W rękach dobrego lekarza i woda staje sie lekarstwem

Mikołaj Gogol
Polska zawsze blisko
Poniedziałek, 24.04.2017 r.
Imieniny: Grzegorza i Aleksandra


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Czytelnia : Joachim "marność nad marnościami" (4)

Zbigniew Kowalewski 2013-03-09
kowalewskiz_70.jpgOd tego celowo sprowokowanego nieporozumienia życie Joachima Altermana nieustannie toczyło się w przejazdach od prewentorium do szpitala i od kolejnej kliniki, do internatu, bursy, stancji i akademika. Nigdy potem nie zaznał już stałego domu i nie potrafił utrzymać tego, co nim naprawdę jest, czyli prawdziwej rodziny i jej trwałej siedziby, solidnej jak zamek pobudowany na skale. W samym nazwisku wyrażała się jego duchowa odmienność i starość zarazem. Imię także określa nasze indywidualne, ludzkie cechy, ale Joachim nie wdawał się w szczegóły.

Starał się nie rozpamiętywać przeszłości, która choć górna i chmurna musiała przeminąć, jak młodość i miłość. Kiedy go jednak dopadała hydra wspomnień, usiłował je przezwyciężyć uciekając w sen. Nie musiał nawet się kłaść i zamykać oczu, bowiem potrafił trwać nieruchomo w fotelu przez długie godziny nie reagując na dzwonek do drzwi, czy odgłos telefonu. Jego myśli nie rozpraszały grające głośniki radiowe, ani telewizyjne audycje nie wspominając już o wszechobecnych reklamach, które do niego nie miały dostępu.

Zanurzony w Oceanie wydarzeń z przeszłości Joachim całkowicie ignorował otaczającą go rzeczywistość. Najchętniej posłał by do diabła wszystkich psychologów i komentatorów piszących, paplających duby smalone o szczęściu, potrzebie zmian i przekonujących człowieka: " Do przodu, żyj !” A do tego słychać inne rady z klasycznymi cytatami : „Carpe diem” etc - Tiaaa... żyj, zryj i pieprz się, jeszcze by dodał Joachim w odpowiedzi na te wierutne bzdury. Nie da się ruszyć z miejsca pozostawiając za sobą nierozwiązane sprawy z przeszłości. One są, jak nadbagaż, a objuczony tym ciężarem człowiek przypomina jednego z grupy nadwołżańskich Buriaków ze słynnego obrazu Ilji Riepina. Ciągnąc więc za sobą swój ciężar win, porzuconych marzeń i grzechów zaniechania, zamykał powoli swoją wielką księgę nie zamierzając już do niej nigdy więcej wracać. Czerpał z niej przez całe swoje życie i chociaż wiele zawdzięczał zapisanej tam mądrości pokoleń, przez tę samą mądrość wpadał w proste pułapki, zastawione przez tych, którzy żadnej książki w życiu nie przeczytali. Ufający w potęgę ludzkiego rozumu Joachim miał prawo czuć się zaskoczony. Bez słowa skargi, tłumaczenia i głośnego żalu pozostał przez resztę życia nieufny, ślepy i głuchy na wszelkie, nawet najbardziej obiecujące sygnały. Nie potrafiły już one w żaden sposób przeniknąć przez grubą skórę okrywającą księgę okładek.

Joachim spał w barłogu, niczym ciężko ranne zwierzę. Nie miał nikogo, kto by mógł mu powiedzieć, czy w nocy rzucała się niespokojnie przewracając z boku na bok i czy w ogóle cokolwiek śnił, bo od dłuższego czasu nawiedzały go tylko dziwne fantazje i koszmary.

Nic w rodzaju tych cudownych wspomnień azalii w alejach jędrzejowskiego pałacu Grafa, równo przyciętych krzewów dalii i piwonii w popołudniowym słońcu. To jego promienie raziły Joachima prosto w oczy budząc go ze snu. Postanowił nie zmieniać ubrania i pozostać w spoconej odzieży dopóki nie rozprawi się z męczącym go wspomnieniem najpiękniejszych dni dzieciństwa. Wstając z barłogu nawet go nie zasłał.

