Czwartek, 20.09.2018 r. Imieniny: Filipiny i Eustachego
Doświadczony żeglarz nie walczy z prądem ani wiatrem, ale pozwala im unosić się w obranym przez siebie kierunku.

Bolesław Prus
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

CZYTELNIA: Vaterland (opowiadanie cz.1)

Edward Derylak 2010-12-21
derylak_e_70.jpgSzyby drżały od wybuchów. W małych oknach pojawiały się błyski wystrzeliwanych i spadających pocisków; wybuchające tu i ówdzie pożary siały przerażenie i grozę. W powie-trzu czuć było spalenizną. Słychać było tupot żołnierskich butów. Tak było przez kilka dni i nocy. Potem nastąpiła cisza. Tajemnicza, wypełniona niepokojem i strachem, paraliżująca.

I znowu żołnierskie buty. Te były rozczłapane, ubłocone, z setkami kilometrów w sobie. Ludzie wyszli na ulicę i zobaczyli swoje miasto. Z wyburzonymi dziewiętnastowiecz-nymi kamienicami, sterczącymi kikutami ścian, obnażonymi krokwiami dachów. Lejami po pociskach. Napotkani żołnierze mieli skośne oczy, szare szynele i mówili niezrozumiałym, wschodnim językiem; bezwstydnie i chamsko zaczepiali kobiety na ulicy. Z opuszczonych domów wynosili meble, rozbijali je i układali w stosy. Potem grzali się przy ogniskach. Inni zajmowali opuszczone w pośpiechu mieszkania; w ubraniach kładli się w pościel nie do-strzegając na poduszkach zaszronionych śladów odciśniętych przez głowy dotychczasowych mieszkańców. W patelniach niemytych po ostatniej jajecznicy odgrzewali tuszonkę, pili sa-mogon, grali na harmonii i śpiewali.

Utykając na prawą nogę – pamiątka po pierwszej wojnie – Rudolf Schulz chyłkiem poruszał się wzdłuż ścian kamienic przy Kepler Str. w stronę rynku; tam, przy jego zachod-niej pierzei mieściła się apteka Kranza. Nie mógł już dłużej czekać: od dwóch dni Helga była bez lekarstw. Po tygodniu okazało się, że i one nie pomogły. Przez lata wojny wszyscy oswo-ili się ze śmiercią, ale nie pogodzili. Gdy przygarniała najbliższych stawała się bezwzględna, brutalna.

Rudolf nie miał czasu na rozpamiętywanie swojego bólu. Za oknem życie gnało na-przód. Włączył radio. Pełen optymizmu i nadziei – jak przed laty – głos wodza zapewniał, że stolica nie padnie na kolana... Przekręcił gałkę. Nie miał złudzeń – to był już koniec. Godzi-nami wystawał przy oknie. Objuczeni walizkami, pękatymi tobołkami, workami ludzie zajmo-wali opuszczone domy jak swoje. Z dnia na dzień przybywało obcych. Wystraszeni, z wci-śniętymi w ramiona głowami – tych była większość. Byli i inni: pewni siebie, nachalni, hała-śliwi. Rudolf widział na ulicy i jednych, i drugich. Słyszał ich wschodnią mowę, której nie ro-zumiał. Była inna od tej, jaką posługiwali się obcy żołnierze z pięcioramiennymi gwiazdami na czapkach.

Rozpoczęła się rejestracja ludności niemieckiej. W budynku przy skrzyżowaniu Gar-ten Str. i Kepler Str. Kilka kroków od domu Rudolfa. Zgłosił się tam we wskazanym terminie, gdzie otrzymał kartę reklamacyjną koloru czerwonego, jako że do niedawna pracował w za-kładach przemysłu wełnianego – taką otrzymywali wybitni specjaliści. Dokument ten dawał mu prawo pozostania jakiś czas w mieście. Inni w ustalonej przez nich kolejności mieli wyjechać.

