Kiedy widzisz dobrego człowieka staraj się go naśladować. Kiedy widzisz złego człowieka zastanów się nad samym sobą.

Konfucjusz
Polska zawsze blisko
Czwartek, 23.03.2017 r.
Imieniny: Feliksa i Pelagii

Polska na skróty


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Odświętne stroje, spacer i słodkie lody owocowe...

Ula Ziober 2014-05-31
ula_ziober_70.jpg(11) Rosjanie dość chętne udzielali zesłańcom schronienia, ale nigdy nie robili tego za darmo. Ponieważ obrót gotówką w kołchozach prawie nie istniał, większość właścicieli mieszkań chętniej niż ruble przyjmowała inne dobra. Za dach nad głową płacona więc odzieżą, prześcieradłami, obrusami i drobnymi sprzętami przywiezionymi z Polski. Zazwyczaj jednak szybko kończyły się nie tylko zapasy, ale i zapotrzebowanie na to, co dana rodzina miała do zaoferowania. Pod koniec lata Rosjanka, u której mieszkali Nietupscy, miała już wszystko, co wśród ich bagaży przedstawiało dla niej jakąś wartość. Poza tym, po kilku miesiącach nieobecności, wrócił jej mąż, który nie ukrywał swojej niechęci do zesłańców i jasno dał do zrozumienia, że oczekuje iż wkrótce opuszczą jego dom. A ponieważ coraz częściej robił żonie z tego powodu awantury, kobieta uległa w końcu jego namowom. - Ja was nie wyrzucę – mówiła wyraźnie zażenowana do cioci Zosi – ale jak znajdziecie coś lepszego to się wyprowadzicie. Zaczęli więc chodzić po wsi i rozpytywać o nowe lokum. Upalne lato miało się już ku końcowi i wszyscy zaczynali przygotowania do długiej zimy. Mało kto kwapił się do tego, by przyjąć pod swój dach tyle dodatkowych gąb do wykarmienia. W końcu trafili do niedużego domku, stojącego nieco na uboczu wsi. Różnił się znacznie od gospodarstw, które wcześniej odwiedzali. Przede wszystkim cały zbudowany był z drewna i nawet dach pokryty miał drewnianym gontem. Wyglądał na zamożniejszy również z powodu bramy, która do niego prowadziła, zadbanego podwórza i przybudówki, w której mieszkały kury i jałówka. Zarówno Pieczierysk, jak i pobliskie Kaczory i Ośmiorysk były to wsie zasiedlone jeszcze w XVII wieku przez kozaków dońskich, którzy bardzo długo stanowili w Rosji carskiej znaczącą grupę etniczną i wojskową. Za swoje zasługi otrzymali niezależny region zwany Obwodem Wojska Dońskiego, który obejmował tereny na granicy z Persją i Imperium Osmańskim, na północ od Morza Azowskiego. W czasie rewolucji październikowej większość kozaków opowiedziała się po stronie cara i za to spotkały ich później liczne represje ze strony nowej, komunistycznej władzy. Ich autonomię zlikwidowano, ale mimo przesiedleń kozacy dońscy zachowali swoje tradycje. Ich potomkowie, w przeciwieństwie do Kazachów, którzy mieszkali głównie w ziemiankach, budowali domy drewniane, nawet jeśli budulec na nie musieli sprowadzać z daleka. Zawsze mieli w środku czyste drewniane podłogi, a nadproża drzwi i okien oraz belki stropowe często rzeźbili w misterne ornamenty. W gospodarstwie, do którego trafili Nietupscy mieszkała stara kozaczka dońska Amfisa z synami. Teraz był z nią tylko najmłodszy, Pieciu. Podrostek, kilka lat starszy od Janki. Drugi, Andriej był na służbie w wojsku, a najstarszy, stacjonował na Dalekim Wschodzie, we Władywostoku. Amfisa zaprosiła ich do środka i po krótkiej rozmowie zgodziła się przyjąć wszystkich pod swój dach. Była to kobieta w średnim wieku, ale z powodu jej siwych włosów i przygarbionej postury, dziewczynki wkrótce zaczęły nazywać ją Babcią.

