W rękach dobrego lekarza i woda staje sie lekarstwem

Mikołaj Gogol
Polska zawsze blisko
Poniedziałek, 24.04.2017 r.
Imieniny: Grzegorza i Aleksandra


Wró?Strona g?ówna Drukuj

GIŻYCKI FOTOPLASTYKON: Rozminowanie... cz.9

Jerzy Świerczek 2012-11-18
jerzy_swierczek_70.jpgKoniec marca 1956 dochodzi do nas wiadomość, że pluton szkolny ma wyjechać na rozminowanie, czyli sprawdzić czy na pewnej powierzchni miedzy bunkrami żelbetonowymi dawnych umocnień niemieckich z II wojny światowej jest teren nierozminowany. Jest to w okolicach wsi Malinka w gromadzie Widminy w powiecie giżyckim. Powód wyjazdu to, że jesienią 1955 r., czyli po 10 latach „wyleciała w powietrze” krowa na minie p/czołgowej. (Obecnie przeciwpancernej)
Do tego wyjazdu solidnie się przygotowaliśmy. Uczono w przyspieszonym tempie zasad prac na polu minowym.

Mamy uważać to szkolenie jak byśmy wyjeżdżali na wojnę. Ale pomimo to pewna radość była. Może zobaczymy cywili. Naprawdę rozminowanie terenu po tyle latach to praca bardzo niebezpieczna. Mina przy najmniejszym nacisku może zdetonować, a wtedy tylko droga do nieba, jak sobie ktoś zasłużył, jak nie to piętro niżej.; saper mili się tylko raz, niema powtórki. A byliśmy jeszcze bardzo młodzi, ale co to wojna nie było nam obce. Było zabronione pisanie o tym do rodziny. Ale każdy pisał, mniej „twardy” miał łzy w oczach.
Jeszcze w czwartek 19 kwietnia 1956 roku w koszarach uroczyście obchodzę swoje 21 urodziny. Z domu otrzymałem paczkę z drożdżowym plackiem i co najważniejsze to, że była w nim ćwiartka wiśniówki.
Wieczorem po kolacji w 7 aluminiowych kubkach został wniesiony toast – sto lat i
przedterminowego powrotu do cywila.

Jutro wyjazd od samego rana, wszystko spakowane na samochodach.
Jest piątek 20 kwietnia 1956 roku. Jedziemy kolumną 3 samochodów ciężarowych ZiM (Zakłady imienia Mołotowa – tego, co potajemnie z Niemcami podzielili nasz kraj w 1939 roku). do tej mazurskiej wsi Malinka. Aby od poniedziałku być przygotowanymi na wszystko. Na małą wojnę, – bo śmierć też groziła.

Tam rozbijamy nasz obóz w postaci 4 namiotów w sadzie opuszczonego niemieckiego gospodarstwa, natomiast kuchnię zakładamy na rumowisku, gdzie stał kiedyś murowany dom, o czym świadczyła duża ilość cegły i fragmenty fundamentów. W pewnej odległości od kuchni ustawiono namiot z umywalnią. Można teraz, chociaż do golenia przynieść z kuchni ciepłej wody. Bo do mycia wystarczała zimna woda a dwa razy w miesiącu „wywożono” nas do łaźni w Giżycku. Jeszcze w pewnej odległości od umywalny ustawiamy ważny przybytek - latrynę, jak później okazało się, że ma ona więcej wygód niż ta w koszarach z budowana przez Prusaków. Tu można w intymnym miejscu usiąść na odpowiednim sedesie z heblowanych desek, oprzeć się wygodnie o poręcz. Byty 3 stanowiska, a każde zasłonięte szczelnie brezentem z namiotu i zamaskowana jeszcze siatką maskującą. Wszystko to, co „wyleciało” z wnętrza żołnierza kierował było się dół przesypywany, co pewien czas chlorkiem z wapnem. Aby czasem nie było żerowiskiem larw much. Ot kulturka drugiej połowy XX wieku.

Do zadań służbowego było także dopilnowanie, aby na haczyku wisiała odpowiednio pocięta na uzgodniony rozmiar "Trybuna Ludu", – wiadomo - do jakiego celu, chociaż była trochę zbyt twarda i szeleszcząca.
O papierze toaletowym wtedy nikt nie słyszał, tym bardziej go używał, wystarczyła zwykła poczytna gazeta, a często partyjno - wojskowa. Szkoda, że nie było w tych czasach takich czasopism z panienkami, jakie są obecnie dostępne w każdym kiosku.
Co by była za uciecha, żołnierz spragniony przyjemności, przesiedziałby cały wolny czas w tym polowym przybytku kultury i grzeszył myślą a podobno myśl jest gorszym grzechem niż sam uczynek.
Cały teren obozu został starannie uporządkowany, wykonano alejki, drzewka w sadzie pomalowano na biało.
Ustawiono pomalowany biało-czerwono maszt, w malowanie było moim zadaniem, chociaż napociłem się, bo nie chciała równo spirala kolorów.
Rano podczas rannego apelu wciągano na ten maszt flagę biało – czerwoną i śpiewano hymn – „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Obok masztu w odpowiednio uformowanych z ziemi tarczach, ułożyłem na tle, z tłuczonej czerwonej cegły, białego piastowskiego orła z poniemieckich porcelanowych skorup talerzy, ( co za ironia historii) oraz po obu stronach odznaki wzorowego sapera i pontoniera. Magazyn MPS i magazyn materiałów wybuchowych został zlokalizowany po drugiej stronie szosy na wzniesieniu, gdzie było jeszcze dużo okopów pamiętających działania wojenne z 1944/45 roku. Cały ten teren ogradzamy drutem kolczastym zawieszony na drewnianych słupkach.
Było to miejsce pełnienia cało dobowej warty. Ta szosa, którą wspominałem, była też miejscem musztry i nauki piosenek. Często śpiewanymi piosenkami wojskowymi były: ,,Oka" „Idzie saperska wiara" oraz kilka innych. Co ciekawe, Ale zasób piosenek nie był bogaty. Ani artystycznie wykonywany. Któryś z kaprali, który inaczej może patrzył na rzeczywistość rozpoczął naukę śpiewania piosenki „Czerwone maki”. – Może był jasnowidzem, albo zwolennikiem tej armii, która widziała inną Polskę.

