W rękach dobrego lekarza i woda staje sie lekarstwem

Mikołaj Gogol
Polska zawsze blisko
Poniedziałek, 24.04.2017 r.
Imieniny: Grzegorza i Aleksandra


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Co to znaczy wojna?

Ula Ziober 2014-03-18
ula_ziober_70.jpg(5) Najpierw zaczęły się naloty. Kiedy słyszeli huk nadlatujących samolotów wszyscy chowali się w domu. Wszystko się trzęsło i z półek spadały różne przedmioty. A za każdym razem gdy samolot był blisko albo gdzieś w pobliżu spadała bomba, spod tapet drewnianego domu z szelestem sypał się tynk. Wszystkie dzieci płakały i tylko Jankę, z niewiadomego powodu strasznie śmieszył ten drobniutki szelest opadającego pyłu. Ryk, wstrząs, szelest, ryk, wstrząs, szelest. Za każdym razem, gdy to słyszała wybuchała gwałtownym niepohamowanym śmiechem. Matka próbowała ją z początku uspokoić. Potrząsała nią, prosiła, błagała, aż w końcu zaczęła potrząsać głową z niezrozumieniem i już tylko powtarzała, sama coraz bardziej przerażona: - Jezus Maria, Janka dostała histerycznego śmiechu i zaraz się udusi - co oczywiście jeszcze bardziej rozmieszało jej córkę.

Dom wujostwa, na ulicy Antoniukowskiej, usytuowany był na niewielkim wzniesieniu. Z jednej strony schodziło się wprost do miasta, a z drugiej do wsi podbiałostockich. Na tym samym wzgórzu był też cmentarz. I właśnie tam swoje stanowisko ogniowe ustawił polski batalion. Po kilku dniach walk, było już wiadomo, że Niemcy są blisko. Czasami ziemia aż drżała od wybuchów. Polski oddział z cmentarza ciągle się przenosił, żeby zmylić wroga. W pewnym momencie ustawili się nawet w sadzie za domem, ale wujek poszedł do nich prosić, żeby się przenieśli, bo u nich tyle dzieci w domu. Kiedy żołnierze zaczęli strzelać z cmentarza w domu zrobiło się niebezpiecznie. Janka pierwszy raz słyszała świst kul i głuchy dźwięk z jakim wbijały się w ścianę domu. Ponieważ na wsi w tym czasie nie budowano piwnic tylko położone niedaleko domu ziemianki, postanowili się tam ukryć. Tam też w pośpiechu wyniesiono część rzeczy z domu, aby były bezpieczne w razie uderzenia bomby albo pożaru. Przed wejściem ustawili garnki, bo w środku nie było już miejsca. Siedzieli tam ściśnięci w kilkanaście osób. Z czego większość stanowiły dzieci. W pewnym momencie wujek Józef zaczął krzyczeć, że trzeba uciekać. Zdezorientowana Regina chwyciła swoje córki za ręce i wybiegła za nim z ziemianki. Zdążyli przebiec przez pole, sad, aż na kartoflisko. Ale gdy zbliżali się do bezpiecznej granicy lasu, nadleciał nagle niemiecki samolot i zaczął do nich strzelać. Rzucili się na ziemię chociaż młode krzaki ziemniaków nie stanowiły żadnej ochrony. Wszystko działo się bardzo szybko. Upadek, szorstkie liście na twarzy, jeszcze jedna seria z samolotu i grudki ziemi opadające na głowę i plecy, oddalający się ryk silnika, a później cisza. Gdy już wszystko się uspokoiło podnieśli się i pobiegli do lasu. I w pewnym momencie Janka spostrzegła przemykające między drzewami sylwetki, a do jej uszu doleciały urywki wykrzykiwanych po polsku komend. To polski oddział wycofywał się na dalsze pozycje. W takiej sytuacji postanowili jak najszybciej wrócić do domu, bo po wkroczeniu do miasta Niemców mogło by to być już niemożliwe. Kiedy dotarli z powrotem do ziemianki ciotka Zosia najpierw ich uściskała, a później zaczęła pomstować na wujka. - Stary, a taki głupi! Na coś ty ich do tego lasu ciągnął? Skaranie boskie z takim człowiekiem. Przecież mogliście tam wszyscy zginąć.