Poza pomocą w gospodarstwie i przynoszeniem wody z rzeki, zarówno Janka jak i Basia, nadal nie miały zbyt wielu zajęć. Większość czasu spędzały więc z Piecią i innymi dziećmi z sąsiedztwa, śmiejąc się i rozmawiając. Obie znały coraz więcej rosyjskich słów, więc nic nie stało już na drodze do wspólnej zabawy. Piecia cierpliwie tłumaczył im wszystko czego nie rozumiały, a taka forma nauki bywała niezwykle emocjonująca i wesoła. Całymi dniami biegali po stepie albo wylegiwali się nad Irtyszem, a wieczorami słuchali opowieści i rozmów dorosłych. Czasami też, prosili panią Emilię, żeby poczytała im książkę. Siadali w trójkę na podłodze, wpatrywali się w panią Rożkową i z niesłabnącym zainteresowane po raz kolejny wysłuchiwali tej samej historii, tragicznej miłości młodej szlachcianki Salomei i rannego powstańca styczniowego, Józefa Odrowąża. Janka, za każdym razem, widziała przed oczami bibliotekę pełną książek, która znajdowała się w ich poznańskim domu. Piękne okładki i złote litery na grzbietach tworzyły niezwykłą mozaikę i zachęcały do poznania treści zawartej wewnątrz. Tak bardzo żałowała, że nie wzięła ze sobą ani jednej. Tutaj nikt nie czytał książek. Nie było na to czasu ani pieniędzy, a wielu ludzi nie potrafiło nawet czytać. „Wierna rzeka” Żeromskiego, którą pani Rożkowa ukryła w swoim bagażu, była więc ich jedyna rozrywką. Wujek Józef dawał Jance czasami jakieś lokalne gazety do poczytania. Namawiał i zachęcał ją wciąż do nauki rosyjskiego. Mówił, że nie ważna jest treść, ale litery trzeba znać, bo to na pewno kiedyś jej się przyda. Na początku, na jakimś skrawku papieru wypisał jej cały rosyjski alfabet, a gdy już zaczęła rozpoznawać poszczególne bukwy dawał jej do czytania artykuły z "Prawdy" albo "Izwiestiji". Na początku te śmieszne symbole nie miały dla niej żadnego sensu. Ale z biegiem czasu zaczęły układać się w słowa i zdania. Po paru miesiącach już nie tylko czytała, ale i bez problemu porozumiewała się z miejscową ludnością. W przeciwieństwie do Reginy, która znała tylko kilka podstawowych zwrotów i ciągle myliła różne wyrazy, co doprowadzało czasem do zabawnych sytuacji.
Kiedyś chciała zapytać jakąś gospodynię czy jest u niej "mąka", ale wyszła z tego "męka" i w odpowiedzi usłyszała tylko długie westchnienie i słowa:
- No chwacit, chwacit...

Kiedy indziej, znowu, pytając o jakiś transport do Irtyszyska, pomyliła polską dorożkę, którą chciała tam dojechać z rosyjską darożką. Wywołując niemałe zdumienie u pytanego mężczyzny o jaki to dywanik jej chodzi.
Dlatego później, gdy Regina wybierała się na targ albo chciała wymienić jakieś rzeczy, zawsze zabierała ze sobą Jankę. Napawało to dziewczynkę nie małą dumą, bo przecież poniekąd od jej zdolności lingwistycznych zależała cena jaką mogły dostać za przyniesione na wymianę przedmioty.

***

Kto nie pracuje, ten nie je, brzmiała podstawowa dewiza kołchozowych władz. Ale dość szybko okazało się, że Pieczierysku, podobnie jak wcześniej w Sanharze, nie ma pracy dla zesłanych Polaków. Ci którzy mogli liczyć na pomoc rodziny mieli szansę przetrwać. Ale wielu było takich, którzy wyprzedali wszystkie swoje rzeczy i musieli żebrać o jedzenie i schronienie przed zimą. Regina zdawała sobie sprawę, ze ich sytuacja jest równie niepewna. Nie mieli zbyt wielu ubrań na wymianę ani tym bardziej kosztowności. Większość z nich przepadła razem z kufrem, który nigdy nie dotarł nawet do Białegostoku. Przed wyjazdem z Sanharu sprzedała wszystkie cywilne ubrania Juliana, które zabrała ze sobą i dzięki temu mieli na jakiś czas mąkę, tłuszcz i kaszę. Teraz, gdy mieszkali u Babci Amfisy też było im trochę łatwiej, bo kobieta dawała im mleko i dzieliła się chlebem. Były to nieduże, ciemne bochenki wypiekane z pszenicy lub jęczmienia. Janka czasami pomagała gospodyni przy wyrabianiu ciasta i obserwowała jak rośnie w dużym glinianym piecu. To jednak nie wystarczało, by utrzymać przy życiu tyle osób, a wkrótce z powodu zimna skończyły się też świeże warzywa i możliwość łowienia ryb. Na szczęście Regina i ciocia Zosia przywiozły ze sobą sporo koronkowych i haftowanych obrusów, które cieszyły się tu wielką popularnością. Rosjanki szyły z nich bluzki, halki i ozdobne powłoczki na poduszki. Takie poduszki, różnej wielkości układały jedna na drugiej, tworząc z nich czasami piramidę sięgającą niemal sufitu chałupy. Im wyższy i bardziej pokaźny był stos poduszek tym bogatsza gospodyni. Każda więc robiła co mogła, by przyćmić sąsiadki. Najpiękniejsze i najbardziej pożądane były oczywiście białe koronki, ale gdy zaczęło ich brakować, pojawiały się także gorsze tkaniny. Czasami powłoczki farbowano na inne kolory, żeby ukryć to, że są już stare i zszarzałe. Rosjanki i Kazaszki za ładną polską bluzkę czy spódnicę były w stanie wiele oddać, bo mimo powszechnej propagandy, że to w Polsce panuje bieda i zacofanie, na ich rodzimym rynku takie eleganckie ubrania nigdy się nie pojawiały. W Pieczierysku był co prawda mały sklepik, czyli tak zwana ławka, ale jak wszystko w Rosji różnił się znacznie od sklepów, które Janka znała wcześniej. Przede wszystkim otwierano go tylko wtedy kiedy był towar, czyli rzadko. Po drugie za każdym razem asortyment był zupełnie inny i nieprzewidywalny. Czasami były to cukierki, a czasami nafta, czy stalówki do piór. Raz pojawiła się cała bela białego perkalu w niebieskie groszki i później prawie wszystkie dziewczyny we wsi chodziły w takich samych chustkach i spódnicach. Żadnej to jednak nie przeszkadzało, a te którym nie udało się dostać ani kawałka, patrzyły z zazdrością na wystrojone w niebieskie kropki koleżanki. Na samym początku ich pobytu w Pieczierysku, w sklepie były też miedziane garnki, ale szybko się skończyły. W czymś jednak trzeba było gotować, więc Polacy zaczęli wykupywać żelazne nocniki. Rosjanie patrzyli na to z politowaniem, utwierdzając się tylko w przekonaniu jak bardzo ich sowiecka technika i kultura przewyższa zgniły imperialistyczny Zachód, gdzie ludzie gotują obiady w nocnikach.

