Zawsze obieraj drogę najkrótszą, albowiem krótka droga jest naturalna.

Marek Aureliusz
Polska zawsze blisko
Niedziela, 22.10.2017 r.
Imieniny: Filipa i Kordulii


Wró?Strona g?ówna Drukuj

GIŻYCKI FOTOPLASTYKON: Przysięga... cz.8

Jerzy Świerczek 2012-10-23
jerzy_swierczek_70.jpgSama przysięga odbyła się w mroźną niedzielę 12 lutego 1956 r. na placu apelowym przed sztabem jednostki. (Teraz bym powiedział przed koszarowcem nr 2) Tylko kilkoro rodziców przyjechało na to święto ze względu na duże odległości do Giżycka, więc uroczysty obiad jedliśmy prawie sami. Sama przysięga przebiegła bardzo szybko, ale zgodnie z skromnym ceremoniałem wojskowym, jednostka nie posiadała sztandaru ani orkiestry. Po obiedzie część naszego plutonu poszła na pierwszą wartę i służbę na kuchni. Co świadczy, że dbano, aby elewi się nie nudzili.

(Po złożeniu przysięgi i obiedzie wyznaczeni elewi musieli się przygotować do pierwszej warty. Co każdy wielce przeżywał. Na terenie twierdzy były 3 posterunki – przy kancelarii tajnej w Koszarowcu 2, na majdanie koło magazynów – saperskim i mundurowym – (obecnie te obiekty spalone, a były najstarszymi budowlami w twierdzy biorąc ich budowę w innym miejscu) oraz koło biura przepustek w bramie giżyckiej – biuro znajdowało się w tym małym okienku po lewej stronie przed bramą. Wrota w magazynach i drzwi do kancelarii tajnej po zamknięciu były plombowane. W ten sposób, że w metalowych – podobnych do obecnych kapsli od butelek - była wkładana plastelina, w której przeciągano dratew i pieczęcią stemplowano. Wartownika zadaniem było pilnowanie jak oka w głowie tej oznakowanej plasteliny z pieczęcią.). Ja i kilku najlepszych w dotychczasowym szkoleniu otrzymaliśmy przepustki. Mimo mrozu poszliśmy do miasta, aby zobaczyć, jak po długim czasie wyglądają „normalni ludzie”, których w twierdzy nie można było zobaczyć. Tylko mury, wały i mundurowych. Ale przed 20,oo byliśmy już znów w koszarach. W Giżycku nie było, co oglądać jedno kino i nic innego i jeszcze kupa gruzów ślady z wojny. Jeszcze można na murach napotkać nazwę niemieckiego miasta Lötcen. Bardzo dziwiła nas ta nazwa, niczym nie podobna do obecnej nazwy Giżycko. (a czemu nie Lotecko)

Do knajpy nie zachodziliśmy, była obawa, aby nie wpaść w ręce patrolu Komendy Garnizonu. A ci bardzo dokładnie kontrolowali zatrzymanych „kotów” za brak gwoździa w podeszwie buta, za luźno zapięty pas główny można zaraz wracać do koszar, bo na przepustce napisano „nie ważna”. A zresztą nie pamiętam, czy była jakaś knajpa PSS. A o podboju dziewcząt nie można było marzyć, bo Giżycko nie było zasobne w tą płeć piękną a obsada żołnierzy duża i to takich z gwiazdkami na pagonach.

Po złożeniu przysięgi przed sztabem na wierność Ludu Pracującego miast i wsi staliśmy się żołnierzami, którzy gotowi są przelać krew, gdyby zażądała Ojczyzna. A czasy ówczesne były niebezpieczne, niepewne. Szczęście, że wielkie mocarstwa bały się jeden drugiego. Wciąż było aktualne hasło "ręce precz od Korei" poligon doświadczalny nowego uzbrojenia 3 potęg USA, ZSRR i CHRL i rozpoczynała się zimna wojna na całego.

(W treści roty przysięgi wojskowej z lat 50 ubiegłego wieku były słowa „gdybym nie bacząc na przysięgę obowiązek wobec Ojczyzny złamał, niechaj dosięgnie mnie ręka sprawiedliwości ludowej.” A była to ręka ciężka prawdziwie ludowa.