Co to znaczy wojna? Dla Janki były to defilady wojskowe, szeregi żołnierzy w odświętnych mundurach i długich pelerynach, takich jak ojca. A z drugiej strony okopy i wszy, o których opowiadała ciocia Stasia. Jej syn walczył pod Verdun z Francuzami. Ale przecież w mieście byliby bezpieczni. Wojsko strzelało do siebie z okopów, które były gdzieś daleko. W najgorszym razie zawsze mogli schować się do piwnicy i poczekać aż Polacy przepędzą Niemców z powrotem za ich granicę. Bo tego, że polskie wojsko jest niezwyciężone i wkrótce z Niemcami wygra, była pewna. Widziała przecież polskich żołnierzy jak podczas defilady maszerowali uśmiechnięci głównymi ulicami Poznania. Widziała samoloty, czołgi i wozy pancerne. I widziała ojca w wysokich oficerskich butach i długiej pelerynie. Nie, z takim wojskiem nic nie mogło się równać. Ale gdy tak stała w ogrodzie i patrzyła na niemieckich żołnierzy maszerujących ulicą Antoniukowską wprost do Białegostoku straciła już swoją pewność. Oni także szli uśmiechnięci w pięknych szarych mundurach. Ciężkie, podbite ćwiekami buty dudniły o bruk aż echo niosło i leciały iskry. Janka stała przy płocie i obserwowała idące kolumny. Wydawało jej się, że ten pochód ciągnie się aż po horyzont. Hełmy, karabiny, mundury tworzyły szarą falę, która właśnie zalewała jej kraj. Nagle zrozumiała, że teraz nie ma już Polski. Nie ma wolności. Ta myśl zaskoczyła ją i obezwładniła. Pamiętała jak mama i ciocia Zosia opowiadały o czasach zaborów. O tym, że nie można było mówić po Polsku. O tym, że ich kraju przez wiele lat nie było na żadnej mapie, a polscy żołnierze z różnych zaborów musieli walczyć przeciwko sobie. A żołnierze niemieccy szli, szli, szli.

Nie minęło wiele czasu i aż ktoś zaczął robić straszny harmider wśród garnków ustawionych przed wejściem. Ciocia Zosia chwyciła Reginę za rękę i trwożnie szepnęła: - Renia, to na pewno Niemcy. Ty mówisz po niemiecku, wyjdź tam do nich i zapytaj czego chcą. I rzeczywiście, na zewnątrz stało dwóch młodych żołnierzy niemieckich. Na pytanie czego tu szukają odpowiedzieli, że jedzenia. Jeden z nich zapytał też, czy nie mają jakichś lekarstw, bo bardzo boli go brzuch. Wujek był felczerem, więc wyciągnął swoją apteczkę i podał mu rozpuszczone w wodzie krople na żołądek. Regina podając mu je spytała, czy ma sama najpierw spróbować. Jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej, gdy była młodą dziewczyną, pamiętała jak bardzo niemieccy żołnierze bali się otrucia. Nie przyjmowali niczego do picia ani do jedzenia od Polaków, jeśli ci wcześniej tego nie skosztowali.

Ale chłopak tylko się uśmiechnął i łamaną polszczyzną odpowiedział, że nie trzeba, bo on jest Mazur i swoich się nie boi.

Po I wojnie światowej we wszystkich rejonach granicznych przeprowadzono plebiscyty. Zazwyczaj potwierdzały one chęć przynależności lokalnych społeczności do Polski. Ale na Warmii i Mazurach pokazały, że druzgocąca większość ich mieszkańców chce czuć się Niemcami. Co nie zmienia faktu, że większość z nich miała polskie imiona i na codzień posługiwała się językiem polskim. Oto prawdziwa ironia i tragedia polskiej historii. Po dwudziestu latach od odzyskania niepodległości, po raz kolejny, stawali przeciwko sobie ludzie, których łączył wspólny język i pochodzenie, ale dzielił kolor munduru.

Kiedy ci dwaj odeszli, Janka wysunęła się z piwnicy i stanęła obok matki. Najpierw zobaczyła jeszcze jednego żołnierza stojącego przy furtce sąsiadów. Hełm rzucał cień na jego młodą twarz, a na ramieniu miał zawieszony ciężki karabin. Stał tak nieruchomo, a za jego plecami maszerowało niemieckie wojsko.

Janka nie raz widziała polskich żołnierzy, którzy podczas defilad maszerowali uśmiechnięci głównymi ulicami Poznania. Widziała samoloty, czołgi i wozy pancerne. I widziała ojca w wysokich oficerskich butach i długiej pelerynie. Wtedy była pewna, że z takim wojskiem nic nie mogło się równać. Ale teraz, gdy tak stała w ogrodzie i patrzyła na niemieckich żołnierzy idących ulicą Antoniukowską, wprost do Białegostoku, straciła całą swoją pewność. Oni także szli uśmiechnięci w pięknych, szarych mundurach. I wydawało się, że ten ich pochód nigdy się nie skończy. Hełmy, karabiny, mundury tworzyły szarą falę, która właśnie zalewała jej kraj. Nagle zrozumiała, że teraz nie ma już Polski. Nie ma wolności. Ta myśl zaskoczyła ją i obezwładniła. Pamiętała jak mama i ciocia Zosia Radomska opowiadały o czasach zaborów. O tym, że nie można było mówić po polsku, a w szkole nauczyciele bili dzieci linijką, gdy nie potrafiły odpowiadać po niemiecku. O tym, że ich kraju przez wiele lat nie było na żadnej mapie, a polscy żołnierze z różnych zaborów musieli walczyć przeciwko sobie. Janka stała przy płocie i obserwowała idące kolumny. A żołnierze niemieccy szli, szli, szli. Ciężkie, podbite ćwiekami buty dudniły o bruk aż echo niosło, a spod nóg leciały iskry.
Kiedy wreszcie przeszła piechota, przejechały wozy pancerne i ciężki sprzęt na platformach, ciocia Zosia zarządziła powrót do domu.

