| | Piątek, 18.05.2012 r. | Imieniny: Feliksa i Aleksandry | | | Jonasz Kofta | | Redakcja 2006-02-08 | | (1942-1988), pisarz, satyryk; współzałożyciel kabaretów Hybrydy (1962) i Pod Egidą (1968), od 1968 współpracownik Polskiego Radia i Telewizji, współtwórca m.in. cyklicznych radiowych audycji satyr. Ilustrowany tygodnik rozrywki; autor popularnych tekstów piosenek, utrzymanych zwykle w liryczno-nostalgicznej tonacji (m.in. Kwiat jednej nocy 1969 I nagroda na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, Pamiętajcie o ogrodach), często we własnym wykonaniu; satyry, wiersze (Na wszystkich dworcach świata 1989), utwory dram. (Wojna chłopska, wyst. 1979), libretta musicali.
------------------------------------------------------
Jej portret Naprawdę jaka jesteś Nie wie nikt Bo tego nie wiesz Nawet sama ty W tańczących wokół Ciemnych lustrach dni Rozbłyska twój Złoty śmiech Przerwany wpół Czuły gest W pamięci składam wciąż Pasjans z samych serc
Naprawdę jaka jesteś Nie wie nikt To prawda nie potrzebna Wcale mi Gdy nie po drodze Będzie razem iść Uniosę twój Zapach snu Rysunek ust Barwę słów Nie dokończony Jasny portret twój
Uniosę go Ocalę wszędzie Czy będziesz przy mnie Czy nie będziesz Talizman mój Z zamyśleń nagłych twych I rzęs Obdarowany Tobą miła Gdy powiesz do mnie kiedyś - Wybacz Przez życie pójdę Spoglądając wciąż wstecz
Kiedy się dziwić przestanę...
Kiedy się dziwić przestanę Gdy w mym sercu wygaśnie czerwień Swe ostatnie, niemądre pytanie Nie zadane, w połowie przerwę Będę znała na wszystko odpowiedź Ubożuchna rozsądkiem maleńkim Czasem tylko popłacze sobie Łzami tkliwej i głupiej piosenki By za chwilę wszystko zapomnieć Kiedy się dziwić przestanę Kiedy się dziwić przestanę Będzie po mnie Kiedy się dziwić przestanę Lżej mi będzie i łatwiej bez tego Ścichną szczęścia i bóle wyśmiane Bo nie spytam już nigdy dlaczego? Błogi spokój wyrówna mi tętno Gdy się życia nauczę na pamięć Wiosny czułej bolesne piękno Pożyczoną poezją zakłamię I nic we mnie i nic koło mnie Kiedy się dziwić przestanę Kiedy się dziwić przestanę Będzie po mnie
Trzeba marzyć
Żeby coś się zdarzyło Żeby mogło się zdarzyć I zjawiła się miłość Trzeba marzyć Zamiast dmuchać na zimne Na gorącym się sparzyć Z deszczu pobiec pod rynnę Trzeba marzyć
Gdy spadają jak liście Kartki dat z kalendarzy Kiedy szaro i mgliście Trzeba marzyć W chłodnej, pustej godzinie Na swój los się odważyć Nim twe szczęście cię minie Trzeba marzyć
W rytmie wietrznej tęsknoty Wraca fala do plaży Ty pamiętaj wciąż o tym Trzeba marzyć Żeby coś się zdarzyło Żeby mogło się zdarzyć I zjawiła się miłość Trzeba marzyć
Czułość
Nie chcę cię dotknąć Boję się Boję się twego bólu Chcę ci zostawić twą samotność A swą obecność zmienić w czułość Jesteśmy inni Każde z nas Ma swoje tajemnice ciemne Kolczasty Dziki Suchy chwast Nadzieje nadaremne Spotkali się Któryś tam raz Śpiąca królewna ze ślepym królem Chcę dać ci to Co mogę dać Czule Czulej Najczulej