Podam przykład: razem ze mną z Chojnic przybył żołnierz, który z zawodu był szewcem i z tego względu dostał się do plutonu gospodarczego. Miał pracy ogrom w naprawianiu butów wojskowych. Swój warsztat miał w magazynie mundurowym – na Majdanie obecnie spalony – wszystkie buty były z prawdziwej skóry. Ale dodatkowo a to większości naprawiał buty obywateli oficerów i pań tych oficerów. But naprawiano przez kilka lat. Jak opowiadał buty pań odnosił osobiście do domu, z czego był bardzo zadowolony. W maju 1956 pojechał z dwoma kapralami w podróż służbową na kilka dni. Sprawę załatwili szybciej, więc postanowili pojechać do swych domów na 1 dzień. Umówili się, że przyjadą do jednostki razem. W odpowiednim czasie, szewc nie przyjechał na spotkanie w Tczewie. Pojechali sami. Po trzech dniach sam przyjechał do Giżycka i nieszczęście – przed kanałem - został zatrzymany przez patrol garnizonu. Prokurator i sprawa pokazowa w koszarach. Byliśmy wszyscy. Wyrok. Rok i 6 miesięcy karnej kompanii z nie zaliczeniem do służby wojskowej. Po Październiku 56 – kompanie zlikwidowano i przybył do nas, ale już do Olsztyna i razem poszliśmy do cywila. Gdyby nie Październik 56 to rękę ludową czułby, do 1959, bo jeszcze 18 miesięcy wojska za karę w karnej kompanii..

Inna sprawa tej sprawiedliwości. Ale już jak byłem w Olsztynie. Ja i Miler Stefan zostaliśmy wytypowani, jako ławnicy na sprawę w Malborku. Tam też pokazowo sądzono 3 żołnierzy 2 kpr. i st. szeregowy. którym oskarżono o usiłowanie kradzieży 2 białych worków, które służyły, jako cele do strzelań w powietrzu. Za jednym samolotem taki worek był uwiązany na linie, a drugi strzelał do niego.

Zostali zatrzymani przy wynoszeniu. Podczas procesu przyznali się. Prokurator zażądał dwa i pół roku więzienia. Sąd wojskowy udaje się na naradę. Teraz my ławnicy mamy dużo do powiedzenia. Jesteśmy w zasadzie adwokatami oskarżonych – jak wywnioskował sędzia. Już karą dla żołnierza – w jednostkach lotniczych, marynarce wojennej – jest, że służy najmniej 36 miesięcy, wojsko nie poniosło straty, elementy, co chcieli ukraść nie decydowali o niebezpieczeństwie lotów, przyznali się do winy, wojsko jest do wychowywania, ale nie przez więzienie. Sędzia zaczął targować. Może dać dwa lata. Teraz ja wystrzeliłem z dużej rury – panie poruczniku po październiku mamy inne wojsko, naród ma więcej wolności, czemu karać żołnierzy, którzy za rok pójdą do cywila. Już jest następną karą, że stoją przed sądem wojskowym.

Może przekonało to sędziego. Panowie ławnicy – ostatecznie orzekamy 12 miesięcy w zawieszeniu na czas służby i przeniesienie do innej jednostki i degradacja do stopnia szeregowego. W tym przypadku – rękę sprawiedliwości trochę złagodziliśmy. Podczas odczytywania wyroku – radość była i u nas i oskarżonych i ich rodzicach).

W treści roty przysięgi były też słowa, że będziemy pomagać naszym sojuszniczym armiom w Układzie Warszawskim.

(Przeciwstawnym układnym było NATO, przeciwko któremu składaliśmy przysięgę, która obowiązuje jeszcze wszystkich tak, więc jesteśmy wrogami NATO, bo przysięga obowiązuje do grobowej deski jak w małżeństwie).

