Niedziela, 05.04.2020 r. Imieniny: Ireny i Wincentego
Jeżeli unikanie ludzi jest ascezą, to jeszcze większym ascetyzmem jest przyjmowanie ich u siebie.

Tomasz Mann
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

Halina Poświatowska

Redakcja 2006-02-03
poswiatowska_100a.jpgUrodziła się 9 maja 1935 w Częstochowie, zmarła 11 października 1967 w Warszawie. Poetka polska, jedna z najważniejszych postaci polskiej literatury powojennej.
Urodziła się w Częstochowie jako Helena Myga (imię oficjalnie zmieniła, gdy wróciła z USA). Kształciła się w gimnazjum „Nauka i Praca”, a po jego zamknięciu w żeńskim Liceum im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie. Z powodu choroby serca większość swojego życia spędziła w szpitalach i sanatoriach, gdzie też poznała swojego przyszłego męża Adolfa Ryszarda Poświatowskiego, którego poślubiła w Częstochowie 30 kwietnia 1954. Po dwóch latach małżeństwa, w wieku 21 lat, została wdową.
W 1958 r. Poświatowska przeszła skomplikowaną operację serca w Stanach Zjednoczonych. Została tam 3 lata i studiowała w Smith College w Northampton. Po powrocie do Polski podjęła studia filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z Krakowem związane są ostatnie lata jej życia, pracowała wówczas na uniwersytecie. W 1967 stan jej zdrowia był na tyle niepokojący, że podjęto decyzję o kolejnej operacji serca. W osiem dni po przeprowadzonym w Warszawie zabiegu zmarła - miała zaledwie 32 lata.

Zadebiutowała w 1956 publikując swoje wiersze w Gazecie Częstochowskiej (za jej odkrywcę uważa się krytyka literackiego i poetę Tadeusza Gierymskiego chociaż on sam nie uznaje się za odkrywcę Halinki). Jej opiekunem literackim był Adam Włodek - legenda ówczesnego, młodego pokolenia literackiego w Krakowie.
Jej pierwszy zbiór poezji, Hymn bałwochwalczy, pojawił się rok później i zebrał przychylne opinie krytyków i poetów. Następne wiersze zebrane zostały w trzech kolejnych tomikach poezji: Dzień dzisiejszy (1963), Oda do rąk (1966) i Jeszcze jedno wspomnienie (1967) - wydane pośmiertnie.

poswiatowska_200_ostat.jpg Głównymi motywami jej poezji były przeplatające się wzajemnie miłość i śmierć. Świadoma swej kruchości Poświatowska dawała wielokrotnie wyrazy sprzeciwu wobec nieugiętego losu. Ubolewała nad niedoskonałością ludzkiego ciała, ale i umiała wykorzystać każdy moment przemijającego życia. W swych utworach nie pomijała także swojej kobiecości, pisała o sobie i innych kobietach, kobietach-bohaterkach. Wszystko to osadzone było w głębokich przemyśleniach filozoficznych. Poezja Haliny Poświatowskiej stanowi przejmujące studium natury ludzkiej, kobiety pragnącej miłości i kobiety świadomej swej śmierci.

Źródło notki: www.koniczynka.art.pl



Zobacz więcej:

koniczynka.jpg
----------------------------------------------------------------------------

***

Odkąd cię poznałam, noszę w kieszeni szminkę, to jest bardzo głupie nosić szminkę w kieszeni, gdy ty patrzysz na mnie tak poważnie, jakbyś w moich oczach widział gotycki kościół. A ja nie jestem żadną świątynią, tylko lasem i łąką -- drżeniem liści, które garną się do twoich rąk. Tam z tyłu szumi potok, to jest czas, który ucieka, a ty pozwalasz mu przepływać przez palce i nie chcesz schwytać czasu. I kiedy cię żegnam, moje umalowane wargi pozostają nie tknięte, a ja i tak noszę szminkę w kieszeni, odkąd wiem, że masz bardzo piękne usta.