Epitafium dla frajera
Żył raz Frajer Wierzył w bajer Potem umarł
Nad grobem cztery Inne Frajery Wbite w gajery Wytarte, starte W cholernym słońcu Stali bez końca Jakby po piwo Albo ćwiarę
Aż wreszcie jeden Niemłody Frajer Łzę łyknął gorzką Jak zajzajer I w taki gorąc O suchym gardle Na siebie biorąc Żałobne parle Powiedział:
Przyjacielu Trochę serca nam ubyło Ile naprawdę Jeszcze nie wiemy Pamięć o Tobie Poniesiemy Zrobimy z nią Ile umiemy Ci co z urzędu Wieńce kładli Musieli odejść Do swych spraw Nas tak jak Ciebie Czas nie nagli Frajerzy zawsze Mają czas Bracie spod jednej anatemy Żegnamy Cię i dziękujemy
Że Ci się chciało Być zakałą Gdy wystarczało Głośno klaskać Że Ci się chciało Widzieć całość Gdy wystarczała Biała laska
Że Ci się chciało Być tylko sobą Zwyczajnie dobro od zła Odróżniać Kiedy nikogo Nie było obok Tylko służalcza Szepcząca próżnia
Że Ci się chciało Myśleć tak mało O swoich własnych Nielekkich losach Że Ci godności Wystarczało By nie dorzucać Drewna do stosów Że Ci się chciało
Że Ci się chciało Ciężki Frajerze Przeżyć po ludzku Swe ludzkie życie Choć w zmartwychwstanie Nikt z nas nie wierzył Ni w wieczną rzeczy pamięć W granice Bracie spod jednej anatemy Żegnamy Cię I dziękujemy
Cztery frajery Wbite w gajery Jeszcze postały Chwilkę na słońcu Ptaszki ćwierkali A oni stali Po dobrej chwili Poleźli w końcu
I zapomnieli dać po czerwońcu
Ja bym takiego klienta W życiu nie wpuścił na cmentarz
Ździebełko Ciepełko
Wiem, że miłość jest udręką Bo się wszystkiego od niej chce Ja pragnę mało, malusieńko A właściwie jeszcze mniej
Ździebełko ciepełka W codziennych piekiełkach W wyblakłym na szaro obłędzie Różowa perełka, ździebełko ciepełka Znów wiem, że jakoś to będzie
Gdy serce ukłuje przykrości igiełka I biedne się czuje, niczyje Ciepełka ździebełko Ździebełko ciepełka Wystarczy i ewszystko przemija Ździebełko ciepełka Diamencik ze szkiełka Czułości kropelka na listku Ciepełka ździebełko Tkliwości światełko W twych oczach wystarczy za wszystko
Nie chcę wichrów, burz, nawałnic Uczuć, w których spalę się Jesteśmy przecież łatwopalni Dla mnie najważniejsze jest:
Ździebełka ciepełka...
Homo Jestem człowiek De domo homo Jaki ja właściwie jestem Nie wiadomo Najpierw mały Potem duży Potem siwy Albo łysy Bo przyroda Także swoje ma kaprysy
Jeden problem mamy z głowy I ad acta go odłóżmy Wniosek z tego prawidłowy: Jestem różny
Jestem człowiek De domo homo Co najbardziej sobie cenię Nie wiadomo Urodzenie Powodzenie Czy też czyjeś Zawodzenie Czy najbardziej sobie cenię Przyrodzenie Może ranię czyjąś duszę Po co jasny obraz mazać Jestem przecież i jako taki Muszę się rozmnażać
Jestem człowiek De domo homo Czego mi do szczęścia trzeba Nie wiadomo? Wiadomo
Nie opuszcza mnie marzenie Płynie czas, mijają lata Chciałbym powyrywać nóżki Wszystkim muszkom świata
Obraz sprawy nieco krzywy Ale po co bić na alarm Bardzo chciałbym być szczęśliwy! I się staram...