Wielu miejscowych mieszkańców podchodziło pod obóz, aby zobaczyć coś nowego we wsi. Wojsko polskie.
Po pracach budowlano - porządkowych rozpoczęto właściwą pracę, którą przyjechaliśmy wykonać. Pracę na polu minowym. Do wykonywania zadań wyznaczono rozkazem dowódcy plutonu l i 3 drużynę, a 2 i 4 jako obsługa kuchni, służbę i wartę. Do plutonu przydzielono z izby chorych sanitariusza kpr. Lecyka i 2 kucharzy, którzy dbali o zdrowie i żołądki. Praca na polu rozpoczynała się o godz. 9 do 13 tej. Już tam na same pole wychodziło 6 żołnierzy, a 6 było, jako rezerwa. Trzymając się zasady, że „saper myli się tylko raz”, przed wejściem na pole podpisywał, że jest wypoczęty i nie ma żadnych obaw. Domniemane pole minowe podzielono na pasy szerokości 1,5 m i długości około 50 m.

Przypuszczano, że mogą być miny przeciwpiechotne jak i przeciw pancerne, dlatego ostrożność musiała być większa. Miny p/pancerne mogły być przez Niemców zakładane na nieusuwalność. A najważniejsze, to, że długi okres leżenia w ziemi min, dawało jeszcze większe zagrożenie. Nim saper stawał na swym pasie, zabierał ze sobą mackę 2 m., – czyli tyczkę zakończoną stalową iglicą, na plecy zakładał aparat zwany wykrywaczem min, zakładał duże słuchawki na uszy. Do tego wszystkiego zrobiony z drewnianych listew szablon o wymiarach 1,0 x 1,0 metra podzielony na 4 części sznurkiem.

- Sam wykrywacz to dużych rozmiarów i wagi aparat zasilany 2 bateriami tzw. BAS. Głębokość penetracji to około 0,5 m w zależności od wielkości metalu.
Pierwszą pracą było położenie szablonu na "groźnej" ziemi, następnie dokładnie przeszukanie po powierzchni szablonu wykrywaczem, czy nie usłyszy charakterystycznego dźwięku, a później kłucie ziemi macką, co 5 cm. Bo miny były też drewniane. Po takim dokładnym przeszukaniu przesuwał szablon o następny 1,0 m2 pola. Tak przez całe 4 godziny. W ten sposób za jednym przejściem przeszukano pas ziemi szerokości 6 m.

Gdy mu coś zapiszczało w słuchawkach i macka wykazała obecność twardego przedmiotu, to w tedy nożem saperskim powoli usuwał murawę i ziemię, aż do....miny wzg. innego metalu. Gdy ostrze macki zatrzymało się na „germańskiej” minie talerzowej np. T- 43, ustawiał czerwoną chorągiewkę i szedł dalej rozpoczętym szlakiem.
Na takim polu minowym saper był panem i władzą, do niego nie miał prawa nikt dojść, ani polecać, co ma robić, tylko sam wykonywał wszystko osobiście. Czas przejścia formalnie nie był limitowany. (Ale maruderom w obozie przypisywano dodatkową naukę musztry czy śpiewu, dla odrobienia strat).

Na koniec dnia pracy na odkrytą minę „odkrywca” zakładał 100 g. lub więcej trotylu, uzbrajał w spłonkę elektryczną i rozciągał kable do głównej magistrali. Nie było wolno pod żadnym pozorem wyjmować takich min, bo była obawa, że Niemcy założyli minę na nieusuwalność. To znaczy, że pod spodem wkręcono jeszcze jeden zapalnik. Przy próbie wyciągnięcia wylatywała w powietrze zabierając ze sobą w kawałkach, tego, który narusza jej spokój.
Ilu do tego czasu, już wyleciało w powietrze lub zostało ciężko zranionych tych, którzy manipulowali przy zardzewiałej śmierci. (jeszcze do dzisiaj zardzewiała śmierć daje o sobie znać). Po założeniu ładunku i podłączeniu do głównego kabla kończyła się praca sapera. Następną czynność już wykonywał oficer. Wysadzał znalezione tego dnia miny, przy pomocy zapalarki. Jedno przekręcenie i ziemia bezpieczna.