***

Oczekiwanie jest naszą porą
a najlepiej jest czekać na Ciebie
tyle wieczorów
zakwitło na roześmianym niebie

jesteśmy tacy sami
trzymamy się za ręce
i nawet kot pod piecem zamilkł
i słucha jak pada deszcz

pluszczą krople - to twoje nogi
idziesz do mnie przez złote kałuże
twarz ci zmokła - scałuję deszcz
chodź chodź

w moje ręce ciepłe
w moje ręce oczekujące
w moje usta zachłanne
jak deszcz

***

chcę cię nakarmić sobą
dotknij ustami
wypukłego brzegu ziemi
niech cię upiję
bolesna świadomość wieczności
kwitnący a przydrożny
zgięty przeczuciem plonu
jak sad jestem
otwarta
dla skrzydeł ptasich i słońca
przejdź do mnie ręką wiatru
usta okrutne połóż
na mojej ciepłej szyi
w liści szept wszystkie palce
żeby umilkł
pragnieniem
jak sierp księżyca wąskim
podetnij gardło dnia
podnieś mnie z ciemnej ziemi
połóż na ziemi
kwitnący a przydrożny
jak sad jestem

***

kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem raczej smutnym

czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
i naprawisz co popsuł los okrutny

często myślę o tobie
często pisze do ciebie
głupie listy -- w nich miłość i uśmiech

potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie

patrząc w płomień kochanie
myślę -- co też się stanie
z moim sercem miłości głodnym

a ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest i który chłodny

*** mam ciebie w roztańczonej krwi

mam ciebie w roztańczonej krwi

w zębach
nitkami nerwów związanych w supeł
czuję - złotą namiętność twojego ciała
przeciągam po nim ręką
lekko
lekko
gnę się
zewsząd
z końca aż do początku
i znów
do końca
jestem
pośrodku ciebie
wspięta nad tobą
cała - w tobie

*** Odkąd cię poznałam

Odkąd cię poznałam, noszę w kieszeni szminkę,
to jest bardzo głupie nosić szminkę w kieszeni,
gdy ty patrzysz na mnie tak poważnie, jakbyś
w moich oczach widział gotycki kościół. A ja nie
jestem żadną świątynią, tylko lasem i łąką - drżeniem
liści, które garną się do twoich rąk. Tam z tyłu
szumi potok, to jest czas, który ucieka, a ty
pozwalasz mu przepływać przez palce i nie chcesz
schwytać czasu. I kiedy cię żegnam, moje umalowane
wargi pozostają nie tknięte, a ja i tak noszę
szminkę w kieszeni, odkąd wiem, że masz bardzo
piękne usta.

*** mówisz - na śmierć

mówisz - na śmierć
mówisz - na wieczność
a jeśli zmienisz się w drzewo
czy mogę liczyć na to że wzejdziesz
pod moim oknem
a jeśli - w szybę
czy będzie można końcem języka
podrażnić twoje dzwoniące jestem
a jeśli - w wiatr
czy będę trawą którą rozszumisz
a jeśli - w światło
czy będę nocą którą rozproszysz
a jeśli - dniem
czy dobrą chmurą osłonisz
moją zmęczoną głowę
jak ją weźmiesz lekko
we włosy
pieszczotą palców zwinnych
wszepczesz
trwam

*** oczekiwanie jest naszą porą

oczekiwanie jest naszą porą
a najlepiej czekać na ciebie
tyle wieczorów
zakwitło na roześmianym niebie

jesteśmy tacy sami
trzymamy się za ręce
i nawet kot pod piecem zamilkł
i słucha jak pada deszcz

pluszcza krople - to twoje nogi
idziesz do mnie przez złote kałuże
twarz ci zmokła - scałuję deszcz
chodź chodź

w moje ręce ciepłe
w moje ręce oczekujące
w moje usta zachłanne
jak deszcz

*** My nie wierzymy w piekło

my nie wierzymy w piekło
w ogień tańczący
same jesteśmy iskrami
w naszych twarzach co noc
przeglądają się zaspane gwiazdy

my z otchłani światów
pachnące siarką i smołą
(perfumy to też alkohol)
tulimy w miękkim uścisku
tych z piekła i tych z nieba

kto nas potępi
jeśli nie same śmiechem szalonym
nie dotykajcie nas ręką
nie wytykajcie palcem
cienie umarłego wieczoru
wśród zaułków
- tańczą latarnie -
nasze bose stopy dzwonią dzwonią

pod księżycem jak srebrny pieniążek
(perfumy to też alkohol)