***

W Pieczierysku, podobnie jak w Sanharze, nie było kościoła. Nie mieszkał tu też żaden kapłan katolicki ani prawosławny. Zgromadzenia religijne były zabronione, więc Polacy nie mogli spotykać się na wspólną modlitwę. Wzajemna nieufność między zesłańcami, a gospodarzami, u których mieszkali, sprawiała, że nawet w codziennych rozmowach rzadko poruszano temat wiary. Mogło się to bowiem okazać równie niebezpieczne jak publiczne krytykowanie władzy i systemu komunistycznego. Jedną z niewielu osób, która zdawała się tego faktu nie zauważać była Babcia Amfisa. Jako dumna spadkobierczyni kozackich tradycji nie zamierzała się ukrywać ani ze swoimi poglądami politycznymi ani religijnymi. W rogu głównej izby wisiały u niej trzy duże ikony, osłonięte pięknie haftowaną serwetą, czyli tzw ugołok, domowy ołtarzyk. Nigdy go nie ukrywała. Wręcz przeciwnie, latem często przyozdabiała je świeżymi kwiatami i paliła pod nimi świece. Swoim zachowaniem budziła nie tylko respekt, ale i szacunek sąsiadów. Gdy odwiedzali ją w domu, wszyscy najpierw nabożnie szli w kąt izby, aby zgodnie z prawosławną tradycją pokłonić się i przeżegnać trzykrotnie przed świętymi obrazami. Dopiero po tym zaczynali rozmowę albo interesy z gospodynią. Janka patrząc na ponurych świętych o pociągłych twarzach i oczach w kształcie migdałów, wracała pamięcią do pogodnych, letnich niedziel, gdy razem z ojcem i Basią szli do kościoła na wzgórzu świętego Wojciecha w Poznaniu. Wewnątrz zawsze panował tam przyjemny chłód, a ściany i sklepienie pokrywały piękne kolorowe ornamenty. Promienie słoneczne załamując się w olbrzymich witrażach rzucały na posadzkę kolorowe refleksy. Po mszy Julian często zabierał je na stary rynek do kawiarni. Dwie małe damy, z włosami upiętymi kolorowymi kokardami albo w małych słomkowych kapelusikach, zasiadały przy stole i z wysokich wąskich pucharków zajadały lody owocowe. Ojciec popijał aromatyczną kawę i palił papierosa, a później zawsze prosił, żeby zapakowano jedną dodatkową porcję, którą zabierali do domu dla mamy. Odświętne stroje, spacer i słodkie lody owocowe, to był ich mały, prywatny rytuał. Teraz, z perspektywy nędznej chaty syberyjskiej, z dnia na dzień te wspomnienia wydawały się coraz mniej realne. Lody i bitą śmietanę zastąpiły nieznane dotąd smaki lokalnej kuchni. Gdy zaczęło brakować świeżych warzyw, ryb i chleba, przed głodem zaczęły ratować ich potrawy, które wcześniej wydawały się niejadalne. Łapsza, czyli namiastka domowego makaronu, którą zalewano mlekiem, bądź w przypadku jego braku, gorącą wodą. Zupa gotowana na obierkach od ziemniaków albo prażucha, czyli prażona mąka jęczmienna, którą podlewało się wodą, aby spęczniała.
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
album-3.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mlynarski.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1275055.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  16090_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.