Niedziela, 27.05.2018 r. Imieniny: Jana i Juliusza
Zero nienawidzi innych liczb

Zygmunt Freud
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

Moje reminiscencje co do postaw patriotycznych Polaków

Roman Kościesza Kułakowski 2012-11-04
kosciesza_70.jpgPrzeglądając ale już często nie czytając zamieszczanych informacji o Kresach - jakże temacie poruszającym serca i wspomnienia tych, którzy urodzili się tam lub byli z tymi ziemiami związani przez swą Rodzinę - mam wrażenie a raczej pewność - że Polacy byli gnębieni, mordowani, prześladowani co najmniej od kilkuset lat. Zauważyć należy kompletny brak empatii ze strony większości mych Rodaków. Przytoczyłbym tu ukraińskie czy rosyjskie powiedzenie -"Nad niu i popowuju swyniu nikoho ne ma": ( czyli nad niego i Popa świnię nie ma niczego ważniejszego). Ciągłe epatowanie - jeśli można tak nazwać wieczne dodawanie tych samych "linków" - "Mord na Wołyniu", Nacjonalistyczne Bandy UPA, może doprowadzić do wrażenia, że czas stanął w miejscu: (I najczęściej są nimi ci, którzy najwięcej mają na ten temat do powiedzenia nie wiedzą w tej dziedzinie nic poza tym co wkleją z internetu - prowadząc świętą krucjatę) .Ten pierwszy szereg młodzieży z pieśnią patriotyczną na ustach i poklaskiem gawiedzi - w której głowach znaczenie określenia -"empatia" ma wartość zdewaluowanej dawno monety. Brzęczy coś tam ale nie rozróżniają dźwięku: (O wiele łatwiej czuć się pokrzywdzonym - mając do tego prawo! niż odpowiedzieć na pytanie czy win nie ma też po naszej stronie.Rozdzieramy szaty, rozdrapujemy zaschnięte rany nie pozwalając na to żeby żyć a tylko istnieć? - Nie próbujemy stanąć z drugiej strony lustra i zobaczyć co tam jest. Po cholerę? moglibyśmy zobaczyć coś co zburzyłoby nasze? wyobrażenie o wielkiej martyrologi Narodu polskiego.Tylko rzadko między płaczliwo-patriotycznym "skowytem" "linkowców" możemy przeczytać że coś było nie tak, że coś przeoczyliśmy z naszych win w stosunku do drugiej strony. Spojrzyjmy może na drugą stronę dawnych granic Polski-rok 1945.Bo jak w "Dniu Świra" moje jest mojsze?. Tak większość Polaków postrzega wysiedlenie ludności niemieckiej i tych, którzy podpisali listę przynależności do "wybranego" Narodu w oczach Nazistów.Pozwolę sobie przytoczyć tylko wycinek granicy i zawęzić do jednej miejscowości - wybranej losowo - bo wydarzenia związane z wysiedleniem Niemców były wszędzie takie same -mniej czy bardziej drastyczne.
Cyt:Posłuchajmy fragmentu wspomnień Artura Schulza:

,,Ponad siedemdziesięcioletni mistrz dekarski August Steffke został zastrzelony w oknie swojego domu, ponieważ groził sowieckiemu żołnierzowi laską, gdy ten wyłamywał bramę posesji. Syn właściciela młyna Birka leżał w łóżku ze złamaną nogą i został zastrzelony na oczach ojca, a jego trzynastoletnia siostra została zgwałcona. Również moja teściowa została zgwałcona, kiedy próbowała bronić swojej młodszej córki (...). Komendant miejscowego SA, Sturmführer Hans Weith zastrzelił się przed południem na wydmach, a przedtem zastrzelił swoją ciężarną żonę i troje dzieci (...).

Frau Gemkow z Hindenburgstrasse w panicznym strachu związała się sznurem ze swoimi dwoma synami i rzuciła z mola do morza. Tylko starszy syn uwolnił się z więzów i dopłynął do brzegu. Żona kupca Karla Schmiedeberga podcięła dwójce swoich dzieci żyły i sama próbowała popełnić samobójstwo. Tylko przypadek zrządził, że będący w pobliżu rosyjski lekarz wojskowy mógł ją uratować, niestety tylko ją...”