Od tego dnia uczono nas solidnie. Ja rozkazem por. Kalinowskiego zostałem ponownie pisarzem plutonu i dekoratorem. To czasem zwalniało mnie od zajęć i mogłem spokojnie odpocząć w ciepłych murach kancelarii. (Obecnie w tym pomieszczeniu jest kuchnia schroniska młodzieżowego). Po pewnym czasie (kwiecień1956) starszy sierżant Dąbrowski przechodzi na zasłużoną emeryturę, a szefem zostaje nadterminowy z poprzedniego rocznika - plutonowy Paprocki przezwany przez nas „Maniorka”.

Byłem świadkiem jak st. sierżant Dąbrowski podczas zdawania magazynu zapytuję się „kolego plutonowy przeliczymy wszystko, co do sztuki, czy tak jak jest w ewidencji, czy tak jak jest na półkach". Plutonowy odpowiada. „Dla mnie jest ważna ewidencja" Po dość długim liczeniu okazuje się, że mundurów i innych wojskowych sortów, prześcieradeł, koce, które były poza ewidencją, pozostało kilka worów, które stary szef zabrał do domu. Worki załadowaliśmy na samochód i pojechaliśmy do mieszkania Dąbrowskiego mieszkał nie daleko jednostki ul Wojska Polskiego. (Była to ulica po obu stronach były tereny niezabudowane - pole)

Dobrze, że stan broni był zgodny z ewidencją, bo w tamtych czasach trudno sprzedać byłoby taki towar. Posiadanie broni nielegalnej, było surowo karane. Były ponad stan dwie oliwiarki i kilka wyciorów.
Nachodzi pytanie jak można było zrobić taką nadwyżkę. Podam taki przykład tych cudów np. prześcieradło brudne przerywano przez połowę i przy wymianie na czyste stan się podwajał. Co 2 tygodnie była wymiana. Podobną metodę stosowano przy koszulach, kalesonach i mundurach. Już w tradycji jednostki było, że w niedzielę wartę i służbę na kuchni, wartę w twierdzy i piekarni garnizonowej w Wilkasach obejmował pluton szkolny.(Teraz zastanawiam, po co było tyle posterunków w twierdzy. Ten na bramie to był potrzebny. Bo biuro przepustek było czynne od 6 do 16 tej, ale ten przy tajnej kancelarii w sztabie – 2 koszarowiec. Brama giżycka zamknięta na 6 wrót, cała twierdza ogrodzona płotem i murem. Inne bramy zamurowane, – ale wróg podobno czuwał. Na odprawie składu warty, która szła do piekarni w Wilkasach – oficer służbowy zwracał uwagę, aby być czujnym, bo wróg może zatruć zakwas i chlebem wytruje się dużo wojska. Jednak chętnie tam chodzono na wartę – smaczne były bułki pieczone do kasyna oficerskiego, o czym też wspomina po latach Jerzy Ciupka.)

Stojąc na bramie, jako wartownik 2 tygodnie po przysiędze tj. 26 lutego na warcie, opatulony, jak strażnik z pamiętnego 10 grudnia - zobaczyłem na horyzoncie zbliżającą się kobietę w stronę bramy od miasta.

Bardzo znana mi sylwetka. Poznałem od razu zbliżała się moja matka. Przyjechała odwiedzić syna wojaka. Jak zbliżyła się do na odległość około 2 metrów to powiedziała: „Panie ja w odwiedziny do syna, który tu służy w wojsku”,

To ja, mama mnie nie poznaje? „To ty Jerzy” – oczy pełne łez. „Co oni z ciebie zrobili". Po przywitaniu się z matką i wytłumaczeniu, że nie jest tak źle, ale łzy też mi spływały po zmarzniętym policzku. Przedzwoniłem do oficera dyżurnego a był nim nasz porucznik o przyjeździe matki. Za parę minut przyszedł dowódca warty kpr. Ciupka z nowym wartownikiem i byłem już wolny. Por. Kalinowski z matką bardzo pochwalił o dotychczasowej służbie syna.

Po obiedzie, na którym też zaproszono matkę, poszliśmy do miasta na moją drugą przepustkę do godz. 22. Matka powiedziała – obowiązkowo trzeba iść do fotografa, W domu wszyscy chcą zobaczyć jak wyglądasz, bo niewiadomo, kiedy przyjedziesz na urlop. Fotograf w swym skromnym atelier posiadał kilka mundurów wojskowych od szeregowego do generała i czapek, w których upiększał sołdatów służących w Giżycku. A wojska było tu dużo.

