W rękach dobrego lekarza i woda staje sie lekarstwem

Mikołaj Gogol
Polska zawsze blisko
Poniedziałek, 24.04.2017 r.
Imieniny: Grzegorza i Aleksandra


Wró?Strona g?ówna Drukuj

GIŻYCKI FOTOPLASTYKON:doświadczenie zdobywa się... cz.7

Jerzy Świerczek 2012-09-08
jerzy_swierczek_70.jpgJednostka otrzymała wiadomość, ze w okolicy wsi Wężówka w lesie znaleziono kilka pocisków, które trzeba unieszkodliwić. Wytypowano na akcje drużynę z plutonu szkolnego w ilości 4 saperów i oficer.

Znalezione pociski leżały w lesie nad drogą. Przygotowano, aby zostały wysadzone. Pociski złożono w jedno miejsce i ułożono na śmiercionośne żelastwo 2 kostki trotylu po 200 g uzbrojono zapalnikami elektrycznymi. W pobliżu jak już pisałem przebiegała droga, więc w pewnej bezpiecznej odległości ustawiono dwa 1 osobowe posterunki. Po sygnale gwizdkiem za 5 sekund oficer przekręci zapalarkę, aby raz na zawsze usunąć tą czarną śmierć. W momencie sygnału na jednym posterunku nagle na drodze zjawiła się rowerzystka, gdy była na wysokości żołnierza, usiłowanie zatrzymania nie powiodło się. Więc wartownik przewrócił rowerzystkę twarzą na ziemie i swym ciałem przykrył ja, aby uchronić od ewentualnego deszczu odłamków. Przewrócona podniosła krzyk – ratunku, pomocy żołnierz gwałci. Głos był bardzo głośny. Szybko minęły te 5 sekund i krzyk przerwał głośny huk wysadzonej skumulowanej śmierci. Nagle zasłonięta żołnierzem dziewucha zemdlała i cisza. Może zastanawiała czy już po gwałcie czy jeszcze żyje. Nadbiega oficer, dużo wysiłku kosztowało doprowadzenie niebrzydkiej wiekiem do „gwałciciela” rowerzystki do stanu równowagi i wytłumaczenie o wykonaniu przez żołnierza tylko obowiązku – a o innych rzeczach ani nie pomyślał, chociaż obiekt był grzechu wart. Tak kpr. Ciupka przedstawił swoje przeżycie i ważność wystawienia posterunku na drodze, kiedy wysadza się pociski czy inne niebezpieczne pozostałości po wojnie niewybuchy.

Najlepsze doświadczenie zdobywa się wtedy, jak samemu się dochodzi lub przeżywa. Teraz chciałbym dorzucić do swych wspomnień nasze przeżycia z sierpnia 1956 roku.
Porucznik Kalinowski polecił mi, jako pisarzowi napisanie dla niego konspektu z Instrukcji Zakładanie Pól Minowych na temat – na przednim przedpolu nieprzyjaciela. Jak napisałem dałem do podpisania. Coś dopisał i podpisał i schował do mapnika i poszedł do domu. Szef plutonu zabrał dwie drużyny do magazynu saperskiego

(obecnie spalony na majdanie) celem załadowania wszystkiego, co zostało zapisane – miny p - czołgowe i piechotne, kołowrotki z taśmami na samochód.
Myślałem będzie to wszystko już na dzień następny w godzinach wykładów zgodnie z konspektem. Capstrzyk był, co najmniej godzinę później, (brudne nogi) sen nastąpił szybko. Do szóstej pozostało jeszcze, co najmniej 6 godzin. Każdy spał z godnie i zaleceniami kaprali ręka pod głową druga na....

Nagle z korytarza – pobudka alarm, alarm wstawać. Wystarczyło 15 minut i pluton stoi na korytarzu gotów do wymarszu. Służbowy informuje nas, że jest godzina 3,17. (Na stoliku służbowego stał zegar, podobny do cywilnego budzika, który był przeznaczony w zasadzie, jako mechanizm miny ustawionej na dokładny czas wybuchu). Zabieramy z magazynu broń, m/gaz, saperki, pałatki i wybiegamy na plac przed koszary. Tam już czekają na nas 2 samochody i sanitarka. Przejeżdżamy bramę i kierujemy się nad jezioro Niegocin za Wilkasami. Samochody zatrzymują się w brzozowym lasku i wyskakujemy z samochodów. Dowódca Kalinowski odczytuje – „dzisiejszym naszym zadaniem dla drużyny 2 i 3 jest założenie wg szablonu pola minowego na przednim polu nieprzyjaciela, a 1 i 3 zaminowanie drogi minami p - czołgowymi i piechotnymi. Dowódcy drużyn – czas wykonania 45 minut do wykonania zadań – rozkaz”. Rozpoczęło się zmaganie z czasem, zmęczeniem i znajomością do tej chwili specyfiki sztuki minerskiej. Zmęczenie było, bo każdy na swej trasie musiał założyć 6 min drewnianych. Ranek był jeszcze letni, zapowiadał się piękny dzień. Nad Niegocinem unosiła się lekka mgiełka. Ale do jeziora było, co najmniej kilometr. Zadanie drużyny wykonały w planie i w czasie. Rozminowanie miało być wykonane za kilka dni. Z wielką radością wsiadamy na samochody. Dowódcy drużyn zdali egzamin otrzymują pochwałę od Kalinowskiego. Nam nikt nie dziękuje.