W czasie pobytu na rozminowaniu przysługiwał nam dodatek saperski - była to bułka, porcja kiełbasy o wadze 100 g i łyżka cukru, dostaliśmy to na 2-drugie śniadanie. Ogólnie same jedzenie na obozie było dużo lepsze niż w koszarach.
Ja oprócz pracy pisarza od czasu do czasu musiałem pełnić służbę wartowniczą. To takie urozmaicenie służby. Pełnienie służby wartowniczej ma swoje dobre i złe strony. Na całe życie pozostanie mi w pamięci przygoda na posterunku przy materiałach wybuchowych. Dzień przed wartą był u nas politruk z jednostki por. Grochal i opowiadał, że kilka dni temu w innej grupie rozminowawczej był w nocy napad na posterunek. Wartownika poważnie zraniono nożem, jednak seria z pistoletu podniosła pozostałą wartę i przegnano bandziorów. Dokonać tego napadu prawdopodobnie mieli miejscowi mieszkańcy - pochodzenia ukraińskiego.

Na te tereny Ziem Odzyskanych przeniesiono w latach 1945/46 mieszkańców terenów wschodnich dawnej sanacyjnej Polski (II RP), które weszły za zgodą czterech wielkich mocarstw USA, Anglii, Francji i ZSRR do Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Litwy, Białorusi i Ukrainy. Teraz to oni zwani przez nas zabugajami albo bosymi Antkami byli obecnymi w większości gospodarzami tych ziem Warmii i Mazur.
Biedna ta Prusów ziemia, najpierw Krzyżacy, później Prusacy, Niemcy a teraz po ludzku nazwać przesiedleńcy.(nie z ich woli)
Ja będąc na warcie na 3 zmianie od 24 - tej do 2 - oparłem się o słupek ogrodzenia i musiałem na krótką chwilę przymrużyć już przemęczone oczy, a może i zasnąć na stojąco. Ta pora to najgorsza na posterunku. Nagle, gdy otworzyłem swoje zaspane oczka z pod hełmu patrzę, a przed mną stoi coś najeżonego i wielkiego. Olbrzymi Ukrainiec.
Widzę dokładnie głowę wpatrzoną we mnie, oczy aż błyszczą. Noc, ta majowa, chociaż dość chłodna, czuję pod mundurem gorący pot.
A może to naprawdę przeklęty Ukrainiec z nożem?
Serce zaczyna walić, jak baba w kafarze przy wbijaniu słupów w nurt wartkiej rzeki. Nagle myślę „ty głupi żołnierzu”.... po co dała ci, kochana Ojczyzna taki nieodzowny frontowy automat, który z pewnością skosił już niejednego Niemca, a teraz, może nie obronić mnie przed jakimś z UPA (Ukraińska Armia Powstańcza). Łapię za obudowę lufy, odciągam zamek w tylne położenie i tylko pociągnąć za cyngiel.
Na szczęście w tej chwili przychodzi mi do głowy świadomość, że na przeciwko śpią w namiotach koledzy, a odległość jest niewiększa niż 80 m. Jedno pociągnięcie spustu zwalnia serię 30 naboi z magazynku. A miałem trzy magazynki, czyli 90 sztuk śmiercionośnych mosiężno - ołowianych pestek.

Nie wiem, jak to się stało, że nagle przed mną stal czarny... kot, który był mocniej przestraszony niż ja. Jak strzała pobiegł do pobliskich zabudowań. Na pewno przyszedł popolować na myszy, a tu nadział się na uzbrojonego po zęby wartownika.
Jednak jest prawdą, że strach ma wielkie oczy. Dalej warta przebiegała już spokojnie, a o zdarzeniu opowiedziałem rano tylko Milerowi i Sempowiczowi, najlepszym kolegom. Ale na drugi dzień wiedział o tej przygodzie nawet por. Kalinowski. Jednak współczuli mi tej przygody. Gdyby naprawdę byłby to Ukrainiec. Jak przeżyłem tą przygodę to zaraz mi przypomniało się jak opowiadał nam, a raczej ostrzegał na zaprzysiężeniu mej pierwszej warty oficer dyżurny jeszcze w twierdzy, że stając na warcie trzeba być czujnym, chociaż mamy teraz czasy pokojowe, to wróg czuwa.
Było to w maju 1955 roku z „naszej jednostki”(rocznik przed nami) pluton szkolny poszedł na wartę do garnizonowego magazynu amunicji i materiałów wybuchowych parę kilometrów za Giżyckiem. Też tam dwa razy pełniłem wartę. Był to teren bardzo pagórkowaty silnie zalesiony. Ogrodzony betonowym płotek na dwa metry. Wewnątrz tego ogrodzenia było kilka betonowych magazynów i magazyny podziemne. Chodząc na posterunku w tym terenie, aż strach było na sam widok tych budowli i tego, co jest w środku. Każdy krzaczek w nocy przypominał bandziora, który im więcej się na niego patrzyło, to mocniej się ruszał. Właśnie w tą majowa parną noc, jeden z wartowników – a było pięć posterunków - pewnie zlekceważył swoje obowiązki i siadł na skrzyni z piaskiem pod murem, który przylegał do jedynej szosy w tym terenie. Siadł w ten sposób, że swój kbk z otwartym bagnetem ustawił prostopadle nad swoją głową. I pływał w obłokach. Nagle coś na niego skoczyło, wyrwało karabin, a on cały zalany został krwią. Nie wiedząc, co się dzieje rozpoczął z całych sił krzyczeć i wołać ratunku. Na krzyk zlecieli się koledzy z pozostałych posterunków. Po chwili cała warta, była pod bronią.