Wartownik na posterunku to Bóg i Car – tym bardziej taki młody, co dopiero kila razy stoi na posterunku. Nasz elew Draszek po zakończeniu służby jak przyszedł na pododdział opowiadał jak zrobił Manierkę (naszego nowego szefa Paprockiego). Do obowiązku wartownika lub dyżurnego było otwieranie wrót w bramie, a było ich, co najmniej 4. Podam taką ciekawostkę o ważności i sile wartownika. Było już po północy szef plutonu szkolnego przyszedł pod bramę, – aby na pewno ogłosić alarm w plutonie – a wartownik Draszek zauważył chwiejność szefa, – gdy zbliżył się zawołał - stój, kto idzie, - szef plutonu – oświetlić twarz – (nie miał latarki), - co nie poznajecie ja plutonowy Paprocki – stój, bo strzelam – wartownik Draszek wprowadza nabój do komory, a szelest jest bardzo charakterystyczny - szef dalej chce iść – stój, bo strzelam – Znając dyscyplinę elewów – odwraca się i podąża do miasta. Elewi spali spokojnie do pobudki.

Do lutego 1956 batalion na wyposażeniu miał park pontonowy tzw. lekki, czyli pontony i inne elementy były drewniane, przez to noszone na barkach. Nasi kaprale, którzy na tym sprzęcie uczyli się pontonierski opowiadali nam, jak to ciężko było noszenie pontonów na barkach nieraz do sto metrów, aż do przeszkody wodnej. Był to park pontonowy, którym forsowano Odrę. Nie spełniał jednak już swego przeznaczenia. Zamieniono w szybkim tempie na ciężki park pontonowy - pontony metalowe i wszystkie elementy też żelazne. Z nazwy ciężki, ale w budowie lekki. Całość była przewożona na samochodach pod samą przeszkodę wodną. Z tej okazji otrzymujmy czapki garnizonowe z otokiem czarnym. A mieliśmy z czerwonym. Zostaliśmy teraz jednostką zmechanizowaną.

Głównymi samochodami do przewozu całego sprzętu, były amerykańskie Studebakiery. Były to pojazdy, jakie ZSRR otrzymał w ramach pomocy od USA, a później część samochodów przydzielono I Armia WP, Na stanie było, co najmniej 60 takich pojazdów.

(Samochody ze sprzętem były ustawione na majdanie, gdzie - obecnie są jeszcze fundamenty po kurnikach z działalności po 1957 r. Na całym terenie w równych szeregach stały samochody z pontonami, dwa kutry, trak, kafary, sanitarka oraz samochody z różnymi elementami do budowy przepraw i mostów, 2 amfibie MAW i 1 BAW, majdan był zapełniony po brzegi).

W raz z wymianą parku pontonowego koło kwietnia i maja 1956 wymieniono samochody amerykańskie na radzieckie i polskie. Wrogie samochody poszły na pewno na złom, chociaż ich stań był jeszcze dobry i mogły służyć przez kilkadziesiąt lat naszej armii. (Co za atrakcja byłaby teraz dal kolekcjonerów.)

Oprócz zabezpieczenia przepraw pontonowych, mieliśmy zadanie budować różne typy mostów drewnianych. Na wykładach dopiero dowiedzieliśmy się, że istnieją mosty wysokowodne, niskowodne i podwodne, drewniane, betonowe kamienne i żelazne. Dokładnie miesiąc po przysiędze 12 marca 1956 r podczas przygotowania na placu drzewnym elementów drewnianych, do mostu, który mieliśmy zbudować, jako zabezpieczenie przeprawy innej jednostki pancernej.

Podczas tej pracy otrzymujemy „smutną” wiadomość od zastępcy dowódcy jednostki do spraw politycznych por. Grochali o śmierci kochanego towarzysza Bolesława Bieruta, naszego b. prezydenta, a obecnie I sekr. KC PZPR. Przerwaliśmy na parę minut prace i przez minutę staliśmy w ciszy i skupieniu. Co za tragedia.