Dojeżdżamy pod same lustro jeziora. Z samochodu woła kpr. Ciupka - celem jest umycie rąk i zmycie potu z twarzy. Zezwalają zapalić papierosa. Tylko kilku elewów miało papierosy. To wilgotne, świeże powietrze miesza się z dymem z papierosów. Przyjemny zapach, chociaż i dla niepalącego takim byłem ja.

To wystarczyło, że porucznik zauważa „zatrucie” powietrza. Nakazuje pogotowie gazowe i ogłasza - gaz. Wyciągamy maski i naciągamy na twarz. Teraz następuje najgorsze. Zostajemy ustawieni w podwójną tyralierą i równolegle z linią brzegową mamy biec naprzód w pełnym wyposażeniu z plecakami i w hełmach.

Jak pech to pech, dzień przedtem było czyszczenie masek i nikt z elewów nie założył w okular szkiełek przeciwpotnych. A tu mgła i zaparowane okulary. Przed nami „mleko”. Biegniemy coraz szybciej na ślepo, aby tylko do przodu. Nagle przewracam się i czuję, że w coś wpadłem, wstaje i wpadam ponownie. Ściągam maskę i patrzę leże w kajaku, obok jeszcze z dziesięć, przeszkoda nie do pokonania. Obok jest kilka rozwalonych namiotów i krzyki półnagich ludzi. Letnicy wypoczywający w namiotach nad jeziorem Niegocin, podczas snu zostali poturbowany przez tyralierę „ślepych” żołnierzy. Widać było ludzi rozebranych bodaj i nagich, zbudzonych z snu, dorośli i dzieci. Żołnierze 4 drużyny ubrani byli w gumowe zielone kombinezony do pokonywania terenu skażonego. Jakiś dzieciak płaczliwym głosem woła – mamusiu tam są zielone słonie uciekajmy. Kaprale każą nam już bez masek przebiec około 50 metrów - tam stoją samochody, aby jak najszybciej oddalić się. Bo może być nieprzyjemna sprawa. Odjeżdżamy. Porucznik pocieszał nas – ten gaz był bardzo toksyczny, ale do twierdzy nie doleci. Tylko nie chwalić się. Cywile będą cicho, bo z wojskiem nie warto zadzierać. Ja i kilku innych elewów miało pobite kolana. Innych większych strat nie było. A przygoda niesamowita.

Oprócz nauki tych wymienionych przedmiotów z kunsztu wojskowego było bardzo ważne - wychowanie polityczne. Chociaż polityka nas mało interesowała, każdy znał wyniki polityki dobrze tej niemieckiej, tej sanacyjnej, o której opowiadali rodzice i tej obecnej. Ale na siłę mówiono nam o aktualnej, słusznej polityce rządu, o szlaku bojowym I Dywizji Kościuszkowskiej, walkach pod Warszawą.

Dokładnie omawiano walki na Wale Pomorskim, o Kołobrzeg i Berlin, o najkrótszej drodze Polskiego Wojska w wypędzeniu okupanta z ziem, Polski i tych, co które nazwano Ziemie Odzyskane, a teraz tworzą Polskę Ludową.

Udział Wojska I i II Armii WP w wyzwalaniu tych ziem, zostały one zwrócone po wiekach Polsce. Dzięki krwi przelanej przez żołnierza polskiego wyzwalającego nasze ziemie, mocarstwa zachodnie musiały zgodzić się na wyznaczenie granicy zachodniej i północnej Polski, jako granicy ostatecznej. Taka była wola ZSRR. Mówiono z wielkim naciskiem o przedwojennej biedzie w mieście, na wsi. O bezrobociu - a było, podobno, aż 6 milionów bezrobotnych. Mówiono o bogaceniu się krajowych i zagranicznych kapitalistów i o tym. że i banki były w obcych rękach, o słabości sanacyjnego wojska, o potędze ZSRR i Armii Radzieckiej i innych ludowo-demokratycznych armiach. Często mówiono o imperializmie amerykańskim, o odbudowie przy pomocy USA Wermahtu w Niemczech Zachodnich, aby pokazać, kto jest ważny w świecie. (Może trochę przesadzano a może było trochę prawdy) Warto teraz wspomnieć, jakimi my byliśmy nowo powołani żołnierze. Większość to rocznik 1935. (byli i też 1932, 33,34) czyli urodzeni na terenach dawnej Polski – którą nazywano - Polska sanacyjna.(Obecnie II RP, jedni mogli powiedzieć – urodziłem się w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej lub Białoruskiej, Litewskiej).

