Wtorek, 17.09.2019 r. Imieniny: Justyna i Franciszki
Małżeństwo jest jedyną formą rzeczywistego niewolnictwa uznaną przez prawo

John Stuart Mill
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

GIŻYCKI FOTOPLASTYKON: wspominać czas "tracony" ... cz. 2

Jerzy Świerczek 2012-02-07
jerzy_swierczek_70.jpgWspominąć czas "tracony" w wojsku
Kaszubi mówią: jak chłôp béł w łojsku to ju cołè zece je łojskowym.
Każdy kraj, każdy naród, a dopiero taki jak Polska, aby liczył się w świecie powinien posiadać swoje siły zbrojne, czyli wojsko i to dobrze wyszkolone i uzbrojone.
Aby było wojsko, muszą być żołnierze. Służba wojskowa w Polsce była, więc obowiązkiem, podlegał każdy mężczyzna, który na komisji otrzymał kat A. Poborowy musiał mieć już ukończone od 20 lat. Był już prawdziwym chłopem, któremu można dać do ręki (jeszcze frontową) broń i sprzęt. Jak pracowałem w latach 50-tych w Nadleśnictwie Giełdoń to nadleśniczym był pan Jan Mleczek. Nam pracownikom zawsze przypominał, że najważniejszym wynalazkiem człowieka jest pióro, którym może wszystko zapisać. Bo czego nie zapiszesz to zapomnisz, a jak zapomnisz to, na co myślałeś, zauważyłeś, przeżyłeś idzie w zapomnienie. Dlatego wierny jego słowom już od kilku lat, starałem się notować najważniejsze chwile mego życia.
Były to notatki luźno zapisane np. w kalendarzach. Pierwsze takie spisanie notatki próbowałem wykorzystać pisząc wspomnienia w 1999 pt. "Swierczki w Spierwi." Opisałem w tym jakby opowiadaniu, historię naszej rodziny, pracę Ojca i moją w leśnictwie, oraz inne ciekawostki dotyczące leśnictwa, którym władaliśmy 50 lat.

Byłby to z pewnością dokładniejszy opis, gdybym mógł uwieczniać bezpośrednio to, co w danej chwili myślę. Obecnie można wykorzystać komputer zdobycz techniki XX wieku Jest możliwość tak długo poprawiać, dodawać, zmieniać, aż jak stwierdzę "no teraz już można to pisanie wydrukować". –
Postaram się jak najdokładniej opisać chwile służby wojskowej i nie tylko – służąc z kat A tylko w Twierdzy giżyckiej.
To czas, bardzo ważny, gdy ma się tylko 20 lat. Trudno mi dzisiaj z dokładnością dat i nazwisk podać, z którymi spędzałem ponad 380 dni, a działo to się momenty ponad pięćdziesiąt lat temu. Pięćdziesiąt lat to tak mało, ale też tak dużo.
W dniu 19 kwietnia 1953 skończyłem 18 lat, od tej chwili stałem się pełnoletnim obywatelem Polski Rzeczpospolitej Ludowej, (do 22 lipca 1952 była Rzeczpospolita), aby stać się kandydatem do czynnej służby wojskowej.
Po skończeniu osiemnastu lat, zaczynała się papierkowa droga, aby otrzymać rozkaz wyjazdu do wojska.
Rozpoczynało się to, - u nas nazywano pospolicie „stawkami". Na pierwsze stawki stawiłem się w Bytowie w PRN, bo byłem zameldowany w tym czasie na pobyt czasowy w Jasieniu, ucząc się w Uniwersytecie Ludowym. Tam na komisji spisano tylko dane do odpowiednich akt i włożono je do szarej koperty.
Po roku, jako dziewiętnastolatek otrzymałem, już przymusowe zaproszenie przed Wojskową Komisję Poborową. Działała w świetlicy Domu Kolejarza w Chojnicach przy ulicy Karola Rokossowskiego. (Obecnie ul. Warszawskiej, w domu jest Supermarket, bo kolejarze nie potrzebują już Domu Kultury)

Po przybyciu na miejsce, wzywano po 3 kandydatów na poborowego przed oblicze wysokiej komisji. Pierwszą bardzo ważną czynnością było badanie lekarskie. Aby lekarz mógł dokładnie zbadać, polecił się rozebrać i to aż, do stroju Adama bez listka figowego. Badanie lekarz rozpoczynał od głowy, a kończył na stopach, miedzy czasie przekładając i wąchając wszędzie tam, gdzie uznał za słuszne. Nawet stopy były ważne, bo piechur nie mógł mieć platfusa. Takich z tą wadą podstopia wcielano do czołgów lub artylerii, aby żołnierz miał duże oparcie o podłoże. Następnie ważono, mierzono, aby dobrze zakwalifikować, w jakiej specjalności przyszły poborowy będzie mógł służyć. Po tym badaniu trzeba w stroju adamowym przemaszerować przed stół, za którym siedziało kilku członków. Byli to przedstawiciele wojska, rady narodowej i inni. Tak, więc członkowie patrzyli na członka, który po pewnym czasie ma stać się żołnierzem. Zdarzało się, że członkami komisji były panie. Miały okazje do porównań.