Co się okazało, że na jego bagnecie jest nadziany na wylot przez klatkę piersiowa jakiś cywil. Już denat.
Od tej chwili wielkie poruszenie. Przyjeżdża Informacja Wojskowa i rozpoczyna się wielkie dochodzenie. Okazało się na podstawie „wnikliwego dochodzenia”, że na posterunek był napad. Ktoś, co dobrze znał zasady poruszania się wartowników na posterunkach próbował coś zdobyć. Samochodem podjechali dokładnie w miejsce gdzie stała skrzynia, z wysokości płotu śp. cywil obserwował teren posterunku i nie widząc wartownika, przypuszczał, że jest w tej chwili za magazynem, postanowił zeskoczyć na skrzynię i na pewno później napaść na wartownika. Niewiadomo czy im chodziło tylko o jeden karabin, czy mieli w zamiarze dokonać większego napadu. Śpiący wartownik „czuwał”, na skrzyni z piaskiem tzw. ppoż.

Niefortunny napastnik skacząc, nie przypuszczał, że był to jego ostatni skok przez płot. Jego koledzy słysząc, co się dzieje odjechali zostawiając współtowarzysza.
Wartownik ten za uniemożliwienie napadu, otrzymał wysoką nagrodę, czyli 10 dni urlopu, odznaczenie i przeniesienie do innej jednostki bliżej domu.
Bardzo mądrze tłumaczył się, że mając kbk nie mógł użyć do strzelania o pod skaczącego podłożył bagnet.
A że spał tego nikt mu nie udowodnił.
Od tego czasu na posterunki nie było już wolno brać karabinów a tylko pistolety maszynowe. Tym przykładem czujności zmobilizowano nas, że na posterunku jak na wojnie trzeba zawsze być czujnym, to wtedy i kot nie przestraszy.

Co dzień grupa wyjeżdża samochodem na pole. Było one oddalone niedaleko Malinki. Za zniszczonym bunkrem przy szosie do Giżycka skręcano w lewo (a może w prawo) i drogą polną podjeżdżano na same pole minowe. Dzień w dzień. Kilka razy musiałem zastąpić ”stałych saperów” z grupy i wchodzić na pole. Więc byłem też na polu minowym, chociaż nic nie znalazłem. Ostatnia sobota kwietnia 1956 roku. Dzień ten, chociaż roboczy to jednak cały pluton po obiedzie wyjechał do Giżycka, aby dokonać wymiany pościeli, bielizny oraz pójść do łaźni. Dodatkowo pobrać mundury letnie – drelichowe, bo od 1 maja w wojsku obowiązuje sezon letni. Na obozie pozostało tylko nas 3 wartowników, aby dobytek wojskowy w Malince pozostał pod ochroną.
A w ten dzień wartownikami byli ja Jerzy Świerczek, Stefan Miler i Bronek Sempowicz. Do Giżycka pojechał i dowódca warty kpr. Grzyb, służba obozowa i drużyna kuchenna.
Bronek stał na posterunku koło MPS i materiałów wybuchowych. Ja i Stefan siedzieliśmy koło kuchni, bo oprócz pilnowania mięliśmy podtrzymywać ogień pod kuchnią, aby zupa na kolację była gotowa jak przyjadą z miasta a będą głodni.

Jak tak sobie gwarzymy do nas podchodzi ponad 60 letni mieszkaniec Malinki. Przedstawia się, że jest miejscowym mieszkańcem tej wioski od czasów jeszcze, jak Malinka była wsią niemiecką. A przyszedł jak widział, że wszyscy wyjechali a chciałby zobaczyć taki polski obóz wojskowy. Chociaż był zakaz bez zgody dowódcy plutonu wchodzić cywilom na teren obozu to pokazaliśmy mu namioty, zaplecze kuchni i całość obozu. ( czy czasem nie był szpiegiem ?.) Było nam wiadomo, ze żołnierze przyjadą dość późno, bo było jeszcze zaplanowane kino, więc dla naszej ciekawości postanowiliśmy z naszym gościem trochę porozmawiać. Bo dla nas pomorzaków ziemia mazurów budziła ciekawość. Każdy czytał Krzyżaków.

Siedliśmy koło stolika z bronią na stole, czuł się trocho nie swojo. Może bał się. Ale jak usłyszał, że pochodzimy z Chojnic w województwie bydgoskim poczuł się jak w śród swoich. Na nasze pytanie jak było tu na tej ziemi przed wojna odpowiedział krótko – byliśmy i Mazurami i Niemcami. Zaciągano nas do ich wojska – ja też byłem pionierem przy końcu pierwszej wojny tak jak wy teraz – odpowiedział pan Hanz, czyli teraz Jan. Te wybuchy, które można słyszeć od chwili jak tu jesteście to, co – miny, które lecą w powietrze – stawia pytanie.