W roku 1939 byliśmy dzieciakami i takimi zostaliśmy – my na Pomorzu – przeznaczeni, jeżeli rodzice podpisali III grupę na mięso armatne armii III Rzeszy, a jeżeli by nie podpisali tej grupy to siłą roboczą lub na popiół w KL Stuthof. Byli w śród nas koledzy z terenów byłej GG. Dla nich była tylko praca niewolnicza lub Majdanek, Auschwitz.

Każdy miał odpowiednie przeżycia. Pamięta wkroczenie wojsk niemieckich, okupację, działania frontowe w 1945. A jedni pamiętali wkroczenie wojsk radzieckich, niemieckich i ponownie radzieckich i przymus opuszczenia swych rodzinnych i tułaczka. To było przyczyną, że byliśmy twardzi.

Idąc do wojska wiedzieliśmy, co to jest wojsko i trzeba obowiązek wypełniać sumiennie. A co do polityki była nam obojętna – jak opowiadał Brunon Sempowicz, – który do Inowrocławia przybył z rodzicami z pod Lwowa – jego ojciec mawiał – tak tańcz jak orkiestra gra, to po nogach nie będą ci deptać. Takim też był. Był też przodownikiem wyszkolenia politycznego i bojowego. Ale swoje wiedział – stawiał czasem pytanie, czy czasem nie trzeba zmienić orkiestry? Ale nowych muzyków trzeba wyszkolić. (Szkolenie trwało długo, bo do 1970 roku, a koncert dopiero 4 czerwca 1989). Dwa lata służy wojskowej każdy znosił spokojnie, chociaż twierdził, że starczyłoby 18 miesięcy. W społeczeństwie mówiono – mężczyzna bez wojska, to nie mężczyzna, nawet panny patrzały niełaskawie na takiego bez wojska – to jest strocz nie chłop.

(Ja teraz już tyle lat po wojsku, jestem zawsze z nim blisko, podziwiam różne odtwarzania wydarzeń historycznych – Krojanty, Chojnice, Wałcz no i tu w Giżycku w twierdzy.) Sale wykładowe były dobrze wyposażone jak na ówczesne czasy. Dużo byłe eksponatów, tablic poglądowych. Oryginalne miny niemieckie, włoskie i nasze drewniane i metalowe. Modele mostów, umocnionych okopów, schronów.

Oprócz tych zajęć dużo uwagi zwracano na wychowane fizyczne, na zajęcia udawaliśmy się na salę gimnastyczną, (hala ćwiczeń na majdanie) tam ćwiczyliśmy na różnych przyrządach: jak poręcze, równoważnia, drążek, koń, lina, oraz na matach.

Nieszczęściem dla nas, było jak raczył nas ćwiczyć por. Kalinowski. Dosłownie krew się lała, gdy asystował przy ćwiczeniu na poręczach. Ręce od łokci w górę to jedna rana, a w skoki przez konia pomagał pasem i krzykiem. Ale sam był w tym dobry.

Muszę szczerze teraz stwierdzić, że nie byłem dobrym gimnastykiem, kpr. Eugeniusz Grzyb nawet powiedział, że na drążku wyglądam jak „worek zgniłych pyrów”. Nic na to mu nie odpowiedziałem tylko w myśli pomyślałem, ty głupi poznański ziemniaku tylko myślisz o pyrach. A co ty wiesz i umiesz, chociaż wiedziałem, że jest technikiem leśnikiem po Margoninie.

Jednak w bieganiu byłem dobrym. Pewnego razu byliśmy na stadionie miejskim w Giżycku na zawodach między plutonami batalionu i w biegi na 5 km zdublowałem miedzy innymi kaprala Matuszewskiego i Grzyba, bo im nie chciało się biegać. Zająłem drugie miejsce za Władkiem Lewandowskim. Znów okazja do 5 urlopu. Dość dobrze graliśmy w siatkówkę, asem był kpr. Jerzy Ciupka i Matuszewski.

W naszym plutonie szkolnym ciekawym żołnierzem był właśnie, w 1-szej drużynie elew Władysław Lewandowski z Inowrocławia. Miał bogaty życiorys na swój 22 letni wiek.