Ważny papier schował do wewnętrznej kieszeni marynarki i ruszył w miasto. Pierwszy raz od wkroczenia obcego wojska wybrał się tak daleko i bez konkretnego celu. Pewny sie-bie spoglądał w twarze mijanych ludzi. Tylko niektóre były znajome. Mijał znane, ale obce mu już miejsca. Ruiny, w połowie rozerwane domy, obnażone wnętrza mieszkań, kanapy, stoły, wiszące na ścianach obrazy... Jacyś ludzie zrywali szyld nad sklepem.

Widok ten przygnębiał. Utykając, Rudolf szedł przed siebie. Apollo-Theater. Drzwi i okna na głucho zabite deskami. Napłynęła fala wspomnień.

Była to rocznica urodzin Helgi. Jesienny wieczór. On w czarnym garniturze, nieskazi-telnie białej, pieczołowicie uprasowanej przez żonę, koszuli z bordową muszką pod szyją. Ona w długiej ciemnej sukni z atłasu w fantazyjnie przechylonym na bok ażurowym kapelu-szu. W antrakcie stali w holu z Voglami i pili pomarańczowy sok. „Jakże to odległy czas” – westchnął, usiłując odrzucić sprzed oczu obrazy niczym senne majaki.

Przed pałacem Talleyrandów żołnierze ładowali na ciężarówki ciężkie skrzynie. Zło-rzeczyli pewnie, czego się domyślał po ich podniesionych głosach. Zatrzymał się mimo woli, zapatrzył... Jeden z żołdaków – jakiś starszy pewnie, bo stał i dyrygował – zauważył go i krzyknął w jego kierunku. Wtedy Rudolf ocknął się, obleciał go strach i ciągnąc za sobą nie-sprawną nogę pośpiesznie ruszył przed siebie.

Do pracy miał niedaleko. Kawałek Garten Str., za skrzyżowaniem mijał po prawej restaurację Ressuerce, wchodził na Stadtwiese i oczom jego ukazywał się czerwony budy-nek poczty, po jego minięciu trafiał na most i w prawo na Deutsche Str. U jej wylotu były za-kłady przemysłu wełnianego – wszystkiego tysiąc metrów. Niewiele, ale zważywszy na jego nogę, to dużo.

Pochylony nad płachtami rysunków technicznych, w otoczeniu rulonów kalki tech-nicznej, wiszących bloków rysunkowych, pojemników z ołówkami, redisówkami, tuszem... – jednym pociągnięciem ołówka decydował o: rozmieszczeniu maszyn w hali, doborze odpo-wiedniej stali, średnicy śrub, kotw mocujących. Oczami wyobraźni – wyprzedzając pracują-cych robotników i jeńców – usuwał zalegający gruz, stawiał maszyny, napełniał magazyny belami kolorowych tkanin. Czy myślał, że to dla obcych, nie swoich? Z pewnością tak. Jed-nak przede wszystkim był inżynierem, dopiero potem pracownikiem u zwycięzców. W tym zapamiętaniu kończył czas pracy, a myśli podświadomie dążyły do domu przy Garten Str.; do nakrytego stołu, przy którym siedzi już Jurgen i czeka z niecierpliwością, kiedy on zdejmie w przedpokoju marynarkę, umyje ręce, zamieni kilka zdawkowych zdań z jego matką i usią-dzie przy stołu. Wtedy Helga postawi wazę z parującą zupą, napełni najpierw jego talerz, potem chłopca, na końcu swój...