Czynność tej komisji też polegała na zapisywanie w stosie papierów pewnych danych i zadawanie pytań. Po tych zapisach mogliśmy się już ubrać i udać do domu.
Pozostał jeszcze rok pracy w Nadleśnictwie Giełdoń.
Jak znów szybko minął rok, to trzecie stawki.

Wezwanie otrzymałem na środę 1 października 1955 roku. Teraz komisja działała na sali u "Urbana". (Była to jeszcze przedwojenna restauracja, w władaniu PSS. Sala mieściła na zapleczu tej restauracji. Obecnie nieistniejącej, jest tam teraz sklep mięsny i kawiarnia.) Czynność była kopią pracy komisji w sali "Domu Kolejarza, " tylko z tą różnicą, że na zakończenie wręczano nam za pokwitowaniem karty powołania.
Główną treścią tej karty było to, że 10 grudnia 1955 należy stawić się na godzinę 8,00 w sali Zarządu Dróg Publicznych na ulicy Świerczewskiego w Chojnicach. (W tym miejscu obecnie jest Polo market. Supermarkety u nas pobudowano na terenach po zlikwidowanych zakładach pracy, lepiej sprzedawać niż produkować)
Napisano jeszcze, że trzeba zabrać jedzenia na 12 godzin i podróż ta jest bezpłatna. Więcej z treści nie można było wyczytać, ani rodzaju wojska, ani gdzie będziemy służyć. Taka wiadomość uznawano za tajemnice wojskową.
Ten czas z kartą powołania szybko przeleciał. Była to sobota 10 grudnia. (Soboty były dniami pracy z tym, że pracowano tylko 6 godz.)
Około godziny 6,30 pociągiem z Męcikału wyjechałem do Chojnic, aby nie spóźnić się na pobór do wojska. ( Nie było jeszcze u nas komunikacji PKS) Pożegnałem się z rodzicami i braćmi Waldym i Heniem. W oczach rodziców był wydać smutek, że pierworodny synalek musi na dwa lata opuścić dom. (A było jeszcze u nas dwóch kandydatów na żołnierzy, co nimi zostali w latach późniejszych).
Bo cóż, wojsko rzecz święta. Co prawda nie miałem żadnego wielkiego uprzedzenia do ludowego Wojska Polskiego, miałem nawet zamiar być w przyszłości wojskowym, ale teraz żal w sercu był, bo dwa lata innego życia to nie, co praca na miejscu. O oznaczonej godzinie w wyznaczonym miejscu stawiło się kilkudziesięciu młodzieńców, bo pobór był z całego powiatu.

Nie robiono już żadnych badań, bo każdy wezwany na pewno posiadał kat. A, która to dawała prawo i obowiązek służyć w wojsku. Po pewnym czasie przybyło kilku oficerów, którym towarzyszyli też podoficerowie. Poszczególni oficerowie wyczytują nazwiska swoich poborowych, których zabierają do jednostek. Jako ostatni rozpoczyna teraz wyczytywać, nazwiska pozostałych 10 poborowych, wśród których zostałem i ja. Ta dziesiątka to min. Jerzy Czapiewski z Dąbrowy koło Wiela, Okonek z okolic Nowej Cerkwi, Miler z Konarzynek, Symon z Chojnic, oraz inni, których już nie pamiętam, bo po przysiędze większość została przerzucona do innych jednostek. Po wyczytaniu zbliżamy się do swego opiekuna - porucznika. Zawsze ciekawy Czapiewski zapytuje się kaprala, który przyjechał razem z porucznikiem, gdzie tak naprawdę pojedziemy, gdyż jednych odprowadzali narzeczone i rodzice, a byli ciekawi pobytu swych chłopaków lub dzieci. Jeszcze nie czas na zdradę tajemnicy wojskowej, jeszcze nie ten czas. Przedstawia się nam porucznik – moje nazwisko Łach i od teraz jestem dla was – obywatelem porucznikiem a kapral Tomaszewski jest obywatelem kapralem. Tak się musicie zwracać. Zapamiętano. W wojsku niema panów ostatni w 1945 wyjechali do Ameryki.

