Do najpiękniejszych cnót człowieka należy zdolność przebaczania. Zemsta niszczy zarówno wroga, jak i nas samych, nas samych o tyle groźniej, że pustoszy naszą duszę, gdy wrogowi możemy odpłacić tylko szkodą cielesną. Przebaczanie nas pomnaża.Jan Parandowski
Polska zawsze blisko
Wtorek, 21.11.2017 r.
Imieniny: Janusza i Konrada


Wró?Strona g?ówna Drukuj

MORSKIE OPOWIEŚCI : Oko proroka

Benedykt Dysiński 2011-01-05
wieloryb_100.jpgRozpoczęliśmy trzeci tydzień podroży. Codzienna rutyna: wachty za sterem, pomoc w kuchni i sen. Czas jakby się zatrzymał. Zawieszeni w pustce oceanu, żyjemy według rytmu wyznaczonego przez słońce.

Odkąd opuściliśmy Karaiby towarzyszy nam piękna pogoda. Słaby wiatr popycha nas na północ. Znajdujemy się pośrodku strumienia wody, która zatacza olbrzymi krąg pomiędzy Amerykami a Europa i Afryka. To Golfstrom. Ciepłe wody opływają Bermudy, a dalej, w drodze na wschód rozdzielają się w dwóch kierunkach. Cześć obmywa wyspy brytyjskie, sięgając dalej na północ aż do krańców Norwegii. Główny nurt zakręca po osiągnięciu brzegów północno zachodniej Afryki, gdzie ponownie zmienia kierunek, tym razem na południe. Po dotarciu do rejonów zwrotnika dokonuje jeszcze jednego zwrotu - na zachód, u wybrzeży Ameryki Środkowej rozpoczynając cały cykl od nowa. Proces ten trwa od ostatniej epoki lodowcowej. Dzięki niemu wiele miejsc na ziemi (Wyspy Azorskie, Wyspy Brytyjskie, zachodnie wybrzeże Norwegii) zachowuje łagodny, ciepły klimat.

„Wieziemy się” na tym wielkim „kołku”, który dodaje nam około 2 węzłów do naszej prędkości. Z dnia na dzień jednak wiatr słabnie. Pomagamy sobie wtedy silnikiem, choć tak naprawdę nic nas nie goni. Nie zaplanowaliśmy przypuszczalnych dat dotarcia do tego czy innego miejsca. Nie ma znaczenia czy do Europy dotrzemy po 4 czy po 8 tygodniach. Na pokładzie panuje spokojna, beztroska atmosfera. Cała gonitwa jaka się odbywa na lądzie, życie jakie dotąd prowadziliśmy uległo zatrzymaniu. Jesteśmy poza nawiasem wszystkiego. Dzień, noc, zmiana wacht, sen. Trwanie. Woda jak daleko sięgnąć okiem. Najbliższy lad, pięć kilometrów... pod nami. Rzadko rozmawiamy ze sobą. Nie ma o czym. Ocean daje nam szanse bycia ze samym sobą i każdy z nas korzysta z tego na swój sposób. Choć nie mówimy o tym, wszyscy odbieramy wolność, piękną pogodę, zawieszenie w czasie i przestrzeni jako cenny dar, jedyną w życiu szansę. Trudno znaleźć jedno, trafne słowo na określenie tego co się z nami działo. Jest taka cienka granica pomiędzy tym co było, a co ma być. Nazywamy to teraźniejszość, teraz. Dla nas, z każdym dniem rejsu owo teraz rozciągało się w czasie, by w końcu wypełnić całe 24 godziny. Pomiędzy niebem, a wodą po prostu byliśmy. Łatwiej wyrazić to w języku angielskim, gdzie zwrot „to be” pełniej opisuje to co nas „dotknęło”.

Zdarzyło się, że coś niespodziewanego wdarło się w tę naszą idylliczną rutynę. Pasaty zostały dawno za nami, aura się uspokoiła, pogoda się ustabilizowała. Wiatr o sile 2 do 3 Beauforta, wiejący od rufy pozwalał nam trzymać oba żagle. Jednocześnie Golfstrom popychał nas na północ, dodając 1 do 2 węzłów do naszej prędkości.

Tego feralnego poranka kończyłem właśnie „psią wachtę” (pomiędzy 4 a 8 rano), siedząc za sterem i czytając książkę. Jak okiem sięgnąć ocean, błękitne niebo i już dość wysoko nad horyzontem słońce. Autopilot wykonywał za mnie całą robotę. Pod pokładem chłopcy zaczynali się krzątać w kuchni, czuć było zapach świeżo parzonej kawy. Anielski, sielski rzec można nastrój. Spokój, już czułem smak kawy.

Nagle... łódź się zatrzymała, stanęła w miejscu tak jakby uderzyła w niewidzialną ścianą. Mój Boże, wpłynąłem na mieliznę! To była pierwsza moja myśl. Ale jak to możliwe, przecież jesteśmy na środku oceanu, jesteśmy na wodach pomiędzy Florydą, Bahamami i...Bermudami... Cholera jasna, jesteśmy przecież w Trójkącie Bermudzkim!!!...