Wyprostował się i spojrzał przez okno. Zabite deskami na krzyż okiennice, żywe kolory farby pod zerwanymi szyldami sklepów i piwiarni u Buckiego, obcy ludzie, wojskowe auta... Z fabryki nie wychodził przez cały dzień. Był przy nim człowiek znający mowę jego i tamtych. Po kilku tygodniach zrozumiał, że dopóki będzie im potrzebny, może czuć się pewnie. Dostawał kartki na żywność, na chleb, mydło. Był zadowolony. Co niedzielę w ko-ściele Łaski na Kirchenplatz spotykał swoich. Byli razem; przez krótką chwilę. Skupieni w małych grupach, po mszy, półgłosem dzielili się wiadomościami, wzajemnie dodawali sobie otuchy. Zyskiwali siłę na kolejny tydzień. W listopadzie w świątyni spotkali się ostatni raz – kościół został zamknięty.

Obcy przybysze zapełniali miasto. Znikały dotychczasowe nazwy ulic, szyldy sklepów i restauracji. Rozpoczęła się wywózka. W pierwszej kolejności starcy, kobiety i dzieci. W przeddzień wyznaczone rodziny otrzymywały zawiadomienie, żeby stawić się na rynku. Można było zabrać tyle dobytku ile każdy udźwignie. Eskortowani przez milicję szli przez most w kierunku zachodnim – w sąsiednim, odległym o piętnaście kilometrów mieście, był punkt zborny. Czekały na nich pociągi, którymi jechali do strefy brytyjskiej lub wschodniej. Dla nich była to obco brzmiąca, tajemnicza nazwa. Jak i język, którym posługiwał się woj-skowy, zanim człowiek w jasnej marynarce nie przemówił w ich języku. Po miesiącu był spo-kój. Nikt nie roznosił zawiadomień o zbiórkach na rynku. Dopiero zimą i potem w następnym roku, i następnym – aż miasto opustoszało z dawnych mieszkańców. Zostali jedynie nielicz-ni. Rudolf Schulz za każdym razem żegnał znajomych, przyjaciół. Patrzyli na niego tępym wzrokiem, gdy stał na chodniku. Oczy ich były matowe, bez wyrazu. Wtedy odczuwał pustkę wokół siebie; wszystko stawało się jeszcze bardziej obce: ulice, mijani ludzie.

Z okien domu przy Garten Str. widział szpital po drugiej stronie ulicy; obce mundury, samochody, nawet drzewa – miał takie wrażenie – były jakieś inne, liście na wietrze szeleści-ły inaczej. Gdy tak siedział kiedyś odrętwiały, zamyślony, podszedł do niego Jurgen i zapytał:
- Tato, a my, kiedy wyjedziemy? – Dziecięce oczy były poważne, wpatrzone w ojca, twarz skupiona.
- Powiem ci, tylko nie tutaj; choć ze mną.

Wąską dróżką przecisnęli się między kamienicami, wspięli się na wzniesienie. Kuta, ogromna stalowa brama – zamykana o zmierzchu – była teraz otwarta. Znaleźli się po drugiej stronie. Wypielęgnowane kiedyś alejki, ścieżki tonęły w trawie, lebiodzie, panoszących się wszędzie konwaliach. Nawłoć i wrotycz skupione stadnie żółciły się tu i ówdzie. Mur porastał winobluszcz. Nagrobek Helgi – przy głównej alei, kilkanaście kroków od bramy – był zadbany, nie bratały się z nim łodygi i liście dzikich roślin. Złociły się litery imienia i nazwiska wyryte w marmurze, poniżej dwie daty. Rudolf wyjął ze schowka miotłę i zmiótł liście. Rozstawił, potem zapalił przyniesione znicze. Dopiero wtedy ciężko opadł na ławkę.

- Widzisz – odezwał się grobowym głosem – człowiek umiera dwa razy: raz fizycz-nie, gdy zejdzie dwa metry pod ziemię, drugi – w pamięci najbliższych, znajomych. I dopiero ta druga śmierć jest śmiercią ostateczną. Gdy nas tutaj nie będzie – parokrotnie poruszył wskazującym palcem skierowanym w dół – za rok w tym miejscu, będą się krzewiły same łopiany, podbiały i skrzypy. Jak dookoła – ręką zatoczył łuk i spojrzał na syna, który siedział obok milczący, nieruchomymi oczami patrząc przed siebie.

