Kiedy widzisz dobrego człowieka staraj się go naśladować. Kiedy widzisz złego człowieka zastanów się nad samym sobą.

Konfucjusz
Polska zawsze blisko
Czwartek, 23.03.2017 r.
Imieniny: Feliksa i Pelagii

Polska na skróty


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Początek zesłania

Ula Ziober 2014-04-10
ula_ziober_70.jpg(7) Zima była bardzo mroźna, a śnieg padał nieprzerwanie od początku grudnia. Janka nigdy jeszcze nie widziała go w takiej ilości. W ogrodzie wszystkie rośliny już dawno przykrył biały dywan, a sztachety płotu ledwo ponad nim wystawały. Drzewa otulone śnieżnymi czapami wyglądały jak wielkie bałwany, a drogi często stawały się całkowicie nieprzejezdne. W tym białym, czystym krajobrazie znowu przez chwilę wydawało się, że wojna o nich zapomniała. Ale już na początku 1940 roku zaczęły się złe wiadomości. Władze radzieckie po 17 września nie ograniczyły się jedynie do okupacji zajętych terenów polskich. Wkrótce zaczęły się masowe deportacje ludności cywilnej. W bydlęcych wagonach wywożono głównie kobiety z dziećmi i starców, rodziny wojskowych, policjantów, inteligentów. Zarówno zamieszkałych na tych terenach przed wojną, jak i uciekinierów, którzy szukali tu pomocy przed nawałą niemiecką. Pomyłki zdarzały się rzadko, a akcje przeprowadzano niezwykle sprawnie i zgodnie z imiennymi listami przygotowanymi wcześniej przez NKWD. Już na początku roku zaczęły się pogłoski, że Rosjanie nocami wyciągają ludzi z domów i wywożą na wschód. W lutym Regina dostała wiadomość od jakiejś swojej znajomej, której mąż był przed wojną policjantem, że zdołała uciec tylko dlatego, że ktoś ją ostrzegł, że po nią idą. Od tej pory oprócz głodu, zawisła nad nimi groźba kolejnego niebezpieczeństwa. W strachu i niepewności mijały kolejne tygodnie. Regina była pewna, że w końcu przyjdą i po nie i co noc modliła się o ocalenie. Jednak Rosjanie działali według misternie ułożonego planu. Najpierw wywozili leśników, policjantów i tzw. osadników. Żołnierzy, którym za udział w wojnie 1920 roku przydzielono niewielkie działki. Byli to często ludzie prości, synowie chłopów, którzy poza tym kawałkiem ziemi nie posiadali niczego. Przez te kilkanaście lat udało im sie wybudować skromne gospodarstwa, w których często mieszkali kilku pokoleniową rodziną. I po nich właśnie Rosjanie przyszli w lutym 1940 roku. W środku srogiej zimy zabierali kobiety z maleńkimi dziećmi i staruszków, którzy nie mieli szansy przetrwać nawet samej podróży, a co dopiero trudów życia na dalekiej Syberii. Spokojnie minęły im jeszcze święta Wielkiej Nocy. 24 marca było wciąż tyle śniegu, że ludzie jechali do kościoła saniami. Janka bardzo lubiła takie zimowe przejażdżki. Siadali wszyscy na wyściełanych ławkach, otulali się kocami, a wujek cmokał na konie, które ruszały z początku ospale, a później wpadały w taneczny kłus i ciągnęły za sobą gładko sunący po śniegu zaprzęg. W ciepłym kożuszku i pod kocami było przyjemnie i tylko twarz mroziło zimne poranne powietrze.

