Sobota, 23.06.2018 r. Imieniny: Wandy i Zenona
Żaden dzień nie jest długi dla człowieka czynnego

Seneka Młodszy
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

CZYTELNIA: Vaterland (opowiadanie cz.2)

Edward Derylak 2010-12-25
derylak_e_70.jpgAkurat ten zwrot rozumiał. Powoli podniósł ręce. „To pewnie koniec” – zdążył pomyśleć patrząc na skierowany w niego wylot lufy. Sołdat jedną ręką zapiął spodnie, potem ostrożnie, nie spuszczając z niego czujnego spojrzenia, ominął go bokiem i zniknął za rogiem budynku.
Roztrzęsiona kobieta, w której rozpoznał bez trudu sąsiadkę z piętra, drżącymi rękami poprawiała ubranie i włosy.
- Ach, to pan – odetchnęła z ulgą, mimo, że policzki paliły ją ze wstydu. – Dziękuję, że pan się pokazał. Nie rozumiał, co mówi do niego kobieta, ale intuicyjnie wyczuł, że jest zadowolona z jego obecności. Szybko doprowadziła się do porządku i zbliżyła się do niego. Za blisko jak na rozmowę dwojga obcych ludzi, toteż mężczyzna mając przed sobą twarz kobiety – pięknej i młodej – poczuł się niepewnie. Na twarzy czuł jej ciepły, przyspieszony jeszcze oddech. - Nikomu pan nie powie, dobrze? – powiedziała stanowczym i błagalnym zarazem głosem, dobierając pojedyncze słowa. – Moja rodzina, mąż... – pokręciła przecząco głową, gdy zabrakło jej słów. - Rozumiem, rozumiem... – mężczyzna przyjacielskim gestem położył dłoń na jej ramieniu. Drżała jeszcze. Rudolf Schulz w nocy długo nie mógł zasnąć.

Pewnego wieczoru przyszedł do niego sąsiad – wysoki, postawny mężczyzna – i zaprosił go na herbatę. Rudolf najpierw się wzbraniał, ale ostatecznie zabrał syna i poszedł.
Gospodarze starali się być mili, uprzejmi, jednak rozmowa rwała się. Trochę z trudności językowych, a trochę z powodu niecodziennej sytuacji. Pani domu unikała jego wzroku. W pewnym momencie ich spojrzenia się skrzyżowały – jej twarz okryła się rumieńcem. Rudolf starał się nie rozglądać, a mimo to wzrok jego ślizgał się po znajomych sprzętach i meblach. Przed oczami pojawiali się na przemian: Hans Vogel, Rita i ich syn Ginter. Czuł się nieswojo, był spięty; żeby pokryć swoje zażenowanie nie szczędził uśmiechów i miłych słów.

Czuł się już coraz pewniej wśród obcych ludzi, niezrozumiałej mowy, nowego otoczenia, gdy wydarzył się ten przykry dla niego incydent. Wracając z pracy wstąpił do Ressource. To nie była już ta sama restauracja, w której przysiadywał – kiedy, to było! – z ciągle poważnym Johanem, sypiącym dowcipami Peterem i rozpolitykowanym, z pokaźnym brzuchem Fryderykiem, a rudy Herman za kontuarem uwijał się jak w gorączce, uśmiechając się nalewał im piwo. Gdzie oni teraz są? W jakim landzie zatrzymał się ich transport? Mówili, że napiszą. Pewnie musi jeszcze poczekać. Tak rozmyślając pokonał kilka stopni betonowych schodów, po czym pchnął dwuskrzydłowe drzwi. Mimo woli rzucił spojrzenie na pusty stolik, ich stolik, przy oknie. Potem, nim ruszył dalej, ogarnął wzrokiem salę. W głębi było kilka osób i trzech zachowujących się hałaśliwie młodzieńców przy bufecie. Z drugiej strony zobaczył wygięte w łuk szerokie plecy pochylonego mężczyzny. Otwierał już usta, gdy tamten się wyprostował. Rudolf Schulz zaniemówił. To nie był rudy Herman. On też dołączył do tamtych, przemknęło mu przez myśl.

- Słucham – odezwał się zdezorientowany mężczyzna widząc naprzeciw otwarte nieruchome usta.
Zamówił piwo w języku tych hałasujących obok. Zdradził go akcent. Młodzieńcy od razu ucichli, a jeden z nich odezwał się zaczepnie.