Ale Sempowicz, który zaznał „dobroci” ze strony Stalina i później Bieruta parsknął śmiechem. Jednak por. Grochal nie zauważył lub nie chciał - zauważyć? (Dużo było w wojsku oficerów jak rzodkiewka – środek biały a na zewnątrz czerwony, przynajmniej różowy) Po minucie ciszy, dalej wykonujemy zadanie, bo czas naglił. Nie było czasu na pierdoły. Osobiście politruk powiadamiał wszystkie pododdziały o tej „tragedii” dla narodu polskiego. Sam był smutny, ale czy w sercu? Tak społeczeństwo polskie jak żołnierze byli podzieleni - wszystko zależało, z jakiej strony miał zysk a z jakiej stratę.

I Sekretarz przewodniczki narodu pojechał do Związku Radzieckiego na XX Zjazd KPZR i do kraju wrócił już w trumnie, dla pocieszenia tym środkiem lokomocji wracało do swych krajów więcej polityków. Takie to były czasy. (Teraz wracają w trumnach nasi żołnierze z Iraku i Afganistanu, lub katastrofy samolotu).

Z przygotowanymi elementami za parę dni jedziemy na ćwiczenia, gdzie musimy zbudować mostek, po którym ma przejechać prawdziwy czołg lub nawet kilka. Jedziemy na nasze pierwsze zajęcia zbudzeni alarmem koło godziny 1 w nocy. (Spać poszliśmy przed godziną 24, bo tak długo sprawdzano nam nogi, spody butów. Kpr. Przybyłowicz nie miał ochoty na sen, więc zrobił zajęcie zapominając o planowanym wyjeździe. Jak tylko dobrze nas zmorzył sen – na korytarzu „alarm, alarm wstawać”). Po 25 minutach ładujemy się na samochody. Kilka kilometrów przed celem jedziemy w ciemności. Samochody mają zaćmione reflektory. Jak na wojnie, kiedy obowiązuje zaćmienie lotnicze. Po blisko trzech godzinach jazdy jesteśmy na miejsce naszego pierwszego egzaminu praktycznego..

Z marszu zabieramy się do pracy. Nad niewielką rzeczką rozpoczynamy zestawianie elementów w most o jednej podporze na środku przeszkody. Budowa była bardzo trudna, grube elementy, a co najgorsze to jeszcze mazurski mróz było może i 20 stopni.

Po trudach mostek koło 8 rano był gotowy. Zaczęło świtać. Trasę do mostu wytyczamy jeszcze wiechami ze słomy i czekamy na „wojnę” około 200 metrów od naszego „dzieła”. Też o godzinie 8,oo rozpoczyna się kanonada z różnych dział i nawet katiusz. Pierwszy raz zobaczyliśmy smugi wystrzeliwanych rakiet i huk z haubic. Wojna prawdziwa, aż w uszach dudni, pomimo szczelnie zasłoniętych uszanką. Z dala widać jadą 3 czołgi. Za nimi piechota w białych kombinezonach. Jeden czołg jedzie na mostek na szosie, drugi w bród i trzeci prosto wali na nasz mostek. Każdy z nas tylko myśli – wytrzyma. I wjeżdża i... wpada po same gąsienice i stoi. Otwiera się właz i d-ca czołgu woła słuchawki zamontowane w hełmofonie „siedzę w rzece, co mam robić” Piechota przechodzi przez rzekę po lodzie i atakuje dalej.

(W myślach cofam się do lutego 1945 r. gdzie słyszałem podobne kanonady, natarcie piechoty czerwonoarmistów, a takich chwil się nie zapomina).
Załoga opuszcza czołg i spogląda na swego bez kolosa i na nasze pierwsze dumne dzieło, pogrążone w nurcie rzeczki. Zbliżamy się do naszego dzieła.
Ot, sapiorki, sapiorki, co wy zbudowali - do nas z pretensjami odzywa się jeden z czołgistów. Nasz dowódca milczy.