Aż w końcu nadszedł dwunasty kwietnia i nocne walenie do drzwi. Regina owinęła się szlafrokiem i wyszła na korytarz. Po chwili do mieszkania z krzykiem wpadło kilku uzbrojonych żołnierzy. Za nimi, zamaszystym krokiem, wmaszerował oficer NKWD.
- Wasze nazwisko Josif Julianowicz Nietupski?- zwrócił się do stojącego w piżamie wujka. - Da - odpowiedział ten, drżącym głosem.
Enkawudzista wyciągnął zza pazuchy plik kartek i zaczął po kolei odczytywać nazwiska. Na jego liście znaleźli się Józef i Zofia Nietupscy, Regina Nietupska i dwie jej córki, Janina i Barbara.
- Pakować się i o nic nie pytać - warknął po rosyjsku i zaczął przechadzać się po mieszkaniu. Janka leżała w ciemnościach i nasłuchiwała odgłosów z korytarza. Kiedy Regina wróciła do pokoju nie była już sama. Towarzyszył jej enkawudzista i dwóch żołnierzy. W odróżnieniu od pozostałych miał on czerwone pagony na mundurze i czerwoną otokę wokół okrągłej czapki.
- To moje córki - powiedziała wskazując na Jankę i Basię.
Mężczyzna był wyraźnie zdziwiony, że w pomieszczeniu śpi tyle dzieci.
- A to kto? - spytał wskazując na Basię Rybicką, która tuliła przestraszone dziewczynki. Kiedy Regina odpowiedziała, spojrzał jeszcze raz na swoją listę, jakby chciał sprawdzić czy na pewno nie przeoczył żadnego nazwiska. Gdy się o tym upewnił całkowicie stracił nimi zainteresowanie. Regina zwróciła się do córek cichym, ale stanowczym głosem:
- Ubierajcie się dziewczynki. Wywożą nas.

Była zdenerwowana, ale przy nich starała się zachować spokój. Zaczęła pakować wszystko, co przywiozły ze sobą z Poznania. Wyrwana ze snu Janka nawet nie czuła strachu. Widząc opanowanie matki, po prostu wstała i zaczęła się ubierać. Pomogła młodszej siostrze, a później już tylko obserwowała jak Regina i ciocia Zosia nerwowo krzątały się po mieszkaniu.
W pewnym momencie jeden z żołnierzy ponaglając Reginę powiedział do niej prawie przyjaźnie: - Spieszcie się. Do męża was zabieramy. Nie chcecie jechać do męża?
Regina spojrzała na niego i bardzo wolno po polsku odpowiedziała:
- Żebyś ty był taki zdrowy jak mnie do mojego męża wieziesz.
Te słowa zawisły w powietrzu jak przekleństwo. Żołnierz widocznie zrozumiał, bo jakiś dziwny skurcz przeszedł po jego twarzy. Przerażenie? Poczucie winy? Wstyd? Nasunął mocniej na czoło czapkę z czerwoną gwiazdą i już się nie odzywał. Ale kiedy z pokoju wyszedł enkawudzista zbliżył się do Reginy jakby chciał jej pomóc pakować rzeczy.
- Zabieraj, wszystko zabieraj - powtarzał - I garnki weźcie i wiadro weźcie. Co masz, to zabieraj. I tak w ciągu kilkunastu minut, na środku pokoju powstała zbieranina różnych tobołków. Kufer podróżny cioci Zosi, walizki Reginy, poduszki, obrusy i pościele zawinięte w luźne tłumoki.
Wujek Józef przez cały ten czas siedział na tapczanie i mamrotał coś bez sensu. Jedyne, co był w stanie zrobić to samodzielnie się ubrać. A robił to tak starannie, iż później okazało się, że założył na siebie aż trzy pary kalesonów. Zupełnie natomiast nie zwracał uwagi na lamenty żony, jej chaotyczną krzątaninę i powtarzane w kółko po rosyjsku:
- To pomyłka. To jakaś straszna pomyłka.

Ale Rosjanie w takich wypadkach mylili się rzadko. Ich listy przygotowywane były na podstawie bardzo drobiazgowej dokumentacji. Do jej przygotowania posłużyły zarówno formularze wypełniane podczas wyborów w październiku, jak i sprawozdania z przesłuchań oraz różnego rodzaju donosy. Enkawudzista nie wyczytał nazwiska Basi Rybickiej, ale w ogólnym zamieszaniu i ona zaczęła się pakować. Bała się zostać sama z dziećmi w obcym mieście, bez jakichkolwiek środków do życia. W pewnym momencie Regina złapała ją za ramiona i mocno potrząsnęła:
- Basiu, co ty wyprawiasz?
- Ja... Poproszę tego oficera, żeby mnie wzięli z wami.
- Zwariowałaś?! - krzyknęła Regina, a później dodała nieco ciszej tak, żeby żaden z żołnierzy jej nie usłyszał - Przecież tu jesteś w Polsce Basieńko, a nas zabierają nie wiadomo dokąd.
- Ale.. – dalej upierała się Basia.
- Mirek na pewno tu po ciebie w końcu wróci i co wtedy? Zastanie pusty dom, nie będzie wiedział, co się stało.
Wspomnienie kochanego męża musiało ją przekonać, bo nic więcej już nie mówiła.
Zdążyły się jeszcze tylko uściskać i żołnierze zaczęli wyganiać ich z domu.
W ostatniej chwili z sąsiedniego gospodarstwa przybiegła jeszcze siostra cioci Zosi. W potarganych włosach i nocnej koszuli, z płaczem wcisnęła jej do ręki jakieś zawiniątko, a później żołnierze ją odpędzili.