W moim domu
Tyle lat jesteśmy razem, miłą, wybacz Ale wszystko tak jak trzeba chyba nie jest Gdy musimy się codziennie przekonywać Że ty dla mnie, ja dla ciebie, istniejemy
Przecież nie mam żadnej innej poza tobą I mieć nie chcę, tyś jest wieczna i jedyna Naszym sercom zagroziła, tak jak słowem Niedokrwistość, zniechęcenie i rutyna
To normalne, że chcesz mieć nareszcie spokój A na wiosnę grządki zasiać i zagrabić Ale wiesz, bywają różne pory roku A tak życia jak tapczana nie ustawisz
Kiedy niebo nad głowami ciąży chmurnie Twoje oczy wciąż mnie śledzą niespokojnie Ja dla ciebie chyba zawsze byłem durniem Co nic nie wie, nic nie czuje, nic nie pojmie
Nie ma takiej gorzkiej prawdy, moja miła Która dla mnie byłoby nie do zniesienia Jeśli rzecz nam jaka serca podzieliła To naiwne i tchórzliwe przemilczenia
Póki czas, lepiej otwarcie ze mną pomów Zanim w złości lepszy numer ci wykręcę Chyba prawo mam, by w moim własnym domu Więcej w oczy mi patrzono, mniej na ręce Wiem na pewno, że ze sobą zostaniemy Chociaż życie nam układa się nieprosto Nie możemy rozstać się trzasnąwszy drzwiami Moja miła, moja droga Moja Polsko
Wino samotnych
Jeszcze jeden krok, mała wieczność Ta minuta trwać może sto lat Obok twoich póz niedorzeczność Jest samotność jak lustro i walc To twój cień objął cię chłodem szarym Szepce ci: jesteś nikt, nie ma cię Nie ma prawd, nie ma kłamstw Jedno wiesz, jesteś sam I tak będzie, zostanie jak jest Wypij do dna Gorzkie wino samotnych Wypij I ty i ja Potrafimy z tym żyć Śmierć oczy ma Z wypłowiałych afiszy W ciszy Gorzkie wino samotnych Wypij do dna Jeszcze masz jakąś twarz, jakieś ciało Celę, w której uwięził cię byt Jeszcze się dotąd nic nie udało Jedno wiesz, było głupio i wstyd W pustych dni gęstą sieć zaplątany W węzłach żył słyszysz szum ciemnej krwi Nie ma prawd, nie ma kłamstw Jedno wiesz, jesteś sam Pogodzony z swą klęską ktoś... nikt...
Wypij do dna Gorzkie wino samotnych Wypij Niech czarny blask Zamigoce we szkle W świecie ze ścian Tylko siebie usłyszysz W ciszy Gorzkie wino samotnych Wypij do dna
Stary Doktor
Mówili Stary Doktor, Bo był naprawdę stary I do czytania zwykł Zakładać okulary.
Zielony przez nie widział świat. O dziecka oddech lżejszy. W Doktora rękę ufnie kładł Swą dłoń król Maciuś Pierwszy.
Za oknem dudnił głucho Podkuty strachem krok, A Stary Doktor mówił Wpatrzony cicho w mrok:
Aaa, świat większy jest niż łza. Wkrótce świt Lepszego dnia, aaa. Aaa, za oknem noc i mgła. Wkrótce świt Lepszego dnia. Mówili - Stary Doktor, Co ma młodzieńcze siły, Bo chce, by dzieci znów Uśmiechu się uczyły.
Wsłuchany w serc bijących stuk I kropli deszczu nokturn Nie raz się z łóżka swego zwlókł I czuwał Stary Doktor.
Nie trzeba płakać, mówił, Choć ciężko jest nam dziś. Należy mieć nadzieję Zieloną, tak jak liść.
Aaa, świat większy jest niż łza. Wkrótce świt Lepszego dnia, aaa. Aaa, za oknem noc i mgła. Wkrótce świt Lepszego dnia.
Mówili - Stary Doktor, On nie wie, co samotność, A kiedy przyszło iść już w drogę bezpowrotną
na czele sierot swoich szedł, najmłodsze wziął na rękę i słychać było jego szept, że trzeba iść bez lęku.