Pocałunki

całuję we wszystkich kolorach świata
srebrno i złoto ciemną czerwienią całuję

twoje wargi osuwają się ze mnie
fioletowo i chmurnie
gdy milczysz
błyskiem zębów
potrafię ubrać niebo
w najpiękniejszy wschód miłości

południe - dusznym zapachem pomarańczy
zniża się ku nam
bierze nas w siebie
rozżarzone niebieskie słońce

nic nie mówimy nocy - noc jest głucha
czarno całujemy się o zmroku
ręką gładząc sypką kocią sierść

*** w twoich doskonałych palcach

w twoich doskonałych palcach
jestem tylko drżeniem
śpiewem liści
pod dotykiem twoich ciepłych ust

zapach drażni - mówi: istniejesz
zapach drażni - roztrąca noc
w twoich doskonałych palcach
jestem światłem

zielonymi księżycami płonę
nad umarłym ociemniałym dniem
nagle wiesz - że mam usta czerwone
- słonym smakiem nadpływa krew –

Jestem Julią

Jestem Julią
mam lat 23
dotknęłam kiedyś miłości
miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy
wzmogła
rytm serca
rozdrażniła
mój żywy organizm
rozkołysała zmysły

odeszła

Jestem Julią
na wysokim balkonie
zawisła
krzyczę wróć
wołam wróć
plamię
przygryzione wargi
barwą krwi

nie wróciła

Jestem Julią
mam lat tysiąc
żyję –

*** jestem z upływającej wody

jestem z upływającej wody
z liści które drżą
trącane dźwiękiem wiatru
przelatującego pospiesznie

jestem z wieczoru
który nie chce usnąć
patrzy uparcie
głodnymi oczyma gwiazd

noc - poprzez niebieskie żyły
w każdym włóknie ciała
w końcach palców
pulsuje namiętnym niespełnionym

jestem schrypłym głosem
milczącym głucho
nade mną dni
o wielkich pustych skrzydłach
mijają...

Wenus

była piękna jak kamień
alabaster
z zielonymi żyłkami
tętniącymi uśpioną krwią

pół setki bogów
na obłoku
klaskało w ręce
gdy szła
chwiejąc się w biodrach

i nawet nie głowa
nie
i nie usta
nabrzmiały południa owoc
piersi - właśnie
piersi miała takie
że tylko stać
i wyć z zachwytu do chmur

były jak bratnie księżyce
odkradzione niebu Saturna
owalne - uniesione w górę
a Hefajstos który w kuźni koniom
kopyta kuł
skarżył się że go zdradza
dureń

*** ona jest z nami

ona jest z nami
nasłuchuje brzęku osy
bawi się moimi włosami
w twoje palce wplątana
słońce

miękko podkłada pod głowy
potem trochę traw
potem jeden kwiat maku
jak wykrzyknik
czerwony

ona przeczy naszym ruchom
przygina nas do ziemi
zapachem
ciepłem
zatrzymuje wiecznie
na chropawej powierzchni ziemi
bezwładnych miłością – śmierć

Kot

ja mam pana boga w futrze
kiedy się przeciągam wzdłuż
czuję jego palce
wyprężone na grzbiecie

on w mięśniach moich nóg
kroczy ciszej
niż okrągły księżyc
po przyczajonym niebie

nie płoszmy gałęzi
wiatr
trzepocze nam w pysku
skrzydłem głupiego wróbla

oblizuję wąs
z ciepłej krwi
zmrużony - śpiewam hymn
- o dobrym bogu

Wieczny finał

obiecywałam niebo
ale to nieprawda
bo ja cię w piekło powiodę
w czerwień - ból

nie będziemy obchodzić rajskich ogrodów
ani zaglądać przez szpary
jak kwitnie georginia i hiacynt
my - położymy się na ziemi
przed bramą czarciego pałacu

zaszeleścimy anielsko
skrzydłami o pociemniałych zgłoskach
zaśpiewamy piosenkę
O ludzkiej prostej miłości

w promyku latarni
świecącej stamtąd
pocałujemy się w usta
szepniemy sobie - dobranoc
zaśniemy

rano - stróż nas przegoni
z odrapanej parkowej ławki
i śmiejąc się okropnie
wskaże - ogryzek jabłka
leżący pod pniem jabłoni

