Nie starzeje się ten, kto nie ma na to czasu.

Benjamin Franklin
Polska zawsze blisko
Poniedziałek, 22.05.2017 r.
Imieniny: Julii i Heleny


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Czytelnia : Joachim "Beksa lala" (1)

Zbigniew Kowalewski 2013-02-08
kowalewskiz_70.jpgBył pogodny, wiosenny dzień. Joachim siedział nad prostym schematem elektrycznym. Było to kolejne zadanie warsztatowe w ramach zajęć praktyczno - technicznych. Usiłował pracowicie odtworzyć to, co poprzedniego dnia wieczorem, po kolacji próbowali z ojcem na dwóch, kolorowych żarówkach z przełącznikami. Chodziło to, żeby niebieska i żółta zaświeciły razem po włączeniu jednego przełącznika, a przy włączeniu drugiego świeciła tylko żółta. Tata dorastającego Joachima miał tak proste schematy elektryczne, dosłownie w małym palcu.

W sąsiedztwie i na całej ulicy, uchodził za prawdziwie "Złotą Rączkę". Cokolwiek ludziom w domu szwankowało, walili jak w dym do mieszkania Staroniów. Właściwie nazywał się Alterman, ale urzędowo przetłumaczono je na swojsko brzmiące, polskie nazwisko, które nie kojarzyło się z niemieckim, a już na pewno żydowskim pochodzeniem. Ojciec rodziny dawno przekroczył Wiek Chrystusowy i miał za sobą cudowne ocalenie podczas jednej z wojennych walk w nowogródzkich lasach, koło Zdzięcioła, gdzie działali partyzanci braci Bielskich.
Jako chłopiec w wieku swego syna, znalazł się przypadkowo w samym oku cyklonu. Nad jego głową świstały kule i przebiegały hordy walczących ze sobą mężczyzn. Leżąc w kartoflanej bruździe słyszał jęki rannych, nawoływania konających i wściekłe przekleństwa wydających komendy dowódców. Strwożony trwał w tej zamrożonej pozycji, jak larwa w ochronnym kokonie. Przykrytego zielonymi kłączami kartoflanych krzaków nastolatka na polu, nie zauważył przemierzający je konno jeździec z bandoletami i karabinem przewieszonym przez ramię.

Marianek odważył się unieść głowę na tyle, żeby nie było widać poruszających się gwałtownie roślin. Z wysokości siedzącego na białym rumaku, stąpającego między bruzdami wojownika było to zresztą niemożliwe, żeby zobaczył chłopca w zielonym ubraniu leżącego w morzu zieleni. Mógł wstać, bo partyzanci oddalali się, lecz wolał przeczekać do zmierzchu i dopiero po zachodzie słońca dotarł do zagrody. Raz jedyny wygadał się przy kieliszku wspominając o tym mimochodem między jednym a drugim toastem opowiadając to dla zabicia czasu. Trudno jedynie pić milcząc, jakby przy stole siedzieli sami agenci i tajniacy. W istocie tak właśnie bywało tuż po wojnie na Ziemiach Zachodnich i Północnych, tych odwiecznie piastowskich Ziem Odzyskanych. Wpis do dowodu osobistego informował kontrolujących personalia Mariana funkcjonariuszy, że ojciec Joachima urodził się w Związku Radzieckim. Rodzina Staroniów osiadła już w Polsce, nieopodal dawnego pogranicza z niemcami, które kazano pisać z małej litery. Tak uczono w szkole, do której uczęszczali jego dwaj synowie i najmłodsza z rodzeństwa córeczka. Obaj uczyli się dość pilnie, ale ze zmiennym powodzeniem w wynikach.