Takich tragicznych zdarzeń autor wspomnień przytacza więcej. Trudno powiedzieć precyzyjnie, ile ofiar pociągnęło za sobą wkroczenie Sowietów do Łeby? Z różnych relacji wynika, że mogło być od 20 do 30 przypadków zastrzelenia osób cywilnych i tyleż samobójczych śmierci oraz liczona w dziesiątki, bliżej nieokreślona liczba gwałtów.

Willi Gillmann podaje, że liczba samobójstw mogła wynosić nawet 50. Na miejscowym cmentarzu wykopano masowy grób, w którym pochowano około 30 cywilnych ofiar*. Wiele kobiet zaszło w ciążę albo zostało zarażonych chorobami wenerycznymi. Straty wojenne Łeby wraz z poległymi na froncie żołnierzami, szacuje się na ok. 6 proc.
Oddziały, które wkroczyły do miasta rankiem 10 marca (sobota), jeszcze tego samego dnia wieczorem je opuściły nie pozostawiając patroli, z wyjątkiem dwóch wartowników na molo. Do rana panował względny spokój i ludzie, którzy ukrywali się po różnych zakamarkach mogli wyjść do swoich. Najgorsza była niepewność jutra, bo wszyscy wiedzieli, że zajęte miasto nie pozostanie bez komendantury wojskowej.

W nocy miało miejsce ciekawe wydarzenie. Jak podaje Willi Gillmann, z portu w Łebie wypłynął kuter rybacki "Leba 45" z 40 osobami na pokładzie. Był to akt nieprawdopodobnej desperacji i odwagi, dokonany pod nosem Rosjan. Właścicielem kutra był Fritz Krüger, mieszkający nad kanałem portowym przy obecnej ulicy Abrahama.

Jak to się stało, że uciekinierzy nie zostali zauważeni przez radzieckich wartowników? W jednej z relacji naocznego świadka czytamy, że obaj krasnoarmiejcy ożłopali się zdobycznego alkoholu i zwyczajnie zasnęli na posterunku. Dobę wcześniej, a więc zanim Rosjanie wkroczyli do Łeby, z portu wypłynął szkuner "Herbert" z 50 osobami na pokładzie.

W niedzielę 11 marca przed południem do Łeby przybyła nowa jednostka sowiecka i znowu zapanowała panika, strach i bezsilność. Wiele osób ponownie uciekło i szukało schronienia na wydmach. Tylko tam było w miarę bezpiecznie, ale jak długo można koczować w zimie pod gołym niebem? Nowe wojsko w niczym nie ustępowało brutalnością wczorajszym zdobywcom. Scenariusz z rabowaniem, plądrowaniem, niszczeniem, gwałtami i strzelaniem do cywilów, był lustrzanym odbiciem dnia poprzedniego.

Komandir zarządził porządkowanie miasta i wyznaczył osoby do obsługi taborów, obrządzania i dojenia krów, czyszczenia zajętych obór i stajni. Zarządzono godzinę policyjną od 20. do 8. rano, z jednoczesnym wprowadzeniem czasu moskiewskiego, jako obowiązującego. Zegarki przestawiono o dwie godziny do przodu.

Po kilku dniach przybył do Łeby oddział kawalerii do objęcia komendantury. Na swoją siedzibę zajął budynek obecnego urzędu miasta, gdzie urządzono biuro komendanta i kwatery dla wojska. Dowodzący nim oficer jest opisywany jako człowiek zdyscyplinowany i nie tolerujący żadnego rodzaju gwałtu na ludności cywilnej. Oczywiście nie wszyscy żołnierze skrupulatnie przestrzegali jego rozkazów, ale generalnie napięta sytuacja uległa pewnemu odprężeniu.

Dawny mieszkaniec Łeby, Max Rademske, opowiedział mi pewną historię związaną z adiutantem komendanta o imieniu Wiktor. Był to młody, może 25-letni chłopak odbity przez czerwonoarmistów z niewoli, który dzięki opanowaniu w obozie jenieckim języka niemieckiego, został mianowany tłumaczem i adiutantem.