Czym jest miłość

Płomieniem który posiadł drewnianą chatę - pijanym pocałunkiem wgryzł się w głąb strzechy.
Piorunem - który kocha wysokie drzewa - wodą uwięzioną płasko - wyzwalaną przez niesyty wolności wiatr.
Włosami sosny - gładzonymi jego ręką - włosami rozśpiewanymi w szaloną wdzięczną pieśń.
Ciemną głową topielicy - która palce rozsnuła w poprzek fali - a uśmiech dała nieżywemu słońcu.
Wyciągnięta na brzeg - płakała długo i nie wyschła aż dotąd póki smutni ludzie nie zakopali jej w ziemi.
Płomieniem.

Lustro

jestem zaczadzona pięknem mojego ciała, patrzyłam dzisiaj na siebie twoimi oczyma, odkryłam miękkie zagięcie ramion znużoną okrągłość piersi które chcą spać i powoli na przekór sobie staczają się w dół. moje nogi rozchylające się oddające bezmiernie aż po krańce których nie ma to co jest mną i poza mną pulsuje w każdym liściu w każdej kropli deszczu. widziałam się jak gdyby poprzez szkło w twoich oczach patrzących na mnie czułam twoje ręce na ciepłej napiętej skórze moich ud i posłuszna twojemu rozkazowi stałam naga naprzeciw wielkiego lustra, a potem zasłoniłam oczy twoje żeby nie widzieć i nie czuć samotności mojego rozkwitłego tobą ciała.

Wiersz dla mnie

Hasiu Hasieńko
nie bój się nie
masz takie ładne usta
i takie oczy wiesz -
zaciśniesz ładne usta
zamkniesz ładne oczy
i jeszcze dłoń w niewielką zwiniesz pięść
Hasiu - Hasieńko
miałaś sukienkę w kropki
miałaś
lubiłaś dzwonić koralikami
lubiłaś -
i miasto które przychodzi w nocy
kochałaś - tak
spójrz -
to wcale nie tak daleko
oni mówią - niebo
spójrz to całkiem blisko
oni mówią - noc
a ty - wrócisz do miasta -
wykwitniesz imieniem
na ustach -
Hasiu Hasieńko
już trzeba iść - no chodź

*** świat jest pusty

świat jest pusty
odkąd poszedłeś
nie można żyć bez materii uśmiechu
świat umarł
na pożar lamp
blady księżyc
ponad twoimi ustami
dogorywa
świat jest zły
odkąd poszedłeś
szczerzy zęby
i futro wilcze napina
to co było ciepłem zwiniętym w kłębek
nie jest
świat - kosmicznie zgubiony w sobie
z zimna drży

*** odłamałam gałąź miłości

odłamałam gałąź miłości
umarłą pochowałam w ziemi
i spójrz
mój ogród rozkwitł

nie można zabić miłości

jeśli ją w ziemi pogrzebiesz
odrasta
jeśli w powietrze rzucisz
liścieje skrzydłami
jeśli w wodę
skrzelą błyska
jeśli w noc
świeci

więc ją pogrzebać chciałam w moim sercu
ale serce miłości mojej było domem
moje serce otwarło swoje drzwi sercowe
i rozdzwoniło śpiewem swoje sercowe ściany
moje serce tańczyło na wierzchołkach palców

więc pogrzebałam moją miłość w głowie
i pytali ludzie
dlaczego moja głowa ma kształt kwiatu
i dlaczego moje oczy świecą jak dwie gwiazdy
i dlaczego moje wargi czerwieńsze są niż świt
chwyciłam miłość aby ją połamać
lecz giętka była oplotła mi ręce
i moje ręce związane miłością
pytają ludzie czyim jestem więźniem

*** właśnie kocham

właśnie kocham
więc dłonią
obrysowuję każdy nerw
wiązanie ze złota
właśnie jestem
więc liściom
które wytrysną z drzewa
łagodnej sierści trawy
która wyrośnie
jabłkom które dojrzeją
szepczę w zielone ucho wiosny
że wczoraj ciemno
w błękitnym morzu
utopiono śmierć

