Nie starzeje się ten, kto nie ma na to czasu.

Benjamin Franklin
Polska zawsze blisko
Poniedziałek, 22.05.2017 r.
Imieniny: Julii i Heleny


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Irtysz wyznaczał odwieczny rytm pór roku...

Ula Ziober 2014-05-13
ula_ziober_70.jpg(10) W tym czasie wokół nich zebrały się już ciekawskie baby. Same były nędzarkami, ale wiedziały, że zesłańcy zawsze mają ładne ubrania i przedmioty, które będą musieli wymienić na jedzenie i mieszkanie. Syberia to kraina biedaków, którzy jedyne przedmioty zbytku jakie mogli posiąść uzyskiwali w handlu wymiennym od zesłańców. Syberia to chyba jedyne takie miejsce na świecie, gdzie już od wieków złoto i diamenty wymieniano na mleko i mąkę. Tutaj przelicznikiem wartości towarów jest jedynie głód i desperacka chęć przeżycia. Na początku zamieszkali u pewnej Rosjanki w niskiej ziemiance. Janka zauważyła, że wszystkie domki w okolicy mają ten sam brudno-szary kolor. Wkrótce miała się przekonać czemu go zawdzięczają. Ziemianki i półziemianki budowano tu z glinianych, ręcznie formowanych bloków, które układano jeden na drugim. Łączono je faszyną i żerdziami, a następnie oblepianą grubą warstwą gliny zmieszanej z łajnem i słomą. Dzięki temu glina nie kruszyła się i była bardziej wytrzymała. Podobnie formowano dach z łozy brzozowej albo drewnianych żerdzi oblepianych tą samą zaprawą i przysypywanych ziemią dla lepszej izolacji. Wewnątrz nie było podłogi, tylko gliniane klepisko. Na nim rozkładali na noc pościele. Było ich teraz sześcioro, bo już w Sanharze dołączyła do nich pani Emilia Rożek.

Była to młoda, niespełna trzydziestoletnia kobieta. Drobna blondynka o miłej twarzy i spokojnym usposobieniu. Jej historia niewiele różniła się od historii innych zesłańców. Wyszła za mąż za policjanta, który na początku wojny trafił do niewoli radzieckiej. Od tego czasu nie miała z nim kontaktu. Aż pewnej nocy do jej drzwi zapukało NKWD. Kazali się pakować i o nic nie pytać. Nie miała dzieci, a od wyjazdu męża mieszkała sama, więc sama trafiła również tutaj. Szukała więc towarzystwa i opieki i znalazła się wśród rodziny Nietupskich. Pierwszej nocy zrobiło się strasznie gorąco. Wujek Józef wstał, aby otworzyć okno, ale okazało się to niemożliwe. Większość domów miała wprawdzie okna, ale były to przeważnie szybki wprawione w drewniane ramki wmurowane w ścianę. Bez klamek i możliwości otwierania. Kiedy latem robiło się już nieznośnie gorąco wykuwało się takie okienko, po to, by przed zimą znowu je wstawić i zamurować. Mimo zamkniętych okien insekty gryzły niemiłosiernie. A w lepiance były ich tysiące. Komary, pchły, wszy i pluskwy chowały się pod łóżkami, a w nocy zaczynały ucztę. Nie było na nie żadnego sposobu. W tym maleńkim domku zamieszkało więc dziewięć osób. W kuchni Rosjanka z dwójką dzieci, a w pokoiku wujostwo Nietupscy, Regina z Janką i Basią i pani Rożkowa. Leżąc tak w ścisku i oganiając się od komarów, Janka marzyła w nocy o swoim łóżku i pięknym domu, w którym mieszkali na Winogradach. W pokoju, który dzieliła z Basią oprócz szafy na ubrania, stał też mały bufecik, specjalnie dla nich zamówiony. A w nim same skarby: gry planszowe, klocki i serwis, który Janka dostała od cioci Zosi Radomskiej. Dwie małe filiżanki z podstawkami i dzbanuszek. W sam raz, żeby zaprosić przyjaciółkę na herbatę i ciasteczka. Ale tutaj nikt nie pijał herbaty z filiżanek. Po pierwsze dlatego, że nie było filiżanek, tylko drewniane albo metalowe kubki, znacznie bardziej praktyczne i wytrzymałe niż delikatna porcelana. A po drugie, herbata należała do dóbr luksusowych i mało kto mógł sobie na nią pozwolić.