Piętnastoletni wówczas Max wszedł w posiadanie jakiegoś porzuconego motocykla. Naprawił go, wypucował i próbował na nim jeździć. Pewnego dnia zauważył to Wiktor i z miejsca zapałał wielką miłością do motoryzacji. Przekonywał chłopca, że nie ma sensu, aby posiadał motocykl, bo i tak zostanie on zarekwirowany przez armię, więc lepiej oddać go jemu. Siła władzy i argumentów przekonały Maxa, który z ciężkim sercem oddał pojazd.

Ucieszony adiutant, jako Kozak miał dużą wprawę w dosiadaniu konia, ale ze stalowym rumakiem nie poszło mu tak gładko. Jego pierwsza jazda zakończyła się całkowitym zdemolowaniem szopy na jednym z podwórek przy obecnej ulicy 1 Maja, gdyż nie wiedzieć czemu, tam go właśnie poniosło. Chłopiec po tej dziewiczej przejażdżce tłumacza stwierdził z satysfakcją, że motocykl nie nadaje się już do naprawy.

Powoli stabilizowało się życie w mieście. Komendant z nieznanych powodów powołał na stanowisko burmistrza pewnego nazistę, z zawodu murarza, który zapisał się do NSDAP na kilka lat przed objęciem władzy przez Hitlera. Być może w jakiś sposób zagroził mu konsekwencjami i tak wymusił absolutną dyscyplinę pracy? Jednym z pierwszych posunięć reaktywowanego magistratu było wprowadzenie reglamentacji żywności.

Zgromadzone wcześniej zapasy, jak i możliwość ich uzupełniania w okolicznych majątkach sprawiały, że nie było większych problemów z zaopatrzeniem w chleb, kartofle i mięso. Tak było przynajmniej w początkowym okresie. Z czasem podaż mięsa uległa załamaniu, ze względu na niekontrolowany ubój zwierząt na potrzeby Rosjan i konieczność zaopatrywania innych rejonów. Jeden z dawnych mieszkańców tak pisze w swoich wspomnieniach o aprowizacji w mieście:

,,W latach 1945-46 w zastępstwie oleju stosowano tran. Kiedy robiono placki ziemniaczane, nasza ulica śmierdziała tranem aż do mostu. Dla wielu ludzi dorsz był jedynym mięsno-rybnym pożywieniem. Ludzie z dalekiej okolicy szli piechotą przez Lębork do Łeby, żeby zdobyć dorsza. W związku z tym na nabrzeżu przy kanale rozgrywały się dramatyczne sceny. /.../. Flądry i kilka skrzyń dorszy było przeważnie ukrytych na kutrach i nie były odstawiane Rosjanom na drugą stronę kanału, tam, gdzie znajdują się wędzarnie. Po przybyciu kutra do nabrzeża, wielu ludzi się przepychało dla zdobycia jednej ryby... W późniejszym okresie Rosjanie sami przejęli rozdział ryb, a kolejka sięgała czasami do mostu. Wyglądało to w ten sposób:

Na pytanie: Niemiec? Odpowiadano: da (tak), albo pokazywano skinięciem głowy i otrzymywano rybę. Jeżeli ktoś nieostrożnie odpowiedział: niet (nie) Polak, wówczas Rosjanin wyskakiwał i przeganiał biedaczynę. Było nam ich szkoda, więc instruowaliśmy Polaków, żeby w żadnym przypadku nie mówili, że są Polakami” *.

Równoległym posunięciem z wprowadzeniem reglamentacji, było zebranie wszystkich aparatów radiowych w mieście. Status tych odbiorników był niejasny. Nikt tak naprawdę nie wiedział, czy zostały one zarekwirowane, czy tylko zabrane ,,na przechowanie”. W każdym razie do właścicieli już nie wróciły. W tej akcji chodziło przede wszystkim o pozbawienie ludności niemieckiej dostępu do informacji z Rzeszy. Z całą pewnością nie wszyscy zastosowali się rygorystycznie do tego zarządzenia, o czym wspominał jeden z moich rozmówców.