*** najbardziej patetycznym strachem świata

najbardziej patetycznym strachem świata
jest człowiek
popatrz
oto rozkłada ręce
i gromada świegocących wróbli
na kapeluszu siada
najbardziej patetycznym wróblem świata
jest człowiek
sztywno
z rękoma przyciśniętymi do boku
leżący
suchość pergaminu
szeleści
w liściach jesiennego klonu
w czuprynie drżącej
najbardziej jesiennym klonem świata
jest człowiek
złoto rozsypujący

Wypisy z historii filozofii

Zenon z Elei - matematyk, obliczył, że świat jest jeden i nieruchomy w słońcu. Obliczył to w ten sposób, że słońce pociął na kawałki, małe, coraz mniejsze, aż mu przestały świecić w dłoni i stało się ciemno. Przerażony Zenon z Elei tarł oczy, a potem szybko podorzucał do siebie odtłuczone grudki, aż mu rozbłysły znowu jednym i niepodzielnym słońcem.

*** kto potrafi

kto potrafi
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść anegdotę o istnieniu
zgarniam brunatne plastry książek
nasłuchuję brzęczenia słów
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść
nikt nie potrafi

i tylko czasem
naprzeciw słońca
w zmrużonych oczach błysk
chwila roztrącona na tęczę
twarzą w twarz
naprzeciw słońca
w oślepłych oczach
treść niknąca...
na krańcach
miłość śmierć

*** pod moją lewą pachą

pod moją lewą pachą
w ciepłym gnieździe
żyje ptak serca
bije ptak serca
zdławionymi skrzydłami

pierze wydarte
w wietrze mieszka

król lubił chować głowę
w ciepłe pachnące gniazdo
pod moją lewą pachą
bowiem król bał się śmierci

ona stała na zewnątrz
zgarniała wydarte pióra
zimną ręką
usypiała wiatr

*** nie mam dawnej czułości dla mojego ciała

nie mam dawnej czułości dla mojego ciała
jednak je toleruję jak pociągowe zwierzę
które jest pożyteczne chociaż wymaga wielu starań
dostarcza bólu i radości i bólu ł radości
czasem zastyga z rozkoszy
a czasem jest schronieniem dla snu

znam jego korytarze kręte
wiem którędy przychodzi zmęczenie
jakie ścięgna napina śmiech
i pamiętam jedyny smak łez tak podobny
do smaku krwi

moje myśli - stado trwożnych ptaków
karmią się na zagonie mego ciała
nie mam dla niego dawnej czułości
ale czuję ostrzej niż przedtem
że sięgam nie dalej niż moje wyciągnięte ręce
i nie wyżej niż mogą mnie unieść wspięte palce u nóg

Oda do rąk

Bądźcie pozdrowione moje dłonie, palce moje chwytne, z których jeden przytrzaśnięty drzwiami samochodu, fotografowany promieniami Roentgena - dłoń na zdjęciu wyglądała jak zwichnięte skrzydło - niewielki okruch kości obrysowany własnym odrębnym konturem. Serdeczny palec lewej ręki ozdobiony raz pierścionkiem owdowiały jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten, który mi dał pierścionek, już dawno nie ma palców, jego ręce splotły się w jedno z korzeniami drzewa. Ręce moje tyle razy dotykające stygnących dłoni umarłych i ciepłych mocnych żywych dłoni. Umiejące pieścić niezwykle, w dotyku zatracające przestrzeń dzielącą istnienie od istnienia i niebo od ziemi. Ręce, którym nieobcy ból bezsilności, wczepione w siebie jak dwa przelękłe ptaki, bezdomne, szukające na oślep i wszędzie śladu twoich rąk.

Podsłuchane

Gdy tak leżą bezczynnie lewa zwrócona ku prawej, prawa ku lewej, o czym szepczą moje stopy w nie kończące się zimowe wieczory. One mówią, sobie mówią o nagrzanym sypkim piasku przywierającym do nich miękko. Bezwładnie tak leżące myślą o ziemi, ciągle o ziemi. Wąskie trawy tam rosną i nakrapiane jaszczurki przebiegają pospiesznie. Ostrożnie, żeby nie spłoszyć odpoczywającej mrówki, idą jedna za drugą, jedna przed drugą moje śmieszne bose nogi.