Może – odpowiedział Stefan – założyliście a my teraz narażamy nasze młode życie. To nie my, a Niemcy zbudowali te umocnienia, jak planowali Drang nach Osten, aby wyskoczyć z betonowych schronów na dzikich Rosjan. I już w 1939 wyskoczyli na was, czyli na Polskę a dopiero w 1941 na Ruskich.
Ale te umocnienia miały też zatrzymać na bagnach koło Giżycka, gdyby ich armia podzielała losy Francuzów z jesieni 1812 rok. Ale to się nie udało i ci dzicy popędzili ich do Berlina. A to może fajnie, jesteśmy teraz polskimi Mazurami.
Jak Niemcy opuścili tą ziemię najwięcej ucierpieli miejscowi mieszkańcy. Nie wiem, jakie macie opinię – mówił dalej nasz gość – od Ruskich zobaczyli ich dzikość. Było strasznie. Na to ja – u nas też nie mają najlepszej opinii.

Ale jak to było z tymi umocnieniami, które są to koło Malinki – zmieniam temat.
Jak powtarzała się historia ta z 1812, czyli najeźdźcy byli w odwrocie z Rosji a teraz z 1944, to umocnienia jeszcze bardziej rozbudowywano i wzmacniano. Jak to – stawia pytanie Stefan – bunkry były już od 1939 czy kopali rowy i zakładali pola minowe.

To jeszcze, jakie. W bunkrach załogi i od bunkra do bunkra pola minowe. Zakładano – jak na pewno wiecie, co to znaczy - 3 pasy min na 50 metrów szeroko. Wszystkie miny były zakładane schematycznie. Najpierw p/czołgowe wtedy p/piechotne i znów p/czołgowe. Niemcy byli cwani i myśleli, jak ruszą czołgi to zatrzymają się na 1 linii a wtedy ruszy pijana piechota i koniec - po nich. Jak ruszy tylko piechota to przez miny p/czołgowe przejdzie i na minach drewnianych trach i strzelcy z bunkrów zrobią swoje. Ale jak wiemy – tu wtrącam się – Ruski przeszli w zasadzie bez strzału. No, bo oni okrążali i co było w kotle było nie groźne tylko wybić - jak zające. Takie okrążanie polegało na tym, że atakować nie od wschodu a od zachodu.

Ale jak front był już daleko za Wisłą zaczęli częściowo wysadzać te umocnienia i rozminowywać pola minowe, a szło im to łatwo, bo zdobyli plany pól minowych. Tylko tam gdzie teraz pracujecie to stała woda i zostawili. Tylko ogrodzili drutem kolczastym. A to dobrze zdobywacie teraz praktykę. Tak to dobra nauka, ale niebezpieczna – wie pan na pewno ile razy saper może się pomylić – zapytałem gościa. Raz und klops z sapera. Odpowiedział.
Ale jeszcze kilka bunkrów pozostało?- ale takie mało znaczące.
A czemu Ruski wysadzali? – aby już nie było tu umocnień i co dało się to zabierali do siebie w ramach odszkodowania, jakie Niemcy będą musieli im płacić. Podobno były takie ustalenia Wielkiej Czwórki – zabierać wszystko, co się da z uczonymi włącznie. Aby Niemcy się już nie podnieśli. Już minęła pora zmiany warty, wiec Stefan poszedł na posterunek a Bronek przyszedł na obóz. Przywitał się z przybyłym gościem i rozmowa trwała dalej, gdyż po odniesieniu do magazynu maski p/gaz i hełmu, – aby nie straszyć gościa - przysiadł się do nas.

Rozpoczynam, więc dalszą cześć rozmowy na temat bunkrów. Te głośne huki to od wysadzana kopuł. Już jeden bunkier a raczej samą kopułę uwolniliśmy z betonu i pojechała na złom. Nie wiem, ale to i z 5 ton ważyła. Studebakier ledwie wciągnął swą lebiodką na przyczepę.
Na to nasz gość, jak te jeszcze 2 wysadzicie to będą same gruzy z tych bunkrów, które pozostały. A to takie piękne budowle, szkoda. Na swym polu zięć ma też 2 bunkry trochę zniszczone na jednym jest jeszcze kopuła. Na to Bronek – jak wyjedziemy z Malinki to kopuły już nie będzie, bo jeszcze dwa porucznik ma zaplanowane wysadzić.

(Aby wysadzić taką kopułę to trochę napracowaliśmy. Na początek było rozerwać śruby, którymi była przykręcona. A tych śrub było, co najmniej 6. na śrubę zakładano 100 g kostkę trotylu i zapalniki elektryczne połączono do magistrali. Następnie od spodu pod kopułę zakładano 3 miny p/pancerne drewniane to, co najmniej 12 kg trotylu. Miny były pobudzane do wybuchu przy pomocy kostki trotylu i spłonce elektrycznej. Zapalarek przekręcał d-ca plutonu następował momentalnie huk i w tumanie kurzu kopuła wylatywała w powietrze.)

