Niedziela, 18.11.2018 r. Imieniny: Anieli i Romana
Lepszy jest brak informacji od złych informacji. Zamiast niezdrowych domysłów lepsza jest zdrowa informacja.

Antoni Słonimski
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

CZYTELNIA: Cień lasu (fragment powieści)

Edward Derylak 2011-02-12
derylak_e_70.jpgMinęli ostatnie zabudowania i ujrzeli nieskazitelną biel. Żadnych śladów płóz, kół, ludzkich stóp, jedynie sznur sarnich racic, zawieszony między ścianami lasu. Z trudem dotarli na miejsce. Dziki zgasił traktor. Przez chwilę w uszach gdakał motor, potem wtłoczyła się w nie cisza. Zeskakując na ukrytą pod śniegiem zmarzlinę, odczuł nieprzyjemne ukłucie w kolanach. Podniósł się powoli i rozejrzał dookoła: śnieżna poduszka otulała pnie drzew, zajęcze ślady biegły w stronę świerkowego młodnika, srebrzył się w porannym słońcu, zawieszony między sosnami, pustostan pajęczyny. Uszami łowił odgłosy lasu.

- Ładnie tu – szepnął i brodząc po kolana w śniegu ruszył przed siebie.
Siwy kilka kroków obok oddawał mocz. – Nic tu ładnego – mruknął. Z traktora wziął piłę, siekierę i podążył za nim.

Dziki wzrokiem wyłuskał spośród innych sosny, wspólnie zakupione za pół ceny od Buzdygały. Doczekały się. Czas przyszedł i na nie. Stały od jesieni, przez nikogo nie niepokojone, otoczone lustrem wody z wystającymi tu i ówdzie kępami sitowia. Teraz pod nogami miał lód. Poruszał się powoli, ciągnąc stopy po jego powierzchni. Przesuwał się tam i z powrotem. Odnajdywał, przez niego tylko widziane, „linijki” oddzielające państwowe działki od chłopskich. Właścicieli tych ostatnich wymieniał z nazwiska; mówił ściszonym głosem do siebie, jakby chciał je utrwalić w pamięci. Gdy napotkał zdziwione spojrzenie Siwego objaśnił: – Do drogi – wyciągnął rękę w stronę ciągnika – to państwowa. Tam, skąd zaczyna się podmokły teren – Buzdygały. Za tymi szuwarami, na pagórku – odwrócił się w prawo – to młodnik Drzazgi...

- Ty lepsze masz tutaj rozeznanie, niż w Nisku – stwierdził Siwy z podziwem.
- Żebyś wiedział – przyznał mu z nieukrywaną satysfakcją.
Orientował się w lesie jak mało kto. Znał każdą drogę i dróżkę. Wiedział skąd i dokąd one prowadzą, gdzie są mokradła, a gdzie pagórki, na których w lecie rosną grzyby. Odróżniał drzewa zdrowe od tych, które wkrótce będą usychać. Po wysokości i kształcie pnia rozpoznawał te, które ścinano w pośpiechu.

Po tym rytualnym, zdawałoby się, oglądzie wrócił do swoich sosen. Zagrała piła. Pochylił się i przytknął ją do pnia. Sypnęło trocinami. Siwe, piekące w oczy, spirale spalin rozmywały się w nieruchomym powietrzu.

Łoskot walących się drzew i trzask, ukrytych pod śniegiem, lodowych tafli zagłuszył wszystkie inne odgłosy. Kawałki lodu chrzęściły pod nogami, gdy uwijali się przy sosnach krzesząc je z gałęzi i tnąc na wymiarowe kawałki. Poszło sprawnie. Nie minęły trzy godziny i podczepiali stalowy dyszel. Kapoty wrzucili do środka, zapalili po jednym i weszli do kabiny. Starymi łachmanami Siwy wymościł sobie siedzenie na prawym błotniku.

Dziki depnął pedał, ursus drgnął, zaparł się, motor zagdakał mocniej i... nagle usłyszeli głuchy trzask. Traktor skoczył do przodu. To nie wróżyło nic dobrego. Jak na komendę wyskoczyli na zewnątrz. Podeszli do wozu, który nawet nie ruszył z miejsca. Koniec dyszla leżał na ziemi, jak przed podpięciem. Wbili w niego wzrok.

- A niech to szlag...! – zaklął Dziki.
- O, kurwa! – zawtórował Siwy.

Przykucnęli. W miejscu, gdzie były ramiona uchwytu, straszyły poszarpane, ostre krawędzie spawu. Dziki wsunął pod czapkę dłoń i bezmyślnie, powoli, grzebał sękatymi palcami w zmierzwionych, mokrych od potu, włosach. Zastygli w przysiadzie, jak żabie posągi. Potem Siwy podniósł oderwany hak i trzymając w dłoni kawałek stalowego pręta w kształcie litery „U” powiedział:
- Puścił spaw.
Jak na komendę, równocześnie podnieśli głowy. Ich spojrzenia się spotkały.
- Rewelacja! – zakpił Dziki. – Powiedz lepiej, co teraz zrobić.
- Trzeba przyprowadzić drugi wóz i wszystko przerzucić. – Siwy spojrzał z żalem na piętrzące się powyżej kłonic kloce. – Tyle roboty!
- A ten, z urwanym uchwytem, chyba sam weźmiesz na szelki i przyciągniesz – roześmiał się Dziki.
- Rzeczywiście. – Siwemu głupio się zrobiło, że o tym nie pomyślał. – Trzeba przyspawać.
- Tylko Wiesiek może nam pomóc – jeśli nie jest w robocie. – Dziki podciągnął rękaw i spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza. – Pojadę po niego – powiedział i podał Siwemu plastikową „piątkę” z ropą. – Masz! Żebyś nie zamarzł.