Patrząc na pofałdowaną, zmiętą pościel wiedział, ze i tym razem zapomniane chwile z burzliwej młodości nie dawały mu spokoju. Wyznał wszystkie swoje grzechy w czasie, który pozwalał mu chodzić do spowiedzi. Tu i teraz musiał się rozliczyć nie przed Panem Bogiem, a przede wszystkim z sobą. Nie wystarczyło obmyć pod prysznicem grzesznego ciała i nałożyć na grzbiet wyprasowaną koszulę... nie! Ktoś, czy coś w nim samym domagało się szczerego rozrachunku bez słowa skargi, bo każda z nich tłumaczy i usprawiedliwia zły postępek. Cóż z tego, że oboje z bratem już we wczesnym dzieciństwie tęsknili do prawdziwego zbliżenia z dziewczyną i mieli tę samą wolę wzajemnego przytulania się nagimi ciałami pierś w pierś, ramię w ramię.

Po raz pierwszy Joachim był zaskoczony brutalnością młodego człowieka, którego rozpierają zwierzęce, nie w pełni uświadomione, ale niezaspokojone żądze oraz instynkt wyzwalający w nim niespożyte siły. Nie tak sobie wyobrażał miłość dwojga ludzi. Owszem, chciał się przytulić do brata, a kiedy nie było go w pobliżu, to do leżącego na sąsiednim łóżku kolegi z turnusu. Pozwalał się obejmować a nawet oddawał pocałunki czując słony pot na skórze o wiele potężniejszego od siebie rówieśnika. To on pierwszy wziął go w potężny uścisk, jednym, gwałtownym rzutem, jak wytrawny zapaśnik, obrócił na plecy i już nie wypuścił wierzgającego prawiczka, zanim nie dokonało się to, co już nie miało nic wspólnego z miłością. W przeciwieństwie do odpoczywającego we śnie gwałciciela, Joachim bezmyślnie wpatrywał się w okrągłą tarczę księżyca lśniącego za gęstymi fałdami firanki na oknie. Dotychczas marzył o kimś delikatnym, wysublimowanym... kimś, kto razem z nim przekroczy Rubikon miłości płynąc szczęśliwie z łagodnym nurtem w tę samą stronę.

Los brutalnie przeciął tę dźwięczną strunę i w uszach Joachima pobrzmiewał jęk fałszywego tonu po jej zerwaniu. Jeżeli kochał się z kobietą, to rzadko odnajdywał się w jej ciele tak, jak w młodości to sobie wyobrażał. Ludzie mawiają, że uprawiają miłość, a jemu zależało na tym, żeby razem ją przeżywać z kimś, komu jest bezgranicznie, z wzajemnością oddany. Kochał się więc szybko, nerwowo, czasami wręcz panicznie dążył do jak najszybszego finału, jakby chciał zrobić to, co należy i zniknąć rozpływając się w powietrzu bez śladu. Odchodząc z miejsca, w którym po raz kolejny przeżywał rozczarowanie, miał w nozdrzach zapach spoconych ciał, odór klejących się do siebie genitaliów i nieświeży oddech rzężących z rozkoszy kochanków, którzy na niesłychanie intensywny czas zespolenia, tracą wrażliwość na wszelkie sygnały, które by ich mogły wytrącić ze stanu uniesienia.

Odzyskując wrażliwość i czucie w pozostałych zmysłach czuł krople deszczu spadające na ciemię i twarz. Przynajmniej wraz z rozpoczynającą sie ulewą mógł się oszukiwać wmawiając całemu światu, że tym razem to nie on płacze. Największy deszcz nie uspokoi serca i najbardziej gwałtowna ulewa nie zmyje tego brudu, którego pozbywamy się codziennie w porannych ablucjach. Pedofilia jest dziś tematem, o którym trąbią wszystkie kolorowe magazyny, ale i ambitne pisma. Ktoś otworzył mityczną Puszkę Pandorry i mamy na sobie całe robactwo świata. Nikt nie przyzna, że drąży go w środku jego własny robak, którego nie sposób zalać nawet stuprocentowym spirytusem. Jak można z radością oddawać się miłości, jeżeli za sobą pozostawiamy tak wiele niedomówień, grzechów, win i niespełnionych marzeń ?... Nikt nie powinien ich porzucać, ale prawo do szczęścia ma ten, kto ostatecznie rozprawił się ze złem, obojętnie czy go zaznał jako ofiara, czy też sam w nim uczestniczył jako sprawca a nawet obojętny obserwator. Usprawiedliwia nas bezsilność, bo człowiek w istocie jest mierny i słaby. Jest jednocześnie wystarczająco silny, żeby brat siostrze, ojciec swej córce, a nawet syn matce wyrządził krzywdę rzucając się na ofiarę w chwili największego pożądania. O tym teraz głośno wszędzie dookoła, ale w nas do tej panuje wstydliwa cisza na ten temat.