Był już wieczór, więc ponownie zamknięto okiennice we wszystkich oknach, aby światło nie przedostawało się na zewnątrz. Siedzieli do późna, ale rozmowa jakoś się nie kleiła. Chociaż myśli wszystkich krążyły wokół jednego tematu, nikt nie chciał wypowiadać ich na głos. W końcu wszyscy położyli się spać, gdzie kto mógł: na łóżku, na krzesłach, na posłaniach rozścielonych na podłodze. W środku nocy obudził ich straszny hałas przed domem. Jakby ktoś walił w ściany i szarpał okiennice. Słyszeli też podniesione, niemieckie głosy. Dopiero po chwili zorientowali się, że Niemcy obrywają winogrono, którym porośnięte były ściany domu. Nikt jednak nie odważył się zaprotestować, czy choćby zapalić światła.

Kiedy rano wyszli przed dom, całe podwórko wyglądało jak istne pobojowisko. Wszędzie wokół leżały, zerwane z pergoli i połamane, gałęzie winorośli. Owoce wdeptane w ziemię ciężkimi wojskowymi buciorami, tworzyły ciemne plamy podobne do śladów krwi na miejscu zbrodni. Ciocia Zosia załamywała ręce i powtarzała:
- Barbarzyńcy. Wszystko zniszczyli, dzikusy jedne.

Pech chciał, że tego samego dnia, do sklepu cioci, przyszedł mieszkający po sąsiedzku Niemiec. Zadowolony, uśmiechnięty, już od progu przywitał ją słowami:
- No, niech pani zobaczy, Frau Nietupska, jak Niemcy robią blitzcrieg. Jaka to kultura, jaka mechanizacja.
Na co, ciocia, cała aż zadygotała.
- Kultura?! – wykrzyczała grożąc mu palcem – Niech pan idzie zobaczyć jaki mi bałagan przed domem, ta wasza szkopska kultura zrobiła!

Ale Niemcy długo w Białymstoku nie zostali. Losy tych ziem były przesądzone już od 23 sierpnia 1939 roku. Zgodnie z postanowieniami paktu Rientrop-Mołotow, który stał się przyczynkiem do ostatniego rozbioru Polski, tereny białostoczyzny znalazły się pod okupacją radziecką. Ale zanim to nastąpiło Niemcy wywieźli, co tylko się dało. Ulicą Antoniukowską znowu jechały sznury ciężarówek pełnych żołnierzy i najróżniejszych towarów, chociaż teraz wyjeżdżały z miasta kierując się w stronę twierdzy Osowiec i dalej do Prus Wschodnich. Jance najmocniej utkwił w pamięci widok jednej z tych ciężarówek, po dach niemal wypełnionej nocnikami. Mosiężnymi i porcelanowymi. Małymi i dużymi. Najróżniejszych kształtów i rozmiarów. Wyglądało to tak jakby ktoś pozbierał nocniki z całego Białegostoku i wsadził na tę jedną, wojskową ciężarówkę. Kiedy zakończyła się niemiecka ewakuacja, nastał jeden dzień ciszy. Ale była to tylko cisza przed burzą. Bo już kolejnego poranka nadeszła armia radziecka. I od razu pojawiły się wszędzie czerwone flagi, portrety Stalina i propagandowe hasła. Przyszli oswobodzicieli klasy robotniczej, którzy mieli uwolnić chłopów od niedoli u polskich panów. Janka z przerażeniem patrzyła na jadące na przedzie pułki kawalerii zakaukaskiej. Jechali na ogromnych czarnych i gniadych koniach. Mieli wysokie, futrzane czapki i długie płaszcze podbite czerwienią, co dopełniało ich upiornego wyglądu. Jedenastoletniej dziewczynce bardziej przypominali wysłanników piekła niż wojsko. Ogorzałe, płaskie twarze o skośnych, ruchliwych oczach i długie sumiaste wąsy, przywodziły na myśl obrazy Chełmońskiego i kozaków napadających na bezbronnych podróżnych.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
a-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mamypomyslyforsybrak_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1025672.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  poczta_dawniej_i_dzis_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.