A sam szybko wskoczył do kabiny, przygazował, wcisnął sprzęgło, wbił dźwignię biegów i ruszył ostro, aż tylne koła wydarły spod śniegu ściółkę. I pognał co rusz strącając z gałęzi poduchy śniegu, aż za zakrętem Siwy stracił go z oczu.

I gnał tak przez Suche Piaski jak do pożaru. Jakby się bał, że nie zdąży. Koła skakały na grudach, dzwoniły stalowe sworznie, listwy, łańcuchy. Kotlarzowa zatrzymała się na podwórzu, wyciągnęła głowę ponad zwały śniegu i patrzyła, kto tak pędzi na złamanie karku.

Z trudem zmieścił się w bramie. Wpadł na podwórze wbijając się przodem w zwały śniegu, który syczał w zetknięciu z rozgrzanym brzuchem diesla. Kłęby pary spowiły traktor, wyglądał teraz jak pojazd nie z tej ziemi.

Wiesiek Drzazga wczoraj wieczorem uporał się z naprawą starej łady szwagra, potem do późna się „rozliczali”, a dzisiaj był chory i nie w myśli mu była jakakolwiek robota. Dopiero przed południem zwlókł się z łóżka i w zgiętej pozycji, z miną, jakby zjadł kilo cytryn siedział przy stole rozmyślając jak doczekać końca dnia, gdy wszedł Dziki. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby zrozumiał, w jakim stanie jest przyjaciel. Usiadł na krześle z drugiej strony stołu. Od Wieśka ciągnęło jak ze starej gorzelni.

- Od rana tak leży... jak zdychający pies – odezwała się matka.
- Mocno było wczoraj, co? – zagadnął Dziki. Domyślał się, jakie męki przeżywa przyjaciel.
Zna ten następny dzień, gdy pęka czaszka, w gębie kołacze się kawałek obcego żylastego mięsa, a zawartość żołądka co rusz usiłuje wydostać się na wolność.
- Skończyliśmy nad ranem – wydusił z siebie charczącym głosem Wiesiek.
- Nic ci nie będzie. Wytrzymasz do wieczora, to będziesz żył – zażartował Dziki.
Wiesiek z trudem się wyprostował, zmęczonym ruchem odgarnął z twarzy białe jak len, splątane włosy i przywołał na twarz grymas uśmiechu. Ciemne worki wisiały pod szparkami, które zastępowały mu teraz oczy. Usta poruszyły się nieporadnie.

- Co się stało? – zacharczało z głębi.
- Potrzebuję pomocy. Hak trzeba przyspawać.
- Masz załatwione, nie ma sprawy. Jutro po robocie zespawam ci i dwa haki, nie tylko jeden. A teraz daj mi spokój. Nie widzisz, jak wyglądam?
Dziki zrozumiał, że nie będzie łatwo, jednak szybko nie rezygnował.
- Posłuchaj...
- A co ja robię – przerwał mu Wiesiek z tym samym grymasem.
- Weźmiemy agregat, spawarkę i pojedziemy do lasu. Urwał mi się hak przy dyszlu. Pełen wóz drzewa. Przecież go nie zostawię. Przyspawasz hak i wracamy. Ile ci to zajmie? Nie więcej niż godzinę.
- Co on ci tam dzisiaj zrobi! Widzisz jak wygląda? – biadoliła przy kuchni matka.
Dziki nie zważał na jej słowa. Cierpliwie czekał co teraz powie Wiesiek.
- To dlaczego nie gadasz od razu, o co chodzi? – Wiesiek wyraźnie się ożywił. Wstał. Dla złapania równowagi chwycił kolegę za ramię. – Ładuj spawarkę, agregat, elektrody... Co tak patrzysz?! Przecież wiesz, gdzie są – zaczął ponaglać. – Ja tylko zimną wodą ochlapię twarz i wezmę jakąś kapotę.

- Włóż głowę do wiadra z zimną wodą – zażartował Dziki stojąc już w drzwiach.
- Chyba twoją.
Matka wydobyła spod sterty łachów wełnianą czapkę.
- Masz! – wyciągnęła rękę w stronę syna. – Ubierz się ciepło. Na dworze mróz. – Widząc, jak się szamocze z kurtką, pomogła mu wsunąć dłoń do rękawa. – Jak dziecko... jak dziecko... – z politowaniem kiwała głową.
Kiedy przyjechali, Siwy grzał się przy ognisku.
- Wyglądasz jak Cygan – powiedział na przywitanie Wiesiek.
- Zobacz jak ty wyglądasz – odparował ze śmiechem Siwy. – Masz w domu lustro?
- Bierzcie się do roboty zamiast kłapać ozorami – pogodził ich Dziki grzebiąc w skrzynce z narzędziami.

- Siedząc w kucki Siwy trzymał przytknięty do dyszla hak. Mroźne powietrze zrobiło swoje i Wiesiek odzyskał płynność ruchów – teraz on był najważniejszy. Dziki stał obok i patrzył jak uruchamiał agregat, podłączał elektryczną spawarkę i masę, mocował w uchwycie elektrodę, brał do ręki maskę... Strzeliła nagle fioletowa poświata. Mężczyźni odruchowo przesłonili ręką oczy i odwrócili głowy. Pod elektrodą, jak w diabelskim tyglu, topił się metal, a błyski raz po raz cięły leśne powietrze. Wiesiek Drzazga odsunął sprzed oczu maskę i spojrzał na znikającą czerwień spawu. (…)

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
wawa-1_800.jpgwawa-2_800.jpgwawa-3_800.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2018 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.