Te myśli zawsze wprawiały ją w ponury nastrój, ale nie potrafiła się od nich uwolnić. A im bardziej próbowała skupić się na czymś innym z tym większą intensywnością do niej wracały. Aż w końcu zasypiała zmęczona i smutna, łudząc się, że następnego dnia obudzi się w swoim łóżku, a cała ta straszna podróż i wygnanie okażą się tylko złym snem. Nic takiego się jednak nie stało i Janka, co rano przeżywała to samo rozczarowanie, budząc się głodna i niewyspana, na pokrytym starą słomą klepisku ich lepianki. Pewnego dnia jednak obudził ją jakiś hałas. Gdy otworzyła oczy okazało się, że wszyscy jeszcze śpią. Słyszała jednak wyraźnie gdzieś w pobliżu odgłos dziwnego szurania, który przed chwilą ją obudził. Uniosła się na łokciach, żeby przyjrzeć się dalszej części izby i prawie podskoczyła z zaskoczenia. Przez otwór w ścianie, który wcześniej był oknem, do wnętrza zaglądał nieduży włochaty pyszczek, który składał się głównie z ruchliwych nozdrzy. Dopiero, gdy ciekawski zwierzak, wyciągając mocno szyję, wsadził do środa całą swoją kosmatą głowę, Janka zorientowała się, że to młody wielbłąd. Nie odwracając głowy zaczęła szturchać śpiącą obok Baśkę. Po chwili obie siedziały już na podłodze obserwując wielbłąda z mieszaniną strachu i fascynacji. Choć Janka widziała już wcześniej te zwierzęta na obrazkach w książkach, to nigdy nie stanęła z nimi oko w oko. Teraz wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby dotknąć jego śmiesznego, sfilcowanego futra. Nie miała jednak na tyle odwagi, by tego spróbować.

- Czy on chce nas ugryźć - spytała cicho Basia nie spuszczając wielbłądziej głowy z oczu. Jakby w odpowiedzi na to, wielbłąd poruszył szerokimi nozdrzami i pokazał żółte zęby. Przypominało to jednak bardziej uśmiech niż grymas złości. Potem głowa po prostu się wycofała i zniknęła. Obie dziewczynki rzuciły się do małego okienka, ale gdy przez nie wyjrzały zobaczyły tylko jak wielbłądziątko chwiejnym krokiem odchodzi w kierunku pasącej się w pobliżu matki. Wielbłądy dwugarbne, zwane baktrianami były na stepie hodowane głównie dla mleka, jako siła pociągowa oraz jako wierzchowce. Kazachowie jeździli na nich czasem nie używając nawet siodła. W przeciwieństwie do koni, wielbłądy są zwierzętami świetnie przystosowanymi do surowego klimatu stepowego. Potrafią wypić nawet 120 litrów wody za jednym razem, by później nie pić w ogóle nawet przez kilka dni. Żywią się przede wszystkim liśćmi i trawą, której na stepie jest pod dostatkiem. W ciągu następnych kilku lat Janka przywykła do ich widoku, ale to pierwsze spotkanie zapamiętała na długo.