Ruszamy pieszo na dworzec kolejowy. W dalszą podróż mamy jechać zgodnie z rozkazem pociągiem. Do stacji mamy około kilometra.
Jesteśmy już w holu dworca i teraz szeptem obywatel porucznik zdradza nam wielką tajemnicę tak wielce ukrywaną, aby wróg, który zawsze czuwa nie wyczuł ile to do tej, czy innej jednostki jedzie poborowych. (Ściany holu kolejowego jak i poczekalni dworcowej były udekorowane cytatami z dzieł wielkiego wodza Józefa W. Stalina, jakby miało nas Polaków informować o geniuszu tego wielkiego człowieka)

Szanowni obywatele zabieram was teraz do jednostki wojskowej 3120 w Giżycku. Będziecie saperami, czyli najmądrzejszą specjalnością w wojsku, bo to wojska inżynieryjne. Zdenerwowany Symon zaklął, do cholery to mamy jechać, aż tak daleko, to może i 400 km. To jest celowo zaplanowane, by żołnierz był tak daleko – tłumaczy kapral – im dalej od domu tym lepiej. Żołnierz nie tęskni za domem i nie ma złych myśli, aby dokonać dezercji. Pamiętajcie, że każde wyjście za bramę koszar bez przepustki lub rozkazu wyjazdu, przebranie się w cywilne ubranie, to dezercja, za którą karze się surowo. Zgodnie z ludową praworządnością. Ludowa ręka jest łaskawa i ciężka. To zapamiętajcie na zawsze.

Obywatelu kapralu wypłaćcie to, co poborowym się należy - poleca porucznik Łach. Jak sobie przypominam była to kwota 12 złotych na łepka.
Jednocześnie zezwala, aby z kapralem – dwóch z naszych mogło pójść do miasta i pieniądze zamienić na coś konkretnego. Sam porucznik dokłada 20 zł do wspólnej puli, co uważamy, że się wkupił. Ale to się okaże.
Symon i Miler udają się do "Dworcowej" i kupują tam 5 win "patykiem pisanych" 12 porcji parzonej kiełbasy i tyle bułek. ( Te produkty były w tych latach bardzo popularnym jedzenie podczas podróży, można było też kupić na dworcowych poczekalniach). Zakupy pakujemy do toreb, gdzie jest jeszcze jedzenie na 12 godzin zabrane z domu. Nie obawiamy się, że, będziemy głodni w długiej ponad 8 godzinnej podróży.
Wychodzimy wszyscy na 3 peron, na który ma wjechać pociąg osobowy z Piły do Tczewa. Pociąg nadjeżdża punktualnie. Niewiadome, kiedy znów będziemy na tym dworcu, zastanawia się Okonek, żegnając się z rodzicami, którzy jako jedyni przyszły pożegnać swego syna, który ma po wojsku zostać właścicielem gospodarstwa, – czyli małym kułakiem.
Bardzo grzecznie jak baranki wsiadamy do ostatniego wagonu. Zajmujemy przedział „pulmana". Dyżurny stacji w czerwonej czapce czerwoną chorągiewką dumnie daje znak odjazdu. Ciężki parowóz jeszcze z dostaw amerykańskich zasapał, wypuścił z sykiem parę, kłęby czarnego dymu i powoli rusza w dal.... Zaraz jak pociąg nabiera prędkości, tak początkowa smutna dziesiątka zaczyna się rozweselać.

Miler rozpoczyna wyjmować z teczki pierwsze buzony, (teraz powiedziałbym perszingi.) U jednego kandydata na żołnierza znalazły się musztardówki, tak popularne w tamtych czasach i po napełnieniu złocistego siarczanego płynu naczynia, przechodzimy do wznoszenia toastów. Podaje jedną obywatelowi porucznikowi i nalewa do połowy. Drugą dzielimy się, jeden po drugim. Wznosi toast na zdrowie i pomyślność naszą w wojsku i oddaje musztardówkę. Jeszcze nie dojeżdżamy do Starogardu Gd. a już butelki z jabłkowym nektarem są puste. Ale na wymianę na nowe „ładunki” nie zgadza się pan porucznik, pomimo naszej grzecznej prośby. Teraz ja za was odpowiadam i na tym koniec – grzeczną otrzymujemy odpowiedz. Na miejscu musicie być trzeźwi.