Co to wam miejscowym żal tych bunkrów – stawiam pytanie. Żal to nie, ale szkoda, bo już tu Niemcy nowych nie będą budować a to ładna pamiątka. A na pewno letnicy będą chcieli zobaczyć nasze ozdoby z dawnych czasów.

Czy wiecie chłopaki, co mówili ludzie zaraz po wojnie, twierdzę Ruski też chcieli wysadzić, aby nie pozostał kamień na kamieniu? (co często robili z innymi budowlami w miastach i też w Giżycku) Twierdzę, nasze koszary, dlaczego? Pytam się gościa. Jak opowiadał mi jeden znajomi, który teraz jest już FRN a to za 1915 rok, że Rosjanie nie mogli jej zdobyć, a tylu poległo. Ale, teraz po 30 latach zdobyli w zasadzie bez strzału. Bramy były otwarte. I darowali. Co za dobra dobroduszność? (tylko dokonali egzekucji generała Boyena, na bramie giżyckiej, przez strzelanie jak do celu, który dopiero za TMTB został zrekonstruowany i nazwiskiem dalej patronuje swej budowli) Będę już zabierał się do domu, bo będą wasi wracać. Wyjmuje z kieszeni butelkę wina z porzeczek - domowej roboty. Proszę jutro w niedzielę możecie sobie urozmaicić życie. Bardzo dziękujemy. Poszedłem do kuchennego magazynu i podarowaliśmy płat solonej słoniny i paczkę kawy zbożowej prasowanej z cukrem.

Ja dziękuję bardzo, że mogłem sobie pogadać i zobaczyć jak to wygląda polski obóz. – Fajnie tu macie. Odpowiedział miły malinkowicz. Tu w tym miejscu było gospodarstwo Niemca, ale zostało spalone podczas frontu, tylko jest jeszcze ten sad wiśniowy. Podobno gospodarza z rodziną Ruscy zabrali na Sybir i nie wrócił. Jest teraz bezpańskie.
Zbliżał się Pierwszy Maja - święto klasy robotniczej, klasy tak sponiewieranej obecnie przez polsko - kapitalistyczną demokrację.
Pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się, że będą awanse na starszych szeregowych. Chociaż teraz tytułowaliśmy się nie szeregowcami a elewami. Parę dni wcześniej otrzymałem list z domu, zawiadamiający o chęci przyjazdu rodziców w odwiedziny właśnie w dniu l maja.
Już około 8 rano w wtorek 1 maja przyjeżdża major Bąkowski z całym sztabem i na uroczystym apelu awansuje 4 elewów na starszych szeregowych. Ku chwale Ojczyzny. Od tej chwili jedną belkę mogą przyszyć na pagonach - przodownicy wyszkolenia elewi: Miler, Sempowicz, Dalke i ja Jerzy Świerczek.

Po odczytaniu rozkazu o awansie, podchodzi do mnie kapral Grzyb i rozkazuje „za 15 minut meldujecie się starszy szeregowy u mnie z belkami na pagonach i czapce”, Więc dumnie odpowiedziałem „Tak jest obywatelu kapralu - rozkaz". Już dzień przed awansem mieliśmy przygotowane dystynkcje, czekaliśmy tylko na założenie.

Koło obiadu przyjeżdżają „naszym ZIM - em do obozu rodzice, już dźwigam na barach belkę z tasiemki od poszewki , a na czapce wykonaną z łyżki aluminiowej.
Czas z rodzicami upływa bardzo szybko i przyjemnie. Ojciec jako niemiecki saper z pewnego okresu służby w armii niemieckiej w 1943 r. był bardzo zainteresowany, tym wszystkim, czym zajmujemy się. Z ciekawością oglądał wykrywacze, macki i słuchał opowieści, na temat pola minowego i pracy współczesnych saperów.

(ojciec 25 sierpnia 1939 zostaje zmobilizowany do polskiego wojska, 18 września 1939 – jako ułan dostaje się do niewoli Armii Czerwonej koło Białegostoku, 1940 wymiana i niewola niemiecka obóz był koło Smoleńska, 1943 – saper w Armii Niemieckiej i ranny nad rzeką Ren. 1944 – po wyleczeniu obsługa zenitówek koło Kilonii. 1944 niewola amerykańska, 1945/46 Siły Zbrojne na zachodzie – Szkocja w Edynburgu. W kwietniu 1946 powraca do Polski w mundurze i bronią. Wraca statkiem Sobieski. Co za zbieg okoliczności – do niewoli dostaje się, jako polski żołnierz, pod przymusem dostaje się do wermahtu, w takim mundurze dostaje się do niewoli amerykańskiej, dalej do angielskiej i do armii polskiej na zachodzie i znów w roku 1946 wraca żołnierz polski w mundurze polskim i bronią i na berecie koloru khaki orzełek z korona.)

Porucznik Kalinowski natomiast zainteresowany był leśnictwem, prawdopodobnie, gdyby nie był żołnierzem, to na pewno nosiłby mundur leśnika, jak oświadczył. Wieczorem samochodem ZIŁ zawozimy rodziców na stacje kolejową w Wydminach.
To były jedyne odwiedziny rodziców w późniejszej służbie, zresztą ja w zasadzie, co miesiąc byłem na urlopie.