Poza zapewnieniem sobie schronienia i miejsca do spania, najbardziej elementarnym warunkiem przetrwania na zesłaniu było zdobycie jedzenia. Przez pierwszych kilka miesięcy nie było to jeszcze trudne. Rosjanie chętnie wymieniali część swoich zapasów na nową garderobę, zegarki, czy biżuterię. A wkrótce po ich przybyciu, do Pieczieryska zaczęły przychodzić również paczki żywnościowe z Polski. Zofia i Regina także napisały listy do swoich rodzin i po kilku tygodniach przyszła do nich pierwsza zapieczętowana przesyłka z Białegostoku. W środku znaleźli mąkę, kaszę, cukier i trochę słoniny. Wszystkie listy z Polski były skrupulatnie cenzurowane, a paczki przeglądane, ale ku ich zdumieniu, za każdym razem gdy w środku znajdował się przekaz pieniężny jego wartość zgadzała się co do rubla. Przez kolejny rok, otrzymywali taką pomoc dość regularnie i dzięki temu na początku mogli się cieszyć nawet trzema posiłkami dziennie. Na śniadanie i kolację każdemu przysługiwał kubek mleka i kawałek chleba. Mleko kupowali od sąsiadki, która niedaleko domu miała bardzo głęboką ziemiankę. Była to właściwie szeroka studnia, do której schodziło się po bardzo wysokiej drabinie. Pod koniec zimy całe wnętrze wyłożono bryłami zlodowaciałego śniegu i przysypano słomą, dzięki czemu aż do końca lata utrzymywała się tam niską temperaturę. Wynoszone stamtąd mleko było zimne i orzeźwiające nawet podczas największych upałów. Na obiad zazwyczaj serwowano cienką zupę albo ziemniaki ze śmietaną. Latem, na pobliskim targu można było dostać trochę warzyw, głównie marchew, buraki i kapustę. Były też pieczarki, które dzieciaki chodziły zbierać w starych, rozwalających się chałupach. W niektórych miejscach na stepie rosły też dziko szczaw, cebula i czosnek stepowy, a w okolicy małych zagajników nad Irtyszem, tzw okołków, można było znaleźć dzikie poziomki, jagody i jeżyny. Było to ich najważniejsze źródło witamin chroniących przed szkorbutem i innymi dolegliwościami.

Szczególnym dobrodziejstwem okazało się jednak sąsiedztwo rzeki. W Irtyszu aż roiło się od najrozmaitszych ryb, które mogły stać się najbardziej pożywnym dodatkiem do ich jadłospisu. Wujek Józef wystrugał więc długą wędkę i niemal codziennie rano zabierał niewielkie wiaderko i szedł na ryby. Mimo swojego wrodzonego roztargnienia i flegmatyzmu, który tak często wypominała mu żona, Józef Nietupski okazał się jednak świetnym wędkarzem. Co jakiś czas podrywał wędkę gwałtownie w górę i na brzegu lądowała kolejna mała rybka. Janka, która czasem mu towarzyszyła, nie miała do tego monotonnego zajęcia tyle cierpliwości. Przez jakiś czas wpatrywała się w podskakujący na wodzie spławik, zrobiony z kawałka suchego drewna, ale dość szybko przestawała myśleć o pływających pod powierzchnią rybach, a wracała pamięcią do różnych przyjemnych wspomnień sprzed wojny. Kiedy wiaderko zapełniło się przynajmniej do połowy, wujek bez słowa podnosił się i ruszał w kierunku wsi. Zazwyczaj taki połów ograniczał się do kilkunastu niewielkich rybek: płoci, karasi i ścierladzi, które wyglądały jak małe rekinki. Nie miały łusek ani ości tylko chropowatą skórę i cienki, kruchy kręgosłupek. To właśnie one najczęściej, ułożone w równych rządkach, piekły się wieczorem na rozgrzanej blasze. A kiedy już były dostatecznie przyrumieniły Regina albo ciocia Zosia wyjmowały je z pieca i sprawiedliwie rozdzielały wszystkim odpowiednie porcje. Rybki były chrupiące i nawet bez żadnych przypraw smakowały znakomicie. A ich ości były zazwyczaj tak delikatne, że można je było zjadać w całości. Czasami oprócz tej drobnicy trafiała się też jakaś większa sztuka. Irtysz pełen był tłustych okoni i jesiotrów o spiczastych nosach. A także szczupaków z ostrymi zębami i olbrzymich, podobnych do polskich sumów nalimów, które miały potężne, pasiaste cielska dochodzące nawet do półtora metra długości. Gdy wujek wracał do domu z taką zdobyczą szykowano prawdziwą ucztę, bo oprócz pożywnych filetów, pozostawało jeszcze na tyle dużo mięsa i innych resztek, by ugotować zupę rybną. Co prawda bez przypraw i rodzynek, ale za to tłustą i pożywną. Miejscowi nazywali ją ucha i także bardzo sobie chwalili. Janka nigdy wcześniej nie oprawiała ryby, ale dzięki wskazówkom wujka szybko nabrała wprawy w tym zajęciu. Każdą większą sztukę należało oskrobać z łusek, dobrze opłukać z rzecznego mułu, a później długim nożem rozciąć od ogona aż do głowy i wyciągnąć wnętrzności. Któregoś razu, gdy Janka rozpłatała pokaźnego szczupaka, ku swojemu wielkiemu zdumieniu znalazła w środku mniejszą rybkę, którą nieszczęśnik najwyraźniej połknął w całości krótko przed własną śmiercią.
- Zobacz jaki był z niego łakomczuch - zaczął się śmiać wujek, widząc jej zdziwienie - właśnie spałaszował spory obiad, ale na naszego robaka i tak się skusił.