Pociąg wjeżdża na stację Tczew, teraz przesiadamy się do pociągu pospiesznego w kierunku na Białystok po drodze będzie nieznane nam miasto Giżycko. Już z geografii wiedziałem, ze jest położone nad wielkimi jeziorami. Robi się ciemno, cóż to grudzień, dzień krótki. Już w pociągu olsztyńskim znudzeni monotonnym stukotem kół i słabym światłem gazowych lamp, które konduktor zapalił swoją karbidówką, szybko zasypiamy. Sen podbudowany zawartością butelek, przyczynił się, że droga szybko przebiegła, gdyby nie nasi opiekunowie, to byśmy dojechali, może aż do samego końcowego Białegostoku.

Kapral pokazuje swój głos wołaniem pobudka, pobudka – zaraz będziemy wysiadać. Pociąg zwalnia i i zatrzymuje się naprzeciwko białej tablicy - Giżycko

(A jeszcze 10 lat temu na tablicy widniał napis – Lötzen, Miasto zostało o tej nazwie zapisane w 1612 roku, chociaż poprzednio nosiło inne nazwy. Miasto, które dzięki woli zdobywców zostaje wkreślane w granice Polski, dlatego możemy tam jechać. Była też polska nazwa Lec. Nazywano też zaraz po wojnie obecne Giżycko do 1946 Łuczany.)
Koniec naszej podróży. Początek nowego życia. Wchodzimy na ulicę miasta, gdzie mamy spędzić 2 lata przerwy w życiorysie - jak to obecnie młodzież nazywa służbę wojskową. Ale my w tym czasie inaczej myśleliśmy.

Dla nas była to szkoła życia, którą każdy mężczyzna musi przejść. (Znaliśmy już, co to jest wojna z własnego przeżycia, bo każdy z nas przez 6 lat przeżywał jej „dobroć” na własnej skórze. Każdy widział już żołnierzy niemieckich, radzieckich i polskich tych z orzełkami bez korony i w koronie, którzy wracali z Anglii).
Wychodząc z ciepłego wagonu na peron stwierdzamy, że tu w Giżycku jest mroźno i leży śnieg najmniej 20 cm, bo w Chojnicach było na plusie i bez śniegu. (Teraz te strony nazywa się biegunem polskiego zimna i krainę 1000 jezior).
Po przejściu pod tunelem wchodzimy na plac przed stacją kolejową. Trudno było ocenić, że to stacja kolejowa. Jest ciemno, miasto nieoświetlone. Jakby miasta nie było. Ustawiamy się dwójeczkami i za porucznikiem idziemy przed siebie. Leżący biały śnieg sprawiał, że oczy przyzwyczajają się do ciemności i widzimy kontury uśpionego obcego dla nas miasta. Ale widać jeszcze dużo ruin. Świadkowie ostatniej wojny, która tylko 10 lat temu, co zakończyła się. (często ruiny powstawały już po wypędzeniu Niemców. Celowo niszczono i grabiono, co niemieckie, a to przez wojska radzieckie w odwecie za zniszczenia w ZSRR dokonane przez żołnierzy niemieckich. Takie było jest i będzie prawo wojny. Zwycięzcy nikt się nie pyta czy ma rację, może po latach kwestionuje się to zwycięstwo. Ale fakt jest faktem)
Miasto nieduże - szybko jesteśmy na rogatkach miasta. Po lewej stronie zauważamy koszary, a po prawej tylko pola przecięte jedną ulicą.
Jeden z naszych, gdy ujrzał koszary, – co to już jesteśmy na miejscu?. Na co otrzymuje odpowiedz - jeszcze idziemy dalej.
Przed nami las, po prawej stronie małe jezioro. Może z 100 m i dochodzimy do ceglanej bramy z solidnymi mocno okutymi wrotami, po otwarciu wchodzimy niby do ciemnego tunelu. Co to? - Zapytuje Miler. To taka twierdza zbudowana jeszcze przez prusaków i tam są nasze koszary - odpowiada kapral. Dochodzimy do drugich podobnych wrót są lekko odchylone, Porucznik wyjmuje z raportówki latarkę o oświetla. W rogu siedzi skulony, śpiący wartownik. Słychać chrapanie. Blask światła powoduje, że momentalnie wstaje – i „ja nie spałem obywatelu poruczniku”- melduje. Dobra - otwierajcie wrota, jutro pogadamy.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
taka-warszawa-3.jpgtaka-warszawa-9.jpga-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2019 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.