Potem przeszli główną aleją do końca i skręcili w prawo. Wzdłuż muru, na uboczu piętrzyły się budowle ze szlachetnego marmuru.

- Popatrz – ruchem głowy wskazał rodzinne grobowce – oni byli najważniejsi w mieście. Teraz nie ma komu nawet świeczki im zapalić. – Przeszli kilkadziesiąt kroków w stronę bramy. – Albo tutaj. – Zatrzymali się przy kilkunastu rzędach jednakowych krzyży. Ojciec zrobił kilka kroków – syn tuż za nim – w stronę postumentu z klęczącym żołnierzem w szyszaku na głowie, poniżej pamiątkowa tablica. Zapalił jedną, symboliczną świeczkę. – To dla nich wszystkich – powiedział, kiedy się wyprostował. – I po co była potrzebna ich śmierć. Kto ich jeszcze dzisiaj pamięta?!

- A ty? – niespodziewanie odezwał się chłopiec.
- Co, ja?
- A ty ich pamiętasz?
- To byli moi koledzy – skierował wzrok na syna. – Z naszego miasta, z naszej uli-cy.

Młodzi chłopcy, których wchłonęła ziemia, za wcześnie, a czas strawił kości. Ech... – zniechęcony machnął ręką i ramieniem objął syna. Ruszyli w stronę bramy. – Albo tam – ruchem głowy wskazał róg cmentarza po prawej stronie, gdzie wzdłuż muru z czerwonej ce-gły była usypana zbiorowa mogiła – leżą jeden na drugim jak na piętrowych łóżkach w ko-szarach. Pod czerwoną gwiazdą. Bezimienni, zapomniani zwycięzcy.

Chłopiec nie wyczuł ironii w głosie ojca, bo z dziecięcą ciekawością zapytał:
- Tato, a kogo oni zwyciężyli?
Rudolf pogrążony w swoich myślach ciągnął swój przerwany wątek.
- Trochę dalej w mniejszej mogile leżą nasi. Teraz będą mogli się odwiedzać, po-gadać ze sobą. Nieznajomość języka nawet im nie przeszkodzi...
Wracali nie spiesząc się. Ojciec mówił już tylko do siebie; nie zauważył, że syn zajęty jest czym innym: rozgląda się dokoła, zbiera kolorowe liście, jakimi usłana jest dróżka.

Zimą do domu Rudolfa Schulza dokwaterowano rodzinę Polaków – małżeństwo czterdziestolatków z trójką dzieci: chłopcem i dwoma dziewczynkami. Przed miesiącem zjawili się w domu jacyś urzędnicy: mężczyzna w starym, niczym z gardła wyjętym garniturze, w krawacie, z teczką w ręku i kobieta – wysoka, w za dużym, wiszącym na jej chudych ramionach żakiecie. Rozejrzeli się po domu, zapytali kto mieszka, coś zapisali w książce, którą na tę okoliczność wyjął z teczki mężczyzna i wyszli.

Rudolf zastanawiał się nad tymi niezwykłymi odwiedzinami, rozważał coś w myślach cho-dząc tam i z powrotem po pokoju, analizował i na koniec doszedł do wniosku, że z pewno-ścią nic dobrego ta wizyta jemu nie przyniesie. Pewnie ich stąd wykwaterują. Słyszał o takich przypadkach, ba, widział nawet. Tylko gdzie? Przez następne kilka dni nic się nie działo, wię-c zapomniał o odwiedzinach tej dziwnej i tajemniczej pary.