Jędruś był zdolniejszy, ale mniej pracowity, niż Joachim. Nie lubił przesiadywać nad książkami, bo kochał sport. Wiosną, latem i jesienią szalał na przerwach grając z rówieśnikami w piłkę na szkolnym boisku. Zimą przerzucał się śnieżkami z uczniami szkoły naprzeciwko jego budy. Pewnego razu przesadził, bo lepiąc kulę śniegową zrobił z niej groźny pocisk. W środku śnieżki była czarna bryła koksu wziętego ze stosu czekającego na spalenie w kotłowni. Popisał się celnym rzutem powalając wodzącego rej w drużynie przeciwników osiłka. Na ośnieżonej przestrzeni placu pomiędzy sąsiadującymi szkołami pojawiła się plama krwi. Nikt nie ośmielił się zdradzić winowajcy, ale wszyscy wiedzieli, czyje to dzieło. Rana nie okazała się groźna, bo koks jest lekki, tylko ma szorstką powierzchnię i ostre krawędzie. Niemniej jednak na wywiadówce rodzice usłyszeli, że muszą ukrócić agresję swoich latorośli, bo chociaż stary budynek to dawna, niemiecka szkoła, ale minęło wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć o wojnie. I tu i tam, uczyły się polskie dzieci. Powstawały nowe gmachy w myśl hasła: "Tysiąc szkół na tysiąclecie". Urodzone po wojnie pokolenie nie mogło jednak czekać i pobierało naukę w przejętych gmachach z dobrodziejstwem inwentarza.

Jeżeli ktoś z obdarowanych przydziałem miał szczęście, to ów inwentarz był nawet dość obfity. W opuszczonych mieszkaniach właściciele pozostawili meble, sprzęty domowe, naczynia, a nawet pieniądze, tylko już w bezużytecznej po wojnie walucie. Staroniowie przestali się gnieździć w zrujnowanych kamienicach przenosząc się do starych koszar wojskowych z czerwonej cegły, wysokich na cztery piętra. Pięcioosobowa rodzina zyskała nową przestrzeń życiową. Po repatriacji i wieloletniej tułaczce, mieszkaniu kątem u teściów, dojeżdżaniu do pracy w mieście z pobliskich wsi, wszyscy nareszcie mogli być blisko siebie razem, bezpiecznie, już na zawsze. Tak przynajmniej młodzi rodzice to w owym czasie sobie wyobrażali.

Małżonkowie wychowywali się w zupełnie różnych światach. Chociaż codziennie pokonywali kłopoty i przeżywali zwykłe, ludzkie sprawy w tej samej rzeczywistości małego miasteczka, mieli za sobą kompletnie odmienne dzieciństwo. Klara przyszła na świat na wsi w Czerwonym Zagłębiu, jako najmłodsze dziecko małorolnego chłopa, górnika. Jej czterdziestoletnia matka prawie otarła się o śmierć handlując podczas wojny zakazanym towarem, trafiając za to do więzienia w Lublińcu. Wszystko, co zarobiła musiała poświęcić na gratyfikację dla łaskawcy, który zechciał się za nią wstawić u Naczelnika więzienia. Inaczej by została wywieziona wraz z innymi więźniami do Oświęcimia. Już formowano transport i wycofano ją z listy dosłownie w ostatniej chwili. Małżeństwo z jej rodziny nie miało tyle szczęścia i trafiło do Auschwitz - Birkenau. Cudem przeżyli wspierając się wzajemnie jak Tadeusz Borowski ocalił Marię.
Udało im się przetrwać koszmar obozowego piekła i doczekać wyzwolenia Oświęcimia. Hołubiony przez władzę Pisarz ostatecznie rozstał się z Marią i popełnił samobójstwo trując się gazem. Małżonkowie z Zagłębia także nie potrafili się już odnaleźć w normalnym, wolnym świecie. W obozie koncentracyjnym jedno by za drugiego bez wahania oddało życie.

W powojennej Polsce znienawidzili się, a jednocześnie zdawali sobie sprawę, że zbyt wiele ich łączy, żeby bez siebie żyć. Nie widząc w tej sytuacji innego wyjścia, niż śmierć, oboje popełnili samobójstwo. To już przeszłość, ale wcale dla nich nie minęła bez żadnego śladu. Odcisnęła swoje piętno na psychice najbliższych i ich potomstwie, chociaż nikt głośno nie wspominał o tej tragicznej miłości. Ona pozostała niechcianym dziedzictwem i przekleństwem wszystkich członków rodziny po mieczu i kądzieli. Dlatego też małżeństwo Klary i Mariana nie było idealne. Nie chodzi nawet o chęć zdrady, bo to tylko jeden najbardziej z oczywistych powodów do rozwodu. Może już się za dobrze poznali, oswoili i w końcu znudzili swoją obecnością?
Ktoś powiedział, że po upływie dekady każde małżeństwo przypomina związek kazirodczy... Gdyby to była prawda, Marian i Klara mieliby usprawiedliwienie ich wzajemnego zniechęcenia.

