W rękach dobrego lekarza i woda staje sie lekarstwem

Mikołaj Gogol
Polska zawsze blisko
Poniedziałek, 24.04.2017 r.
Imieniny: Grzegorza i Aleksandra


Wró?Strona g?ówna Drukuj

kto nie rabotajet ten nie kuszajet...

Ula Ziober 2014-05-14
ula_ziober_70.jpg(9) Po siedemnastu dniach podróży pociąg zatrzymał się na stacji. Kiedy otwarto drzwi wagonu, na zewnątrz czekały już ciężarówki. Żołnierze poganiali ich okrzykami i kolbami karabinów. Kiedy paka zapełniona już była ludźmi i ich bagażami, ciężarówka ruszała, a na jej miejsce pod drzwi wagonu podjeżdżała kolejna. Janka trzymając się mocno burty ciężarówki patrzyła na miasto, w którym się znaleźli. Był to Pawłodar, miasto obwodowe w północno-wschodniej części Kazachstanu. Chociaż miasto wydało się wtedy Jance określeniem mocno na wyrost dla tej osady. Większość niewielkich domków usadowionych wzdłuż głównego traktu była gliniana, od czasu do czasu tylko trafiało się nieco większe, drewniane gospodarstwo. Jedynie szeroka droga, którą poruszał się konwój ciężarówek mogłaby sugerować istnienie jakiś planów urbanistycznych w tym miejscu. Mogłaby, gdyby była prawdziwą, asfaltową drogą, a nie piaszczystym szlakiem. Spod kół ciężarówek unosiła się gęsta chmura kurzu i pyłu, która przysłaniała niemal wszystko wokół. Nawet wytężając wzrok Janka nie mogła dostrzec niczego dalej za linią mizernych domków. A może po prostu niczego więcej tam nie było? W końcu dojechali na jakiś duży plac, gdzie na wysokich palach rozciągnięte były wojskowe plandeki. Tam kazali im czekać. Co jakiś czas przychodził enkawudzista i zaczynała się monotonna litania nazwisk. Każdy wyczytany musiał potwierdzić swoją obecność. W międzyczasie dowożono nowe transporty więźniów. Cały plac otoczony był kordonem uzbrojonych żołnierzy. Choć i tak mało prawdopodobne, żeby ktoś próbował uciekać. Bo i dokąd, skoro wszędzie wokół był tylko pusty step? Niektórzy przechadzali się po placu, ale większość zesłańców siedziała w niewielkich grupkach, wokół swoich tobołków, w obawie, aby nie stracić tych marnych resztek swojego dobytku. Janka z Basią także chciała się przejść, ale Regina kategorycznie im tego zabroniła. dziewczynki chodziły więc dookoła bagaży, zmieniając, co chwilę kierunek i lawirując między walizkami, a gdy i to im się znudziło przysiadły na ziemi i czekały. W końcu nastała noc, więc Regina rozwinęła jeden z tłumoków i rozłożyła im pościel na wieku największego kufra. Tak minęła ich pierwsza noc na zesłaniu, wciąż przerywana sprawdzaniem nazwisk i dokumentów.