Na jego rękach dziecko zbudziło się ze snu, a Stary Doktor Korczak tłumaczył cicho mu:
Aaa, świat większy jest niż łza. Wkrótce świt Lepszego dnia, aaa. Aaa, za oknem noc i mgła. Wkrótce świt Lepszego dnia. Aaa
Nerwica w granicach normy
Nie wiem co się ze mną stało, Nie wiem co się we mnie dzieje, Wiem ktoś ma duszę i ciało, Podobno ma jeszcze nadzieję, Panie doktorze, dlaczego tak Dlaczego tego mi brak? Nie przeszkadzam panu, nie? Przyszłam do pana, jak niejedna, Pan jest tu po to, by wysłuchać mnie... A te firanki to jedwab? Mam usiąść, czy się położyć? Nieważne, nie o to chodzi... Zdrożało, za mało nie starcza, Są buty, a nie w tym numerze, Zmęczona sklepowa coś warczy, Jaśminy zakwitły na skwerze, W popychu w pośpiechu, w zaduchu, Rajstopy ktoś podarł mi drutem, Tak jakoś mi nie jest do śmiechu I smutek i smutek i smutek. Pan o tym wie, panie psychiatro, Ten świat mi się zdaje potworny, Ja wiem w życiu to nie ma tak łatwo, Nerwica w granicach normy.
Kolejki, kolejki, w kolejkach, Czy dają, co dają, gdzie dają, Wśród tłumu, wyprana z rozumu, Stanęłam, postałam nie mają, Kto komu, gdzie komu do domu, Mężowie i dzieci czekają, Kupiłam! Nie mówcie nikomu... Powrotny bilet do raju, Pan o tym wie, panie doktorze, Kobieta to człowiek odporny, Jest źle, czy pan na to pomoże? Nerwica w granicach normy.
Czy to już wszystko, czy jest tak źle, Czy to nas wszystkich dotyczy, Czy mam się śmiać, czy ronić łzę, Wśród tylu obiektywnych przyczyn, Odnajdę, potrzymam, porzucę, Mnie takie się żarty trzymają, Pojadę, pożyję i wrócę, Z raju przyjadę do kraju, Mam szukać, odnajdę, porzucę, Bo życie to gwałty i sztormy, Pojadę, pożyję i wrócę, Nerwica w granicach normy.
Receptę dostałam od pana, Doktorze, wystałam, dostałam, Grzmotnęłam to wszystko do zlewu, Bez gniewu, doktorze bez gniewu, To życie jest moje, czy czyje? Źródlanej się wody napiję, A wtedy nadziejo mnie prowadź, Jak trzeba to mogę zwariować. Przeczekam, doczekam się formy, Łagodna, liryczna diagnoza Kliniczna: Nerwica w granicach normy.
Do łezki łezka
Autobusy zapłakane deszczem wożą ludzi od siebie do siebie Po błyszczącym, mokry asfalcie jak po czarnym gwiaździstym niebie Od tygodnia leje w mym mieście, ścieka wilgoć po sercu i palcie Z autobusu spłakanego deszczem liczę gwiazdy na mokrym asfalcie
Do łezki łezka aż będę niebieska w smutnym kolorze blue Jak chłodny jedwab w kolorze nieba zaśpiewam kolor blue
Autobusy zapłakane deszczem jak ogromne polarne foki Wyszukują w deszczu swe miejsce, wydmuchując pary obłoki Po zmęczonych grzbietach ich deszczem przelatują neonów błyski Autobusy zapłakane deszczem mają takie sympatyczne pyski
Do łezki łezka...
Co to jest miłość
Co to jest miłość Nie wiem Ale to miłe Że chce go mieć Dla siebie Na nie wiem Ile Gdzie mieszka miłość Nie wiem Może w uśmiechu Czasem słychać ją w śpiewie A czasem W echu Co to jest miłość Powiedz Albo nic nie mów Ja chcę cię mieć Przy sobie I nie wiem czemu
| | | | | |
| |
| | | | |