Przed wcielenie do wojska był w oddziale morskim, coś w rodzaju obecnych komandosów. Była formacja tajna, szkoląca dywersantów. Tam przechodził gruntowe przeszkolenie. Został wyrzucony z tej formacji, gdyż w czasie szkolenia w morzu, wrzucali atrapy min, których z powrotem nie wyławiano. Do współtowarzysza niedoli powiedział „Ile Ruski z tego zrobiliby zegarków ,,Pobieda." Kolega go zakapował. (Już byli kapusie) I miał wtedy Władek wielkie szczęście, że wysłano go do domu a nie do więzienia, ale szybko powołano go do wojska.

Dzięki temu szkoleniu stał się mistrzem w rzucaniu nożem, saperką - znał zasady karate, co dla nas było wielka frajdą oglądać jak sam pokonywał trzech, czterech kolegów, a na drążku ćwiczył dosłownie jak małpa.

Zawsze był zamyślony, mało było u niego uśmiechu nie lubił żartów. (A w drugim roku, będąc już d-cą drużyny w kompani szkolnej w Olsztynie, stał się postrachem dla elewów, mundur dopasował według swego gustu a drut w czapce garnizonowej powyginał, że sylwetką przypomina późniejszego filmowego J - 23 Hansa Kłosa. Jak wydawał komendy stawał w rozkroku a głos miał taki, jakby rozkazy wydawał przez tubę. Młodzi elewi, których uczył żołnierki na pewno nazwisko Lewandowski pamiętają jeszcze do dzisiaj).

Zagalopowałem się, więc, trzeba powiedzieć jak to było, gdy zbliżał się koniec 1955 roku. Było to już ponad dziesięć lat po wojnie. Dla nas dużo, bo z dzieciaków staliśmy się żołnierzami. Nadchodziło Boże Narodzenie. To święto jednak nie było zauważone, bo patrząc na tamte czasy, można stwierdzić, że młodzież tych lat, tak mocno religią się nie interesowała a i zainteresowania nie było też ze strony gazet, radia i oficerów. Mało, kto jak wychodził na przepustkę do miasta to wchodził do kościoła. Co innego było na urlopie w domu.

Radio było tylko na świetlicy batalionowej. Oficerowie nie chcieli rozmawiać, a może w koszarach inaczej myśleli niż w domu. Wigilia 24 grudnia 1955 była to sobota – normalny dzień ćwiczeń. Ale oficerowie trochę pofolgowali a część starego rocznika pojechała na urlop do domu. Na naszym szkolnym pododziele pozostał tylko 1 kapral, szef st. Sierżant też poszedł do domu.

Tylko miedzy sobą składaliśmy życzenia. Otrzymane kartki świąteczne i paczki z domu mówiły, że będzie święto. Zawartość paczek była wspólnie zjedzona na świetlicy taka kolacja wigilijna. Po nowym roku nastąpiło wzmożenie nauki. Ale i od tego czasu też zima dawała znać mocniej o sobie, Giżycko leży na polskim biegunie zimna. Śnieg sięgał do metra, a mróz do -20 stopni C. Jednak młodość wszystko przezwyciężała.

W połowie stycznia poinformowano nas, że na 12 lutego 1956 roku można zaprosić rodziców na przysięgę. Rozdano nam jeszcze po jednej kopercie z stemplem – przesyłka wojskowa - Listownie zaprosiłem też rodziców. Od grudnia każdy z nas miał na stanie przydzielony pistolet, ale był tylko do czyszczenia dopiero jak było wiadomo o przysiędze mówiono, co to broń, do czego służy, z której każdy będzie musiał strzelać jeszcze przed złożeniem przysięgi, aby udokumentować, że będzie gotów do obrony granic kochanej Ojczyzny. A broń ta już wypróbowana.

Otrzymana broń to pistolety produkcji radzieckiej, pamiętające nie tak dawno zakończoną wojnę tzw. PM – 43, przy pomocy, których nasi poprzednicy, właściciele tych pistoletów przeganiali przeklętych Niemców do Reichu, lub do piachu za „Für Heimat und Führer” a w ostateczności do niewoli, aby na kilka lat zasiedlić w siłę roboczą dalekie tereny za Uralem, gdzie tak chętnie przyjmowano zesłańców, niewolników czy deportowanych.

Ze względu na silny mróz nie mieliśmy próbnego strzelania, a tylko już takie, które zaliczono do przysięgi. Kilku żołnierzom metalowe kolby przymarzały do policzka. A tarcze też w ten dzień nie były mocno podziurawione. U jednych na wystrzelony magazynek była tylko jedna dziurka, przez która przeleciał pocisk. Reszta pocisków poleciała panu Bogu. Ale strzelanie zaliczono w całości.

cdn...

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
a-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mamypomyslyforsybrak_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1025672.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  poczta_dawniej_i_dzis_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.