Rano przyjechały kolejne ciężarówki, do których wsiadali tylko wyczytani z listy. Na szczęście nie rozdzielono ich i całą rodziną wsiedli do ciężarówki. Samochód nie miał plandeki i podczas drogi strasznie nim trzęsło i kurzyło się z piaszczystej drogi, ale na szczęście było już ciepło. Zresztą nie jechali daleko. Zatrzymali się 45 km od Pawłodaru, w pustym stepie, gdzie nie było niczego poza dużym budynkiem owczarni i kilkoma mizernymi lepiankami. Sowchoz hodowlany Sanhar miał się stać teraz ich nowym domem. Janka przywykła już do widoku bezkresnego stepu widzianego przez szpary w deskach ich wagonu. Ale dopiero teraz poczuła jego ogrom. Bo w stepie wszystko jest ogromne. Ogromne i puste. Horyzont zagina się nieznacznie i to jedyny w tym miejscu dowód na kulistość ziemi. Bo poza tym jednym, delikatnym wybrzuszeniem wszystko inne jest tu całkowicie płaskie. Monotonii tego krajobrazu nie zakłóca ani sylwetka pojedynczego drzewa ani zarys miasta w oddali. W promieniu wielu kilometrów, nie było tam nic poza wyschniętą trawą. Janka mimowolnie cofnęła się i dotknęła ściany obory, jakby w jej cieniu czuła się bezpieczniej. bo w stepie było coś przyciągającego i przerażającego jednocześnie. Do Sanharu przyjechali pierwszego maja. Miejscowi świętowali Wielki Prażnik, czyli święto pracy. Z tej okazji dostali większy przydział wódki, więc wszyscy chodzili pijani. Chcieli zobaczyć wrogów narodu i polskich panów. Wyzyskiwaczy, o których huczała propaganda, ale widok brudnych i zaniedbanych kobiet z dziećmi musiał ich mocno rozczarować. Z zaciekawieniem patrzyli tylko na pakunki i tobołki, zwłaszcza kobiety, które liczyły na jakiś handel. Polaków zakwaterowano w owczarni. Nie było tam nawet podłogi, tylko brudne klepisko, nie mówiąc innych udogodnieniach. Cieszyli się tylko, że mają dach nad głową. Regina jednak spróbowała znaleźć coś lepszego. Wśród ludzi, którzy zgromadzili się wokół grupy Polaków, była też starsza kobieta. Coś w jej zachowaniu lub wyglądzie musiało zwrócić uwagę Reginy, bo podeszła do niej bez zastanowienia i pozdrowiła. A ponieważ nie znała rosyjskiego zrobiła to po polsku i niemiecku. i wtedy stała się rzecz niezwykła, bo staruszka nie tylko się uśmiechnęła, ale i odwzajemniła powitanie. Okazało się, że jest z pochodzenia Niemką, a jej rodzina trafiła na Syberię wiele lat temu. Kobieta była tak wzruszona, że może z kimś porozmawiać w swoim ojczystym języku, że bardzo szybko zgodziła się, aby Regina wraz z rodziną zamieszkała w jej domu. Była to niewielka lepianka z jedną izbą i kuchnią. Nie wiele miejsca dla tylu osób, ale Regina uznała, że to i tak lepsze niż mieszkać w oborze. Podtrzymywała swoje zdanie nawet kiedy rano wchodziła jej na głowę kaczka, która także rezydowała w ich kuchni, bo wysiadywała tam jaja.

Już następnego dnia, na placu przed oborą, urządzono zbiórkę, na której kierownik kołchozu w bardzo obrazowy sposób wyjaśnił im jak, od teraz, potoczy się ich egzystencja. Wyciągnął przed siebie dłoń wnętrzem do góry i powiedział, że prędzej mu tam włosy wyrosną niż oni wrócą do Polski. Później w krótkich słowach objaśnił na czym będą polegać ich obowiązki w kolektywnym gospodarstwie i zakończył maksymą, której słowa na zawsze wryły się w pamięć wszystkich zesłańców:
- I dobrze to zapamiętajcie Polaki. Tutaj kto nie rabotajet ten nie kuszajet.
Była to chyba najprostsza i najbardziej lapidarna zasada, która organizowała życie wszystkich obywateli tego wielomilionowego państwa, od Kamczatki aż po Baku i Taszkient.

Wszyscy, zdolni do jakiejkolwiek pracy, dorośli zostali przydzieleni do różnych prac na rzecz kołchozu. Mężczyznom w większości wyznaczono cięższe roboty budowlane, kobiety natomiast miały przygotować owczarnię na zimę. Należało przede wszystkim dokładnie oczyścić budynek i uszczelnić ściany gliną wymieszaną z krowim łajnem i słomą. Nie było wyboru. Na zmianę z parą wołów, kobiety miesiły stopami w wielkim dole glinę z odchodami, a później smarowały nią ściany. Ponieważ nie dostały żadnych narzędzi, Zosia i Regina owinęły, dla ochrony, dłonie jakimiś szmatami i cały dzień wcierały śmierdzącą maź w ściany obory razem z innymi Polkami. Dzieci, jako siła robocza nie przedstawiały zbyt dużej wartości i dlatego nikt się nimi specjalnie nie interesował. Mogły bez żadnego nadzoru poruszać się po terenie całego kołchozu. Janka z Basią chodziły więc bez celu między chałupami szukając sobie jakiegoś zajęcia. Trzymały się przeważnie blisko domu, bo bały się same zapuszczać w step, a nie miały na razie żadnego innego towarzystwa. Pozostałe polskie dzieci mieszkały w owczarni, a rosyjscy rówieśnicy ich nie rozumieli więc z początku nie chcieli się z nimi bawić.