Bez orzekania winy kogokolwiek, kryzys był oczywisty i trudno się było dłużej okłamywać. Należało to jednak ukryć przed dziećmi, oszczędzając im scen kłótni i przemocy. Z tego powodu Joachim z Jędrusiem musieli zostawać po lekcjach w szkolnej świetlicy, bo tam przynajmniej mogli zjeść obiad, a w domu przez cały dzień nie było nikogo, kto by się nimi zajął.
Chłopcy nie dociekali, czy to z powodu pracy, czy z innych przyczyn, rodzice coraz częściej przychodzili do domu osobno, późnym wieczorem. Raz tylko, jedyny raz byli świadkami awantury, która zakończyła się wzajemnymi oskarżeniami i opluwaniem. Wkrótce potem zapadła decyzja, że dłużej już tak być nie może. Skoro już doszło do tak nabrzmiałej sytuacji, trzeba było obu braci wysłać gdzieś daleko od tego przeklętego miejsca. Do wakacji daleko, ale istniała możliwość leczenia w prewentorium. Zarówno Jędruś, jak i Joachim nie wyglądali na okazy zdrowia, tym bardziej, że w domu nie przelewało się i na jedzenie wydawano o wiele za mało.

To bardzo ważne, szczególnie w wieku dojrzewania. Dlatego orzekający o potrzebie skierowania lekarze nie mieli wątpliwości, że ich kuracja jest co najmniej wskazana. Jędruś pojechał z ojcem do Paczkowa, a mama towarzyszyła Achimkowi w podróży do Jędrzejowa. Dotarli tam przez historyczny Grodków, w którym urodził się nauczyciel Fryderyka Chopina. Pałac niemieckiego grafa o trudnym do wymówienia nazwisku miał być docelowym miejscem ich wspólnej peregrynacji z północnych ziem województwa opolskiego, na samo południe. Tak właśnie rozpoczynał się nowy, niezmiernie ważny rozdział w życiu Joachima.

Dziś już nie pamięta, czy zapłakał po odjeździe mamy... chyba tak. Na pewno spocił się ze zdenerwowania i niepewności, a jego oczy także stopniowo wilgotniały. Pod zamkniętymi powiekami gromadziły się łzy, które w naturalny sposób musiały wreszcie wydostać się na zewnątrz. To wszystko działo się w milczeniu, chociaż na wypełnionej rzędami łóżek pałacowej sali nie brakowało beks, które darły się wniebogłosy. Tych zawsze bezlitośnie przedrzeźniano:

Beksa lala
pojechała do szpitala
A w szpitalu powiedzieli
takiej beksy nie widzieli!

Joachim pragnął tego uniknąć. Nie dość, że z dnia na dzień, wbrew własnej woli, musiał opuścić rodzinne miasteczko, to jeszcze tu, w obcym miejscu, musiałby na dzień dobry znosić kolejne upokorzenie? Starał się zachować spokój. To niełatwe w jego położeniu, ale dla Joachima, jak dla taty, nie było rzeczy niemożliwych. Zapewne po nim dziedziczył upór, zaś po matce wrażliwość, ciekawość świata i tęsknotę za czymś, co inni zwykli uważać za nierealne mrzonki. Chłopak w tym czasie nie mógł jeszcze tego wiedzieć, ale zawsze zachowywał się jak zakochany mężczyzna, który zaślepiony uczuciem nie widzi absolutnie żadnych przeszkód wierząc, że każdy cel jest w zasięgu jego możliwości.

cdn...
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
ap-11-144.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
wulkanizator_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046226.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  dworzec_peron_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.