*** drzazga mojej wyobraźni

drzazga mojej wyobraźni
czasem zapala się od słowa
a czasem od zapachu soli
i czuję jak pode mną
przestępuje z nogi na nogę okręt
i ocean jest niezmierzony
bez żadnego brzegu
zamknięta w łupinie drewna
jestem cudownie wolna
nie kocham nikogo
i niczego

*** moim głównym zajęciem jest malowanie brwi

moim głównym zajęciem jest malowanie brwi
maluję brwi ze skupieniem
tak to czynią kobiety już przelękłe
nakłuwające luster powierzchnie uważnym
spojrzeniem

narożnik kamienicy którą mijam każdego rana
zakręt ulicy którą przechodzę
wątłe palce pleśni obejmują ziarna piasku
rosną szpary w ścianach ogromnieją szpary
w podłodze

kruszą się rozsypują ulice
wiatr je w cztery strony niesie
wiatr się z nimi w chowanego bawi

nagarniając włosy na policzki
patrzę jak kamienie porastają w trawy

*** delikatnie niosę moje serce

delikatnie niosę moje serce
jak obciętą głowę świętego Jana
ziemia tańczy pode mną

moje serce jest amebą
wydłużającą się bez końca
żyjątkiem

ten świat należy do niego
łóżko obraz cztery kąty

moje serce lubi geometrię
i harmonię

ostrożnie je niosę
jak obciętą
głowę świętego

*** jest cała ziemia samotności

jest cała ziemia samotności
i tylko jedna grudka twojego uśmiechu

jest całe morze samotności
twoja tkliwość ponad nim jak zagubiony ptak

jest całe niebo samotności
i tylko jeden w nim anioł
o skrzydłach tak nieważkich jak twe słowa

*** to my rodzimy mężczyzn o mocnych dłoniach

to my rodzimy mężczyzn o mocnych dłoniach
nie z uśmiechu lecz z bólu i ziemi - pachnące
jak pachnie ścięta trawa pod lipcowym słońcem

w głębokich wąwozach naszych trzewi
są mchem wysłane gniazda i są pisklęta
i dzieje się tam tajemnica istnienia które nikt
nie przejrzał
i rosną pokłady prehistorii której nikt nie upamiętnił

ponad naszymi czołami renesanse przeciągają
złotą chmurą
w naszych oczach średniowiecza przyklękły
w zamyśleniu
a my ciche jak Maria akceptujemy z pokorą
łaknienie naszych trzewi i naszych rąk przeznaczenie

*** Halina Poświatowska to jest podobno człowiek

Halina Poświatowska to jest podobno człowiek
i podobno ma umrzeć jak wielu przed nią ludzi
Halina Poświatowska właśnie teraz się trudzi
nad własnym umieraniem

ona jeszcze nie wierzy ale już podejrzewa
i kiedy w sen zagłębia lewą rękę to w prawej
zaciska mocno gwiazdę - strzępek żywego nieba
i światłem poprzez ciemność krwawi

potem gaśnie za sobą wlokąc warkocz różowy
ciemniejący na wietrze nocy groźnej i chłodnej
Halina Poświatowska - te trochę garderoby
i te ręce - i usta co nie są już głodne

*** Heraklicie - przyjacielu, nauczyłeś mnie kochać ogień

Heraklicie - przyjacielu, nauczyłeś mnie kochać ogień i umierać w każdej chwili. Odkąd ujrzałam twoje pisma - a trawił je ogień, ten sam, który otwiera wnętrza zalakowanych kopert i pochłania miasta, wiedziałam, że jesteś jedynym prorokiem. Zwiastowałeś mi ogień, jak w innej mitologii anioł zwiastuje Marii ból. Przepoiła moje ciało wiara świetlista i oto służebnicą twoją jestem, moim ciałem i myślą karmiąc istnienie twoje. Spalam się, Heraklicie, dzień po dniu i myśl po myśli. Płonę.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
taka-warszawa-3.jpgtaka-warszawa-9.jpga-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2020 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.