Wieczorami, gdy po ciężkim dniu pracy Rosjanie pili wódkę, Polacy spotykali się w owczarni i odprawiali nabożeństwa majowe. Ktoś z kilku desek sklecił prowizoryczny ołtarzyk, ktoś inny przyniósł świeczkę albo małą lampkę oliwną. Z braku kapłana, spotkaniom tym przewodniczyła Zofia Nietupska, która mimowolnie stała się swego rodzaju duchowym przywódcą ich niewielkiej społeczności. W tych ciężkich chwilach wielu ludzi, właśnie w modlitwie, pokładało swoją ostatnią nadzieję na ocalenie i powrót do ojczyzny. Zbiorowe śpiewy i modlitwa scalały i solidaryzowały zesłańców. Były również jednym z nielicznych łączników ze światem tradycji, obyczajowości i kultury polskiej, z której tak brutalnie zostali wyrwani. Dlatego też, mimo bardzo skromnej oprawy, wieczorna msza była najbardziej uroczystym fragmentem każdego dnia. Były to również bardzo wzruszające chwile, gdy w brudnej, ciemnej oborze śpiewali pieśni religijne i odmawiali litanie do Matki Bożej prosząc o opiekę i ocalenie. Wszystko to działo się oczywiście wbrew zakazom i w obawie przed dalszymi represjami ze strony władz. W tym okresie kościół katolicki w Związku Radzieckim właściwie już nie istniał. Obowiązywały tu normy prawa karnego zabraniające kapłanom jakichkolwiek praktyk religijnych. Polityka antyreligijna rozwijała się nieprzerwanie już od czasów rewolucji bolszewickiej, skutecznie zniechęcając obywateli do jawnych przejawów pobożności. Mimo że w Kazachstanie mieszkali obok siebie katolicy, prawosławni i muzułmanie, nigdzie nie było żadnych domów modlitwy, a wszelkie religijne obrzędy odprawiano w tajemnicy, w prywatnych domach.

W Sanharze przebywali tylko kilka tygodni. Prawdopodobnie ich komandir doszedł do wniosku, że nie potrzebuje na zimę tylu kobiet z dziećmi i starców. Naczelstwo nie przyznało mu materiałów na budowę domów dla nich. A nie mógł ich przecież zatrzymać w oborze, bo na jesień pastuchowie wracali z pastwisk ze stadami owiec. A owce dające mleko, wełnę i mięso były znacznie bardziej wartościowe niż gromada zesłańców, którzy do tego czasu i tak wyprzedaliby już pewnie cały swój marny dobytek, z którym tu przybyli. postanowił więc zawczasu pozbyć się problemu, a właściwie przekazać go komuś innemu. I tak, pod koniec maja, znowu przyjechał kordon ciężarówek i kazali się wszystkim pakować. Janka nie opuszczała Sanharu z żalem. Nie było tam niczego za czym mogłaby tęsknić. Śmierdząca obora, brudna lepianka i otaczająca zewsząd pustka stepu. Tym razem droga była dość długa. Jechali około dwustu kilometrów, ale stare, rozklekotane ciężarówki wlokły się po wyboistej, stepowej drodze niemal cały dzień. Mijali kilka wsi, ale pierwszą, w której się zatrzymali był Pieczierisk. Tutaj zostało kilkadziesiąt osób. Reszta pojechała dalej. Wysadzili ich na niedużym placu. Po jednej stronie stał dom naczelnika, a po drugiej wielka figura Lenina. Tym razem trafili na zielone świątki, zwiastujące początek wiosny. Mieszkańcy znowu gulali, pili wódkę, śpiewali i tańczyli na ulicy. I znowu odbyło się oficjalne "przywitanie". Naczelnik, lekko już podchmielony strasznie się przed nimi napuszył i wsadziwszy dłonie za pasek oznajmił, że tu mają się urządzać, bo tu już zostaną. Każdy ma sobie znaleźć dom, pracę i nie myśleć o tym, że kiedyś wrócą do Polski. Bo nie wrócą. Nigdy. Po tym krótkim wstępie wyraźnie zadowolony ze swojego przemówienia odwrócił się na pięcie i wrócił do biura.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
a-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mamypomyslyforsybrak_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1025672.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  poczta_dawniej_i_dzis_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.