Nie ma sprawy. Odwlekamy rozwiązanie tej zawiłej kwestii na nieokreśloną przyszłość nie zauważając nawet, jak w ten sposób hodujemy w sobie stugłową hydrę, która nas od środka zżera. Właśnie dlatego nie możemy spokojnie zasnąć i przeżywamy w nocy koszmary. Budzimy się do życia, jak otumaniony Joachim, któremu wydawało się, że spisując swe winy słowo po słowie modli się, spowiada Panu Bogu. Wierzył, że przynajmniej w ten sposób rozliczy się z własnym sumieniem i uczyni zadość skrzywdzonym. Kiedy upora się z tym dziełem, wreszcie będzie mógł wyjść na osłonecznioną ulicę i spoglądać z uśmiechem ludziom prosto w twarz. To nie jedyne złudzenie, które pozwala nam cenić życie, inaczej byśmy się z nim rozstali, jak bezskutecznie próbował to zrobić Joachim. Za każdym razem przerażenie brało nad nim górę. Zapłakał wtedy nad sobą, że nawet tego nie potrafi właściwie uczynić.

Analfabeci, geje, lesbijki, uczeni w piśmie, filozofowie, pisarze, główne księgowe, dyrektorzy, reżyserzy i aktorzy, duchowni wszystkich wyznań, politycy, kłamcy, złoczyńcy i oszuści, autor, czytelnik i ich żywa Księga, na wieki wieków zostali rozgrzeszeni ze wszystkich win i tak już pozostali niewzruszeni dożywając w spokoju reszty swoich dni… On, nie. Ale… do Jasnej Anielki, co teraz ludzi napadło, żeby tak nagle odchodzić? Wszędzie aż roi się od wyznań i wierszy o konieczności nieuchronnego rozstania się z tym światem... Co tych biednych ludzi opętało? Do niedawna większość z nich, rękami i nogami broniło z takim trudem zdobytej pozycji i nikt nie myślał poddać się tak sugestywnym wrzaskom tłumu. Co z tego, że Balcerowicz musi odejść?... I on pozostał na bezpiecznym miejscu i Pani Vice Marszałek, Wanda Nowicka obroniła się przed wściekłym posłem Palikotem, i sam Lech Wałęsa jest, gdzie jest, chociaż nie chciał... ale musiał wreszcie odejść. Nawet sam papież zdecydował, że to wszystko go przerasta. Cóż, cały świat i człowiek, to marność nad marnościami, „vanitas vanitatuum”…

Wszystko to byłoby jeszcze do zniesienia, gdyby nie znajome spojrzenia prosto w oczy. Za każdym razem człowiek odnosi wrażenie, że został prześwietlony na wskroś promieniami Roentgena i po takiej błyskawicznej obserwacji jest już bezbronny, niczym nagie niemowlę. Dlatego błądzi on godzinami wśród nieznajomych twarzy, porusza się w anonimowym tłumie unikając wzroku kogokolwiek, kto mógłby rozpoznać, kim jesteśmy. Lepiej pozostać w bezpiecznym domu nie reagując na pukanie do drzwi, bo dzwonek dawno już został odłączony. Niespodziewanie noc zmienia się w dzień, a za zasuniętą kotarą organizm w świetle słońca nadrabia całonocne czuwanie. To zakłócenie naturalnego rytmu snu i odpoczynku po koszmarach, jest jedynym sposobem na ich uniknięcie. Prędzej, czy później do nas przyjdą i dopadną nas, ogarną ciało i duszę. I będą śnić się nam tortury, czarne trumny, egzekucje i sceny niewyobrażalnej męki.

Wtedy już żaden Bóg psychiatrów nic, absolutnie nic na to nie poradzi, bo tak, jak syty nie zrozumie głodnego, zdrowy, bogaty i szczęśliwy człowiek nie jest w stanie pojąć, co naprawdę dzieje się w umęczonej duszy bliźniego, któremu wciąż wieje w oczy boski wiatr.

Koniec
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
a-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mamypomyslyforsybrak_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1025672.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  poczta_dawniej_i_dzis_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.