Nasz pierwszy egzamin źle zdany. Ale mi wykonywaliśmy tylko rozkazy. Po blisko dwóch godzinach ciągniki gąsienicowe "Staliniec" wyciągają pechowy tang, przy czym liny rwały się jak nitki, ale w końcu udało się. Ale teraz my musimy pozyskać z nurtu rzeki nasz materiał. Pomagają nam w wyciąganiu lebiodki przy samochodach. Co prawda, duża część drewna pozostała w mule rzeki. Po wykonaniu swego zadania i zmoczeniu i przemarznięciu do kości, okazuje się, że w samochodach mało paliwa. Musimy czekać za cysterną, która dopiero wyjechała z jednostki. Dlatego jedziemy jednym samochodem na resztkach paliwa do pobliskiego PGR-u, aby tam czekać na dowóz paliwa i trochę rozgrzać się a może trochę pospać. Te „nasze” jeszcze amerykańskie samochody spalały paliwa – „sto na sto”. Ale siłę miały amerykańską.

Wjeżdżamy na teren PGR u, który w przeszłości był majątkiem jakiegoś barona von. Tam nas ugoszczono po polsku gorącą herbatą i pegeerowskim obiadem, mogliśmy się ogrzać i wysłuchać audycji z uroczystego pogrzebu przywódcy narodu tow. Bieruta. Ale większość nas „kimała” Tak jak w tym PGR-rze tak w całym społeczeństwie wojsko miało wielkie poważanie.
A ten dzień pogrzebu i naszego odpoczynku był jak już pisałem mroźny dzień, na pewno ostatnie podrygi tej mroźniej zimy 1955/56. Z naszego pobytu były zadowolone dziewuchy z PGR-u, bo takich urodziwych żołnierzy jeszcze nie widziały. Kilku naszych miało w kieszeni karteczki z adresem, krasiwych dziewuch. Szkoda, że nie było innej formy pisania jak tylko kartki czy listy pocztowe. (Takie czasy połowy XX w.)

Po powrocie do twierdzy w kilka dni później część żołnierzy dostaje czyraki, bardzo bolesne owrzodzenie na karku. Dla jednych wystarczył zastrzyk penicyliny i minęło, ale mnie felczer kpr. Lecyk zawozi na izbę chorych, która była w koszarach u czołgistów. Tam badający mnie lekarz stwierdził, że to nie z przeziębienia powstały czyraki a... z brudu. Pomimo to dostałem serie zastrzyków i tydzień leżenia na izbie chorych. Sale izby chorych były zapełnione. Jeden z chorych, aby dłużej odpoczywać, podczas mierzenia temperatury podbijał rtęć dość wysoko i regulował, ale tym razem szybciej przyszedł sam lekarz i pobrał termometry. Po czasie do cwaniaka przychodzi ponownie i przynosi dwa termometry i proponuje jeszcze raz zmierzyć dwoma termometrami, bo na jednym odczytał 42° C gorączki i powiedział won do jednostki.

Po tygodniu częściowo wyleczony wracam do swoich, niby zdrów jak ryba, nie ma jak leczenie w lazarecie. (Jeszcze raz korzystałem z gościnności u czołgistów tym razem zabolały bardzo zęby. Przyjął wojskowy dentysta. Popukał po zębach – ten boli tak, ten – nie, ten – tak i zlokalizował 3 zęby niby chore. Pomyślałem, kilka razy będę przychodził do tego obywatela kapitana, na borowanie, plombowanie.

Wyszedł i po chwili przychodzi trzech łapiduchów i już wiedzieli, co maja robić. Jeden za głowę, jeden za bary i trzeci za nogi. Otworzyć usta. Obcęgami obejmuje niby chory ząb i trach i do spluwaczki i powtórzył dwa razy. Usta pełne krwi i rany. Zemdlałem. Kubek zimnej wody doprowadził żołnierza do normalności. Jak opuszczałem gabinet zaproponował jak będą znów bolec ząbki pozostałe to proszę przyjść ponownie. Już nie skorzystałem).

cdn...
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
a-p-01.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
zbic_szybe_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  fontanna2.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.