Nie wiem, czy ktoś jeszcze będzie miał okazje zobaczyć takie widowisko, a tym bardziej brać udział w wysadzaniu takich umocnień. Oficerowie niechętnie opowiadali o umocnieniach w okolicach Giżycka, albo z niewiedzy albo niechęci.
Raz tylko por. Grochal mówił, że saperzy radzieccy wysadzali bunkry w różnych okolicach, dlatego, aby już nigdy nie stanowili umocnień.
Potęga Niemiec dzięki Armii Czerwonej legła w gruzach, tak i ich umocnienia muszą podzielić los. Świat będzie żył w pokoju.

(Jak stara jest ludzkość wojny były i są i będą. Zawsze jest powód do rozpętania tej ludzkiej zabawy. Jak nam jest wiadomo, każda armia, która zdobywa jakiś teren zabiera łupy. Tak było też w 1945. Amerykanie zabierali uczonych ich prace i inne dobra materialne a Rosjanie to wszystko, co by się im przydało – całe linie kolejowe, mosty, maszyny, zegarki, bydło i pewne grupy obywateli wyzwolonych krajów lub włączali do swego terytorium całe kraje lub narzucali swoje prawa. Dlatego w swym herbie wpisali oprócz sierpa i młota kulę ziemska.)
A czemu nie wysadzali umocnień polscy saperzy, bo to teraz Polska, a byłoby tyle dobrej stali dla naszych hut – postawił pytanie elew Lewandowski.
W tym czasie jeszcze nie były dokładnie ustalone granice państw – odpowiedział porucznik, a ZSRR poniósł wielkie straty, Niemcy też wywozili do Reichu wszystko, co miało wartość, jak zajmowali tereny Rosji pod samą Moskwę. A jak opuszczali zdobyte tereny to wszystko palili. (Jednak teraz myślę, że szkoda było burzyć te budowle fortyfikacji niemieckiej w niedalekiej odległości przed siedzibą Hitlera w Kętrzynie. Ile byłoby teraz atrakcji turystycznej).

Ale kopuły na pewno przetopiono na elementy czołgów, bo jakość metalu była bardzo dobra, a czołgów było zawsze brak np. w Korei.
(Jednak ja mając niespełna 10 lat też już bawiłem się w sapera. Teraz dopiero dochodzę do świadomości, jako to była dziecięca nieostrożność. Otóż w drugiej połowie lutego 1945 roku, Niemcy ze wzgórz Huty przez dwa dni, przy pomocy czołgów prowadzili obstrzał już zajętych przez Armię Czerwoną Klanin. Po powrocie z ucieczki na początku marca, poszedłem na opuszczone czołgowe stanowiska. Na miejscu zastałem stos łusek z armaty oraz jeden cały pocisk. Wiedziałem już, że wewnątrz jest w jedwabnych woreczkach proch w postaci długich cienkich rurek. Taka rurka po zapaleniu z jednego końca bardzo szybko przesuwała na zasadzie odrzutu, jednocześnie wydzielając odpowiedni głośny świst i bardzo przyjemny zapach.

Postanowiłem te woreczki z prochem sam wydobyć. Jednak trzeba było usunąć z łuski pocisk. Najlepszym sposobem było uderzanie o kamień styku łuski z pociskiem. Nie była to lekka praca, bo tak uzbrojony pocisk ważył kilka kilogramów. Tu wystarczyło tylko lekko uderzyć w zapalnik o kamień i już byłoby po młodocianym saperze. Jednak tego wtedy tego nie wiedziałem. Jednak opatrzność boska czuwała nade mną. Teraz mogłem pochwalić się kolegom Medardowi Lindzie i Mockom, że też potrafię coś zdobyć. Bo oni najwięcej przynosili różnorakich materiałów wybuchowych, naboi, granatów.

Jednak kilka dni później miałem mniej szczęścia. Zwykły nabój karabinowy od mauzera, tak samo wyciągnąłem z łuski i wysypałem proch do puszki od pasty do butów.
Następnie pocisk nie wiem, dlaczego włożyłem odwrotnie do łuski. Teraz przyszło mi do głowy, aby przy pomocy młotka wybić z powrotem ten pocisk. Tu jednak nie zauważyłem, że koniec pociska był pomalowany na czerwono-czarny. Pocisk ten to tak zwany smugowy.
Po kilku uderzeniach następuje cholerny huk. W tym momencie nadjeżdża rowerem z wioski matka i otrzymuję z całej siły klapsa w twarz. Jak doszedłem do siebie z szoku, patrzę całe dwa dłonie w krwi. Ja i mama płaczemy, co będzie. Jednak na całe szczęście nic nie było groźnego. Ale rany w postaci blizn na palcach rąk, jeszcze są widoczne. Odłamek dopiero po 20 latach usunąłem z palca lewej ręki, który był pod skórą środkowego palca.)