Asbjorn, Oderik i Andrzej potykając się i przepychając na wąskiej schodni nareszcie znaleźli się na pokładzie. What!, why!, co jest grane!? przekrzykiwali jeden przez drugiego, ja z oczami pełnymi zdziwienia i już teraz strachu mogłem wydusić z siebie - nie wiem...

wieloryb_420.jpg

Niespodziewanie tak jak łódź się zatrzymała, tak teraz ruszyła z miejsca, zrazu powoli ale w ciągu sekund miała znów poprzednią prędkość. Nagle, tuż za rufa spokojna dotąd woda zakotłowała, zawirowała i naszym oczom ukazała się... postrzępiona na brzegach, olbrzymia płetwa ogonowa wieloryba. Wyszła z wody na dwa może metry w górę i z donośnym plaśnięciem opadła na powierzchnię wody. Oblani zostaliśmy wodą. Raz po raz ogon ukazywał się nad woda by z olbrzymia siłą uderzać o wodę. Rozmiar samej płetwy był przerażający, dużo szersza niż pięć metrów szerokości lodzi. W moment później zobaczyliśmy wieloryba w całej okazałości. Jakby obok nas zmaterializowała się mała ruchoma wyspa, prychająca z grzbietu fontannami rozpylonej wody. Rozmiar ryby oceniliśmy na około 20 metrów długości. W czasie wszystkich ewolucji na powierzchni wody, dał nam dobry widok na szaro-brązowy grzbiet i białe w niebieskie - idące przez całą długość ciała - niebieskie pręgi.

- Do you see any blood ? - czy widzicie jakąś krew ? Już teraz było jasne dla nas co się właściwie stało: całą masą naszej łodzi wjechaliśmy na śpiącego tuż pod powierzchnią wody ssaka, wymierzając mu potężnego kopa na przebudzenie. Nie, nie było żadnej krwi; za to na pewno musiał zaliczyć solidnego siniaka. Wolno ale bez przeszkód oddalaliśmy się od miejsca kolizji, gdzie nasz pobratymiec (ssak w końcu) wciąż manifestował swoje niezadowolenie. Wreszcie, kiedy dystans pomiędzy nami osiągnął mniej więcej sto metrów wieloryb zadarł ogon wysoko do góry i osunął się pod powierzchnie wody. Nam wróciła mowa i jeden przez drugiego krzyczeliśmy: widziałeś?! ale numer! what the fuck was that?! Shit !!

Nawet nie przypuszczałem jak szybko życie dopisze następny rozdział do tej historyjki. Następnego poranka, prawie o tej samej godzinie, Andrzej objął wachtę, ja przechadzałem się po pokładzie, ot by rozprostować kości. Na lewej burcie, koło want zrobiłem sobie krotki postój na... I to pomimo luksusów pięciu łazienek pod pokładem. Właśnie skończyłem i dopinałem rozporek, gdy nagle, niemal tuż pod moimi stopami woda zakotłowała się i zaczęła zmieniać kolor z głębokiej, ciemnej zieleni na brązowo-szary. A potem było donośne puff! i fontanna rozpylonej wody wypełniła powietrze. Na powierzchni wody ukazał się wieloryb! Jak nic, by się odegrać za wczorajsze, pomyślałem. A on utrzymując tą samą prędkość co łódź przekręcił się na lewy bok; biały pręgowany brzuch i głowa ukazały się w całej okazałości. Jego prawe oko znalazło się nad powierzchnią wody wpatrzone intensywnie we mnie. Na długą chwilę zaistniał kontakt pomiędzy naszymi spojrzeniami. Widziałem, czułem to, że olbrzym przygląda mi się, szacuje - to był kontakt z kimś żywym i myślącym... Stałem jak sparaliżowany, a jednocześnie zachwycony, bojąc się ruszyć, by go nie spłoszyć. Wieloryb zmienił pozycję i bezgłośnie zanurzył się w głębinie. Nie wiem jak długo to trwało, ale musiało upłynąć kilka minut, bo zaczęło mi ciemnieć w oczach. Dopiero teraz zrozumiałem, że na cały ten czas wstrzymałem oddech. Zaciągnąłem się powietrzem, tak jakbym wracał na powierzchnie wody po długim nurkowaniu na bezdechu.

Załoga - w całości pod pokładem - nie była świadoma tego co się stało wydarzyło. Zdyszanym głosem opowiedziałem im o spotkaniu, a ich poważne miny i „nie do wiary, unfuckenbelievable” były jedynymi odpowiedziami.

I tu wypadałoby zakończyć te historie, ale... życie po kilku latach dopisało własny epilog. Siedem lat po rejsie przez Atlantyk, kiedy wszystkie opisane wydarzenia były już tylko odległymi wspomnieniami, znalazłem się dość niespodziewanie w Igumenicy, porcie na północno - zachodnim wybrzeżu Grecji. Mając kilka godzin do odjazdu autobusu do Aten, postanowiłem podjechać taksówką na lokalną plażę. Po kąpieli w morzu, leżałem rozleniwiony na piasku. Nad okolicznymi wyspami zaczęły się zbierać gęste, szaro-niebieskie obłoki. Ich konfiguracja szybko zmieniała się pod wpływem tężejącego, zachodniego wiatru. Wtem moim oczom na firmamencie nieba ukazało się... wielorybie oko. To samo, które lata temu patrzyło na mnie z wód Atlantyku. Szeroko otwarte, w grubej szaro - brązowej oprawie, a przecież będące jedynie tworem chmur i wiatru. Jak w transie sięgnąłem po kamerę i pstrykając raz za razem utrwaliłem ten fenomen.

Mówi się, że dobre rzeczy pojawiają się w życiu trójkami... żebym jeszcze mógł tylko zrozumieć... dlaczego ?

oko_proroka_420.jpg

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM
Bardzo ładnie literacko opisana historia spotkania z wielorybem. Świetny, zwarty opis golfstromu....
~Jacek Frankowski 2011-01-04 20:34

Trzymajmy się zasad

rozpacz1.jpg

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
ap-31.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
plug_sniezny.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.