- O! Adolek spragniony. Piwka się zachciało.
- Knajpa nur fur Polen – powiedział z ironicznym uśmiechem na twarzy ten drugi, przysuwając się do niego.

Schulz spojrzał na młodych, nabuzowanych alkoholem mężczyzn. Widział, że nie jest dobrze. Przez moment chciał szybko wyjść, ale coś odwiodło go od tego. Sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął kartę reklamacyjną. Podsunął pod nos tego stojącego najbliżej.
- To moje papiery, proszę zobaczyć.
- Wsadź je sobie w dupę! – warknął trzeci, o tępym spojrzeniu. – I wynoś się stąd! Zachowując stoicki spokój, chociaż w środku wszystko się w nim gotowało, Schulz wsunął z powrotem do kieszeni czerwony dokument, spojrzał na milczącego cały czas barmana i powoli się odwrócił. Wtedy otrzymał kopniaka.

Od tego zdarzenia zamknął się w sobie. Stał się bardziej milczący. Przestał nawet chodzić na cmentarz. Po pracy przesiadywał przed domem ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Sprawiał wrażenie, jakby obojętne było mu to, co się wokół niego działo. Jeszcze raz od początku rozważał po kolei wszystko za i przeciw. Może zostawi to wszystko? Zabierze chłopaka, spakuje podręczne rzeczy, zarzuci na plecy worek, uwiesić u rąk dwie walizki i wyjdzie, i nawet się nie obejrzy. Przecież nikt go tutaj nie chce. Zaczepiają go jakieś szumowiny, wyrzutki śmierdzące alkoholem. A on, co na to! Do kogo ma pójść?! Komu się poskarżyć?! Została ich garstka niczym rozbitków na tratwie w morzu obcych – myślał o takich jak on. Tam byłby wśród swoich; przez ścianę, na korytarzu, chodniku, w sklepie, urzędzie. Nikt nie wytykałby go palcem, nie patrzył na niego złowrogo zimnym wzrokiem jak tutaj.

Codziennie – oprócz świąt – Rudolf przemierzał na nogach tę samą drogę do pracy. W zakładzie czuł się ważny: liczono się z nim. Z czasem kapelusz zamienił na czapkę, jakie nosili inni. Słowa, jakie słyszał wokół nie były już tak obce. Z każdym dniem zaczynał je coraz lepiej rozumieć. Najpierw pojedynczo, potem w zdaniach – prostych, krótkich. Mógł się już z trudem porozumieć. Po dwóch latach Schultz pracował już w innej fabryce, nad kanałem – dawnej firmie Mos Low Beer. Trudno mu się przestawić na nowe nazwy, dlatego ma dwie – oficjalną i tą drugą, na własny użytek. Jego droga wiodła teraz przez rynek, obok zburzonych kamieniczek. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zobaczył pewnego razu, że robotnicy rozbierają je cegła po cegle i ładują na ciężarówki. Przecież niektóre dałoby się bez trudu odbudować. Chociażby kosztem innych. Nie rozumiał tych poczynań. Kiedy wracał popołudniu, ceglany pył niczym wieczorna mgła osiadł na robotnikach, ciężarówkach, gzymsach sąsiednich, ocalałych kamienic i rynkowym bruku. W ciągu następnych dni stare mury bezpowrotnie topniały w oczach. Miał wrażenie, jakby to on znikał, kawałek po kawałku.

I tak w kolejnych latach odchodziło w niebyt jego miasto. Powoli, sukcesywnie, kamienica po kamienicy. Chodził i patrzył uprawiając masochizm. Starym aparatem zatrzymywał w czasie znikające z czyjejś woli stare budynki, w których ruinach chłopcy bawili się w wojnę. Biegali z drewnianymi karabinami głosem imitując karabinowe serie. Potem robotnicy ładowali cegły na ciężarówki, które odjeżdżały w nieznanym kierunku. Ruiny znikały, a chłopcy przenosili się na następne, aż dorośli jak jego syn. Na wolnych placach stawały nowe budynki – klocki z dużej płyty. Były niczym wrzody przy eklektycznych o bogatym wystro-ju architektonicznym kamienicach z minionego wieku.