Była pierwsza niedziela maja, czyli 6 maj 1956 za namową naszych podoficerów grupa 6 saperów „zasłużonych” postanowiła się zabawić nie na polu minowym, ale na sali tanecznej. W pobliskim PGR we wsi Pamry, gdzie młodzież należąca do ZMP, co niedzielę organizowała potańcówki. I tam po południu wybraliśmy się. Ubrani w nowe drelichowe mundury, buty wyczyszczone na glanz, nowe kołnierzyki - wyszyliśmy pieszo. Miejscowi w ideologii przyjaźni z wojskiem wpuścili nas na salę bez żadnych oporów. Przygrywał uniwersalny grajek na akordeonie i jednocześnie obsługiwał bęben. Początkowo wszystko zapowiadało dobrze poczęstowano i nas tanim winem. Jednak miejscowi chłopacy byli czujni – o swoje pegeerowskie piękności. Jeden z liderów policzył, że Bronek Lewandowski za dużo tańczy z jedną pięknością. Jak zagrał grajek białe tango a Władek pierwszy ruszył w tany poproszony przez pamrankę, zawrzało. Panienka chciała naocznie pokazać więź wsi z wojskiem. Po tańcu, w którym wszyscy tańczyliśmy, koła Władka zaczęło się oblężenie i wrogie wymówki. Też zbiliśmy się w rój. Coraz głośniej. Ale miejscowi nie przewidzieli, kogo chcą zaatakować. Przewidywalny Władek zabrał ze sobą nóż saperski. I tu pokazał swój kunszt, jakiego nauczył się w „spec grupie” nóż z świstem przeleciał nad głowami „bohaterów” i wbił się do połowy w drzwi. Już nie było bohaterów na sali. Pozostały na sali panny i żołnierze. Aby nie czekać na posiłki miejscowych przegrupowaliśmy się na upatrzone z góry pozycje, czyli do obozu w Malince. Po czterech godzinach od wyjścia spaliśmy na swoich pryczach w namiotach. Zabawy i przyjaźni było koniec.

Były też i inne przygody. Pewnego razu pojechaliśmy samochodem uzbrojeni w piły ręczne, topory do pobliskiego lasu. Po nie zadługich poszukiwaniach znaleźliśmy dobry materiał na opał, był to suchy świerk, co jak oceniłem na około 2,5 m3 świetnego suchego opału. Czyli pełen załadunek. Po kilku godzinach zmagań drewno pocięte na pół metrowe polana, załadowane na samochodzie. Praca przebiegała szybko, bo nadzór był fachowy, – bo kaprale E. Grzyb i J. Ciupka to świeżo upieczeni leśnicy po technikach leśnych. A „drwale” pełni krepy.

Mamy już odjechać z miejsca kradzieży, w tym na rowerze przyjeżdża zadyszany miejscowy leśniczy. Nasz porucznik przestraszony, gorzej niż ja na warcie. Bo taka kradzież przez oficera, to kompromitacja lWP. W tedy pan leśniczy mówi spokojnym głosem " Jak dobrze, że ją zabieracie z lasu", moi drwale nie mają takich długich kneblówek. Więc my ze spokojnym sumieniem, wyjeżdżamy z lasu i kierujemy się na szosę w kierunku Giżycka.

Rozminowanie też przeszło sprawnie. Całe pole minowe zostało po 4 tygodniach sprawdzone dokładnie to, co trzeba wysadzone i dobre czasy się kończą. Pakujemy cały majdan na samochody i jedziemy do koszar w twierdzy.

Wracamy z rozminowania do twierdzy. A tam wielkie poruszenie za kilka dni w jednostce ma być przeprowadzona inspekcja z dywizji, aby podsumować sprawność bojową W. 3120. Zmobilizowano do wielkiego sprawdzania wszystkich. Rozpoczęto od zagrabiania całego terenu, malowania, co tylko się da. Konserwowano cały tabor od samochodów po pontony. Wszelkie uszczerbki farby zamalowano to, co nie posiadało farby smarowano towotem. Natomiast to, co nie można odpowiednio upiększyć lub nie było sprawne wywożono daleko za świniarnię (piekarnia). Nam żołnierzom wymieniono częściowo mundury robocze, które były dość zniszczone, także buty. Jednostka lśniła blaskiem. Przyjechało kila gazików. Pochodzili po placu samochodowym i po 2 dniach odjechali. Na rannym apelu oficer polityczny por. Grochal poinformował – inspekcja przebiegła sprawnie, nie było uwag. W przyszłym roku musi być lepiej.

(Sprzęt za świniarni wrócił na swe miejsce do października 56. Inspekcja już była w Olsztynie, a twierdza po 1957 popadała w ruinę i trwa to do dnia dzisiejszego. Obecny właściciel nie docenia walorów zasobów jakie posiada. )

Znów przez cały czas przebywamy na salach, albo na placu musztry, (Majdan, lub nad ceglano – kamiennym murem) albo poligonie saperskim koło jeziora Negocin.
Zostają podsumowane wyniki szkolenia polityczno - bojowego.
Po tych podsumowaniach i moja fotografia została umieszczona na tablicy „Przodowników Wyszkolenia Bojowego i Politycznego” przed sztabem jednostki (koszarowiec 2). Za to otrzymuję w nagrodę też 10 dni urlopu. W tym czasie urlop mógł być udzielony żołnierzowi tylko w nagrodę, tak samo i na przepustkę trzeba było sobie zasłużyć. ( Do października 1956)

cdn...
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
a-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mamypomyslyforsybrak_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1025672.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  poczta_dawniej_i_dzis_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.