"Po przejściu frontu Rosjanie zostawili w Stęknicy i w okolicznych wsiach po jednym posterunku. Dopiero wtedy odważyliśmy się opuścić nasz azyl. Nastał straszny i niespokojny czas. Rosjanie plądrowali wszędzie, gdzie się dało i kradli wszystko, co wpadło im w ręce. Zegarki, obrazy, odzież, naczynia, sztućce, dosłownie wszystko. Po jakimś czasie Rosjanie opuścili wieś, a zjawili się Polacy. Zajęli oni najlepsze domy, a nas przegnali, więc zakwaterowaliśmy na piętrze w gospodzie pana Boyke. Pod nami w gospodzie mieszkało polskie małżeństwo. Byli bardzo miłymi ludźmi. Ojciec podarował im jakieś narzędzia, co jeszcze bardziej poprawiło stosunki z nimi.

Z zaopatrzeniem w żywność było katastrofalnie, więc ojciec z tym Polakiem poszli w wielkiej tajemnicy do naszego schowka, żeby nikt ich nie zobaczył, bo całe zapasy by przepadły. Również w domu naprzeciwko, u Martensów, mieszkało starsze polskie małżeństwo. Robiłam dla nich różne drobne przysługi, za co dawali mi czasami jajek, albo innej żywności. Pewnego dnia po mojego ojca przyszli Rosjanie i pod lufami karabinów, zawlekli go do domu Martensów. Tam usłyszał zarzuty, że jest esesmanem i zamordował wielu Rosjan. W tym momencie włączyli się nasi sąsiedzi Polacy oraz ci z domu Martensów i przekonali żołnierzy, że nie mają racji i żeby odstąpili od swoich zamiarów. Finał był taki, że ojca ciężko pobili, ale puścili wolno".

Dużym problemem dla mieszkańców, zakładów i administracji był w dalszym ciągu brak prądu elektrycznego i bieżącej wody. Ktoś wpadł na pomysł, żeby do wytwarzania energii wykorzystać agregat prądotwórczy z centrali telefonicznej. Sprawa od początku nie była prosta, gdyż używany do napędu generatora silnik dieslowski wymagał oleju napędowego, a z nim było krucho.

Stare powiedzenie mówi, że potrzeba matką wynalazków, więc i tu zastosowano niecodzienny ,,patent”. Postanowiono wykorzystać lokomobilę z podcharbrowskiego tartaku. To urządzenie nie było niczym innym, jak przewoźną maszyną parową na kołach. Kolejny problem stanowiło jej sprzężenie z prądnicą, gdyż do założenia pasa transmisyjnego trzeba było wybić wielki otwór w ścianie i obrócić generator o 90 stopni.

Próba generalna wypadła pomyślnie, więc przystąpiono do zakładania prowizorycznej instalacji. Mała moc tego agregatu nie pozwalała na podłączenie do sieci ogólnej, dlatego wytypowani odbiorcy posiadali swój niezależny kabel. W pierwszej kolejności przyłączono komendanturę miasta, magistrat, wodociągi i kwaterę komendanta. Zamieszkiwał on w jednym z domów przy obecnym komisariacie policji.

W następnej kolejności mieszkania zajmowane przez pracowników administracji i w końcu niektóre zakłady rzemieślnicze. Na podwórzu centrali kłębiły się zwoje kabli telefonicznych, bo tylko takimi dysponowano i chyba tylko cudem nikogo nie poraziło, że o zwarciu i przepaleniu instalacji nie wspomnę.

Przy tak dużym poborze mocy konieczna była reglamentacja. Na przykład stacja pomp działała tylko przez dwie godziny dziennie. Odbiorcy pobierający wodę na krańcach sieci mieli najgorzej, bo tam nie dochodziło już ciśnienie i trzeba było się naczekać, aby napełnić wiadra. Próbowano jakoś temu zaradzić i najpierw włączano wszystkie trzy hydrofory, a dopiero po pewnym czasie jednocześnie otwierano zawory na miasto. W normalnych warunkach do zapewnienia ciśnienia w sieci wykorzystywano dwie pompy, a trzecia była rezerwowa.