Pewnego wieczora usłyszał głośne i natarczywe pukanie. Żadnej wizyty się nie spo-dziewał, tym bardziej zdziwiony i zaniepokojony zarazem, pełen złych przeczuć, pospieszył do drzwi. Otworzył. Zobaczył tę samą kobietę, która w towarzystwie mężczyzny złożyła mu niespodziewana wizytę przed trzema tygodniami. Tym razem oznajmiła głosem nie znoszą-cym sprzeciwu, że ci ludzie – wskazała stojącą za nią parę z trójką dzieci – będą od tej chwili tutaj mieszkać. Zanim wiadomość dotarła do świadomości, nieznajomi zajmowali pokoje na piętrze. Rodzina Olszowych – tak nazywali się jego współlokatorzy – to byli spokojni ludzie. Rudolf przyzwyczaił się do ich nieuciążliwej obecności. Spotkali się kilka razy – było to nie-uniknione – w ganku, przed domem; skinieniem głowy wymienili między sobą pozdrowienia i to wszystko. Nieznajomi unikali jego spojrzenia. Jakby się bali albo wstydzili. Wieczorami nasłuchiwał – powodowany bliżej niesprecyzowanymi obawami, a nie drążącą jego umysł ciekawością – odgłosów dochodzących z piętra.

Kiedyś wracał do domu wieczorem. Jesienny wieczór ogarnął już budynki, ulice, zacieśniał się wokół niego. Spojrzał ponad strzelistym dachem Ressource. Czarne chmury stadnie goniły po niebie. Zbierało się na burzę. Garten Str. tonęła w ciemnościach wspomaganych przez unoszącą się z przyległych łąk mgłę. Zaraz z brzegu – czwarty w kolejności – stał jego dom. Minął skrzyżowanie i zatopił się w mgielno-nocnych tumanach. Przed domem dojrzał jakąś sylwetkę. Ktoś jakby czekał na niego przechadzając się pewnym, twardym krokiem tam i z powrotem. Parę metrów dzieliło go od furtki, gdy tamten się odwrócił. I wtedy rozpoznał na jego plecach – nie miał żadnych wątpliwości – pepeszę: karabin z talerzowym magazynkiem, jakie oglądał wielokrotnie na kronikach filmowych w czasie wojny. Nie miał wątpliwości, kto to był. Dlaczego jeden, zawsze byli przynajmniej we dwóch. Przeszył go strach. Ścisnął za gardło. Wpadł niemalże w otwartą furtkę. „Zawsze była zamknięta” – przemknęła myśl. Drżącymi rękami wyjmował klucze, gdy usłyszał szamotanie za domem, przy komórce. Tłumione głosy, a po chwili rytmiczne, głuche uderzenia o drewniane drzwi. „Co go wtedy podkusiło?!” – zastanawiał się potem w domu. – Skradając się wzdłuż muru, znalazł się przy rogu budynku. Słyszał łomot serca. Bojaźliwie wychylił głowę. I wtedy, jakby na jego życzenie, księżyc przegonił chmury i błysnął niebieską poświatą. Tuż koło niego, na wyciągnięcie ręki, leżała taka sama pepesza, jaką widział na plecach u żołnierza przed domem. Kilka kroków dalej, przy drzwiach komórki, dwie sylwetki zmagały się ze sobą. „Mołczi, blat” – usłyszał w niezrozumiałym mu języku. Nie znoszący sprzeciwu męski głos nie mógł być przyjazny. Tego był pewny. Znowu spojrzał na pepeszę. Już chwytał za kolbę, czuł w dłoni zimny, wilgotny dotyk drewna, gdy jakiś wewnętrzny głos – z pewnością rozsądku, wspominał później – osadził go w miejscu. Powoli wychylił się zza muru. Chłopak w rozchełstanej marynarce podciągał spodnie. Zauważył go. Błyskawicznie, kocim ruchem chwycił automat.

- Ruki w wierch! – rzucił ostro.

cdn.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM
Informujemy czytelników ,że opowiadane Vaterland cz.1 i 2 obecnie znajduje się w dziale:CZYTELNIA
~Redakcja 2011-01-02 14:13

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
wawa-1_800.jpgwawa-2_800.jpgwawa-3_800.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2018 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.