czarnym pince-nez.
Zeskoczymy po stopniach i zatrzasną się drzwiczki. Wszystko zmiesza się razem — to co przed i co po... Z pocałunków na rękach będziesz mieć rękawiczki I z mussonu rajera na swoim chapeau!
Zatwostepią latarnie w oszalałym rozpędzie, Zamigocą się domy i osuną się w dół. Pójdą słupy i słupy i kosmate gałęzie, Samym lotem z łoskotem rozcinane przez pół.
A w ustronnym salonie kiedyś późno wieczorem, Kiedy będzie znów jasno i wesoło i źle... Blady lokaj we fraku nasze trupy z kawiorem Poda sennie na tacy wytwornemu milieu... ----------------------------------------------------
RZYGAJĄCE POSĄGI Pani Sztuce Na klawiszach usiadły pokrzywione bemole, Przeraźliwie się nudzą i ziewają Uaaaa... Rozebrana Gioconda stoi w majtkach na stole I napiera się głośno cacao-choix.
Za oknami prześwieca żółtych alej jesienność, Jak wędrowne pochody biczujących się sekt, Tylko białe posągi, strojne w swoją kamienność, Stoją zawsze "na miejscu", niewzruszenie correct.
Pani dzisiaj, doprawdy, jest klasycznie... niedbała... Pani, która tak zimno gra sercami w cerceau, Taka sztywna i dumna... tak cudownie umiała Nawet puścić się z szykiem po 3 szkłach curacao.
I przedziwne, jak Pani nie przestaje być w tonie, Będąc zresztą obecnie najzupełniej moderne. - Co środy i piątki w Pani białym salonie Swoje wiersze czytają Iwaszkiewicz i Stern.
A ja - wróg zasadniczy urzędowych kuluar, Gdzie się myśli, i kocha, i rozprawia, i je, Mam otwarty wieczorem popielaty buduar Platonicznie podziwiać Pani déshabillé... Ale teraz, jednakże, niech się Pani oszali, — Nawet lokaj drewniany już ośmiela się śmieć... Dziś będziemy po parku na wyścigi biegali I na ławki padali, zadyszani na śmierć.
A, wpatrując się w gwiazdy całujące się z nami, W pewnym dzikim momencie po dziesiątym Clicôt, Zobaczymy raptownie świat do góry nogami, Jak na filmie odwrotnym firmy Pathé & Co.
I zatańczą nonsensy po ulicach, jak ongi, Jednej nocy pijanej od szampana i warg. Kiedy w krzakach widziałem RZYGAJĄCE POSĄGI Przez dwunastu lokajów niesiony przez park.
--------------------------------------------------------------------------------
BUT W BUTONIERCE
Zmarnowałem podeszwy w całodziennych spieszeniach, Teraz jestem słoneczny, siebiepewny i rad. Idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach, Stawiam kroki milowe, zamaszyste, jak świat. Nie zatrzymam się nigdzie na rozstajach, na wiorstach, Bo mnie niesie coś wiecznie, motorycznie i przed. Mijam strachy na wróble w eleganckich windhorstach, Wszystkim kłaniam się grzecznie i poprawiam im pled. W parkocieniu krokietni — jakiś meeting panieński. Dyskutują o sztuce, objawiając swój traf. One jeszcze nie wiedzą, że gdy nastał Jasieński, Bezpowrotnie umarli i Tetmajer i Staff. One jeszcze nie wiedzą, one jeszcze nie wierzą. Poezyjność, futuryzm — niewiadoma i X. Chodźmy biegać, panienki, niech się główki oświeżą — Będzie lepiej smakować poobiedni jour-fixe. Przeleciało gdzieś auto w białych kłębach benzyny, Zafurkotał na wietrze trzepocący się szal. Pojechała mi bajka poza góry doliny nic jakoś mi nie żal, a powinno być żal... Tak mi dobrze, tak mojo, aż rechoce się serce. Same nogi mnie niosą gdzieś — i po co mi, gdzie? Idę młody, genialny, niosę BUT W BUTONIERCE, Tym co za mną nie zdążą echopowiem: — Adieu! — __________________________________________________
| | | | | |
| |
| | | | |