Jurgen, na którego koledzy nazywali Jerzy, skończył studia i wyjechał z kraju. Z ojcem, wspólnie, doszli do wniosku, że nic dobrego tutaj go nie czeka. W międzyczasie nauczył się obcej mowy, przyswoił nowe obyczaje, pogodził z nowymi porządkami. Tylko nazwisko zdradzało jeszcze autochtona z krwi i kości. W ojczystym języku korespondował z synem i garstką znajomych, , których pewnego letniego dnia obwieszonych aparatami fotograficznymi spotkał na ulicy. Przy pożegnaniu jeden z nich powiedział:
- Jedź z nami
Ten uśmiechnął się pogodnie i pokręcił przecząco głową.
- Tutaj jest mój Vaterland.

Przeszedł na emeryturę. Podupadł na zdrowiu i rzadko opuszczał mieszkanie. Nawet nie bywał w ewangelickim kościele w sąsiednim mieście. Przychodził w pobliże ruin tego na dawnym Kirchenplatz. Siadał na ławce i w spokoju szeptał swoje modlitwy. Pewnego razu, gdy tutaj przyszedł, nad miejscem, gdzie stały ruiny, w zachodzącym jesiennym słońcu unosił się tylko czerwony ceglany pył. Pośrodku, samotnie, stała gotycka wieża, a w jej krypcie spoczywały szczątki ostatniego księcia na Inflantach i jego najbliższej rodziny. Zły na Boga, że dopuścił do tego świętokradztwa, ciężko opadł na ławkę. Miał wrażenie, że tutaj już pozostanie. Spotka Helgę i patrząc w jej ciepłe niebieskie oczy opowie o wszystkim, o czym już nie zdążył. Obudził się w szpitalnym łóżku.

Parę lat później w radiu usłyszał o uznaniu granicy na Odrze i Nysie. Wiadomość tę przyjął obojętnie. Może dlatego, że od rana czuł jakiś trudny do zdefiniowania wewnętrzny niepokój. Z tego powodu wyszedł nawet z domu i drogą między ogródkami skierował się w stronę wzgórza. Drogi ubywało, a niepokój narastał. Wyszedł na otwartą przestrzeń i wzniesienie miał jak na dłoni. Zawsze panował tam spokój, a dzisiaj był wzmożony ruch. Samochody, ludzie, jacyś mundurowi. Z pewnością nie był to pogrzeb; nie ta atmosfera. Podszedł bliżej i tutaj zatrzymał go osobnik w niebieskim mundurze. Jak to! Dlaczego?! Co tam się dzieje?! Pytania pozostały bez odpowiedzi. Ten w mundurze lekceważącym ruchem ręki kazał mu się odsunąć. Pokuśtykał do drogi, na którą wjeżdżały ciężarówki. Stamtąd nikt go nie przegoni. Nie wierzył własnym oczom. Na skrzyniach ładunkowych wywrotek leżały, wrzucone jak gruz, nagrobne płyty. Ruch przy cmentarzu trwał do wieczora, potem stalową bramę zamknięto i ustawiono tam wartowników. Inni chodzili wzdłuż okalającego cmentarz muru. Nazajutrz poszedł tam z samego rana. Żeby uniknąć wczorajszej sytuacji, szedł wzdłuż muru w poszukiwaniu jakiegoś otworu. Zrobił kilkadziesiąt kroków, kiedy natknął się na pierwszy. Zajrzał przez niego do środka. Trzy spychacze jeździły tam i z powrotem równając ziemię. Na palcach rąk mógł policzyć nagrobki, które pozostały na środku – nie licząc tych okazałych przy murze, które również oszczędzono.

Chłonął oczami ten surrealistyczny widok. To już jest koniec. Tego za wiele. Czuł jak cos w nim narasta, nabrzmiewa. Powinien odejść, ale nie miał siły oderwać wzroku. Nie wiedział, kiedy coś w nim pękło. Osunął się po piaszczystym zboczu.

Motory spychaczy gdakały jednostajnie rozsiewając swąd spalin zmieszany z unoszącym się kurzem. Gdy noc opadła, znowu zamknięto ciężką, stalową bramę.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
wawa-1_800.jpgwawa-2_800.jpgwawa-3_800.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2018 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.