Początkowo do palenia pod kotłem lokomobili wykorzystywano zapasy węgla z portu. Te jednak wkrótce się skończyły i zaczęto palić drewnem. Tak poszły z dymem drewniane baraki mieszkalne, należące do dawnej Rakietowej Stacji Doświadczalnej i przeróżne szopy, wykorzystywane wcześniej przez Wehrmacht.

Przy obciążeniu generatora do granic wytrzymałości, palenie drewnem nie zapewniało odpowiedniego ciśnienia pary i napięcie w sieci spadało. Żarówki ledwo świeciły i w rytm pracy maszyny parowej raz przygasały, by po ułamku sekundy znowu rozbłysnąć. W nocy pomiędzy pierwszą a piątą rano agregat zatrzymywano w celu przeprowadzenia smarowania i konserwacji oraz co istotne, dla oszczędności opału *.

____________
* na podstawie wspomnień byłego mieszkańca Łeby Manfreda Lawrenza.

Przed Wielkanocą część mieszkańców została zmuszona do opuszczenia miasta i skierowana do okolicznych wsi. Nie bardzo już dzisiaj wiadomo, jakiemu celowi miało to służyć, w każdym razie ich dobytek został zarekwirowany przez komendanturę.

Maszyny i urządzenia z zakładów i warsztatów, które przedstawiały jakąkolwiek wartość, pakowano na samochody i wywożono w nieznanym kierunku, którego każdy pewnie się domyśla. Rekwizycje w dużym stopniu dotknęły też okolicznych chłopów, którym pozabierano maszyny rolnicze i wywieziono do Rosji.

Na początku maja przybyli do miasta funkcjonariusze NKWD - Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRR. Rozpoczęły się pierwsze przesłuchiwania i aresztowania. Niektórych mieszkańców wywożono w nieznanym kierunku, część z nich znalazła się w rosyjskich obozach pracy na Syberii. Po niektórych słuch zaginął na zawsze.

Osadnicy

Pierwsi Polacy przybyli do Łeby w kwietniu 1945 roku. Wizja rychłego zwycięstwa i szeroka akcja propagandowa polskiego Rządu Tymczasowego (po 28 czerwca - Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej) o zasiedlaniu Ziem Zachodnich i Północnych, spowodowała powolny, lecz ciągły napływ osadników. Nie zawsze były to osoby o nieposzlakowanym życiorysie. Wówczas tereny ,,odzyskane” penetrowały rzesze szabrowników, które kradły to, czego nie wywieźli Sowieci.

Jest mi znane nazwisko i adres pewnego mieszkańca z ulicy Kościuszki, który był jednym z pierwszych osadników. Nie dość, że B. przegnał dotychczasowego właściciela nieruchomości, to jeszcze szabrował po okolicznych, zamieszkałych domach i w żywe oczy kradł. Jego nieodłącznym atrybutem był kilkukrotnie złożony łańcuch do wiązania bydła, którym okładał on Niemców broniących swojego dobytku.

Zrozumiała nienawiść za krzywdy wojny często przybierała charakter odetowy, skupiający się na ludności cywilnej. Oczywiście nie wszyscy przybysze byli typami spod ciemnej gwiazdy. Przeważali ludzie uczciwi i pracowici, których zagmatwana historia rzucała na Pomorze.

W okresie powojennym używało się swoistej nowomowy i określano te tereny, jako ziemie odzyskane, prastare ziemie piastowskie, czy przywrócone polskości. Jeszcze i teraz słychać gdzieniegdzie takie głosy. Owe określenia wymyślono na potrzeby wprowadzanych w życie postanowień konferencji jałtańskiej i poczdamskiej. Wielu współczesnych historyków jest zgodnych, że tzw. Ziemie Odzyskane były zwyczajną rekompensatą za zagrabione przez Stalina tereny polskie na wschodzie, do której dorobiono sloganową ideologię w celu oddalenia ewentualnych roszczeń.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

... nie tylko od święta

asian-girl-cute-smile-wallpaper-hd.jpg

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
ap-41.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
wulkanizator_330.jpgzbic_szybe_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2018 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.