W lecie niemal całe życie koncentrowało się wokół Irtysza. Kobiety zanosiły tam wygotowaną w ługu bieliznę, bo woda z rzeki była lepsza do mycia i prania niż woda ze studni. Najpierw energicznie pocierały o pofałdowaną powierzchnię metalowej lub drewnianej tary, a później płukały w rzece. Większe i grubsze sztuki odzieży kładły na kamieniach i polewały wodą uderzając drewnianymi kijankami aż pozbyły się zabrudzeń. Młodsze dzieci taplały się w wodzie w pobliżu matek, a starsze pływały i nurkowały robiąc wokół straszny harmider. Miejscowi chłopcy wspinali się często na wysoki brzeg Irtysza, zrzucali ubrania i zupełnie nagusieńcy na łeb na szyję rzucali się do wody. Robili przy tym mnóstwo wrzasku i ochlapywali wszystkich w okolicy. Dziewczynki, chociaż ubrane dla przyzwoitości w długie koszule, nie pozostawały im dłużne. Janka także chciała brać udział w tych zabawach, ale Regina była temu początkowo przeciwna. Zgodziła się dopiero gdy wujek Józef obiecał nauczyć bratanicę pływać. Najpierw wyplótł z sitowia dwa małe pływaki, które miały jej pomóc utrzymać się na powierzchni. Później pokazał jej jak ma się poruszać. Janka wchodziła do rzeki w jednym miejscu, a później spływała z prądem w dół i wychodziła na brzeg kilkanaście metrów dalej. Wracała brzegiem do tego samego punktu i znowu płynęła z nurtem. Wszędzie tam, gdzie brzeg Irtysza był płaski, latem wyrastały długie grządki ogrodów warzywnych. Gdy przychodziły roztopy rzeka rozlewała się niczym morze, wszędzie tam, gdzie nie zatrzymywały jej wysokie skarpy. Ale gdy w czerwcu, ustępowała pod wpływem pierwszych upałów, pozostawiała połacie niezwykle żyznej gleby. Wtedy powstawały bachcze, czyli ogrody. Wytyczano grządki, a dzięki głębokim bruzdom w ziemi, w których zbierała się wilgoć, roślin nie trzeba było podlewać przez całe lato. Mieszkańcy kołchozów hodowali tam ziemniaki, ogórki i pomidory, ale też wspaniałe kawony, arbuzy, melony i dynie, które później dojrzewały w spiżarniach, najróżniejszych komórkach lub po prostu w domach pod łóżkami gospodarzy. Irtysz wyznaczał odwieczny rytm pór roku. Żywił ludzi i zwierzęta i pozwalał im przetrwać zarówno gorące lata jak i mroźne zimy. Między kwietniem a listopadem stawał się też ważnym traktem komunikacyjnym, którym pływały barki i statki pełne towarów i podróżnych. Bliskość rzeki sprawiała, że życie w tej niegościnnej krainie stawało się trochę bardziej znośne. Ogrody były jednym z niewielu miejsc, gdzie zesłańcy mogli znaleźć jakąś pracę. Ponieważ wiosna i lato były krótkie, a plony obfite, zawsze przydawały się dodatkowe ręce do pomocy przy pieleniu grządek i zbieraniu warzyw. Pielić trzeba też było pola pszenicy, bo w przeciwnym razie panoszyły się w nim krzewy dzikiego piołuny, który sprawiał, że mąka i wypiekany z niej chleb stawały się gorzkie.

cdn...
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
ap-11-144.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
wulkanizator_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046226.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  dworzec_peron_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.