Na drodze przed ich domem, stało jeszcze kilkanaście innych osób, głównie kobiet i dzieci. A każdy z nich miał ze sobą jakieś mniejsze bądź większe pakunki. Wokół pilnowali ich uzbrojeni żołnierze z psami. Kiedy enkawudzista dał znak, kolbami karabinów zaczęli popychać ludzi w kierunku stojącej na poboczu ciężarówki. Wszystko odbyło się tak szybko, że Janka nawet nie spostrzegła, gdy znalazła się na górze. Obok niej cisnęli się obcy ludzie. Mimo mrozu posadzono ich wszystkich na odkrytej naczepie, więc gdy samochód ruszył przeszył ją dojmujący chłód. Zawinięta w jakiś koc, siedząc na skrzyniach i tobołkach patrzyła na uśpione miasto. I przez cały czas wracała do niej jedna uporczywa myśl: „Kiedy znowu będę jechać tą drogą?”.

Po kilkunastu minutach dotarli na stację. Na bocznicy kolejowej stał już przygotowany długi skład wagonów towarowych. Część ludzi, przywiezionych wcześniej, siedziała z boku otoczona kordonem uzbrojonych żołnierzy z bagnetami na karabinach. Niektórzy trzymali na smyczach ujadające i szczerzące kły wilczury. Nagle otwarto drzwi wagonów i ktoś wydał krótki rozkaz:
- Rozgruzowywujtjesja.

Przestraszeni ludzie zaczęli wciągać do środka tobołki, podawać sobie dzieci i pomagać wsiadać starszym. Ale ponieważ wewnątrz nie było żadnego światła wkrótce zaczął się chaos i szarpanina. Żołnierze ponaglali ich okrzykami i grożąc bronią. Gdy tylko wszyscy znaleźli się w wagonach wrota zasunięto i zapanowała kompletna ciemność. Rozległ się szczęk opadającej zasuwy i zapadła cisza. Chyba dopiero wtedy ciocia Zosia zrozumiała, że o żadnej pomyłce nie ma mowy i na pewno nikt już ich nie odeśle do domu. Być może przeklinała w duchu swoją naiwność i roztargnienie swojego męża. Bo gdyby właściwie ocenili sytuację mogliby zabrać dużo więcej rzeczy. A tak, mieli teraz niewiele ubrań i tylko trochę mąki, cukru i jakichś sucharów do jedzenia. Ale nawet jeśli myślała o tym wszystkim, nie powiedziała ani słowa. Wszyscy siedzieli w milczeniu i tylko dzieci pytały co jakiś czas, co teraz będzie. Ale większość dorosłych nie mogła albo nie chciała udzielić im odpowiedzi. W ścisku i ciemności czekali aż do świtu. Drzwi otwierały się jeszcze kilkakrotnie i wpychano do wnętrza kolejnych ludzi, chociaż od dawna nie było już dla nich miejsca. Gdy przez szpary w deskach zaczęło wpadać do wnętrza trochę porannego światła każdy zaczął szukać jakiegoś bardziej dogodnego lokum. Janka i Basia z Reginą zdobyły miejsce na górnej narze przy jednym z okienek. Kiedy wzrok przyzwyczaił się już do panującego wewnątrz półmroku Janka zaczęła powoli rozróżniać poszczególne kształty. Wagon był znacznie mniejszy niż w pociągach osobowych. Miał kilkanaście metrów długości i około 3metrów szerokości. Nie było tu przedziałów ani nawet drewnianych ławek do siedzenia. Po jednej i po drugiej stronie znajdowały się dwa piętra prycz, na których rozlokowało się już większość ludzi. Na środku i pod narami poupychano większe bagaże. Pod sufitem, po obu stronach znajdowały się dwa małe okienka, które teraz zabite były deskami. Wielkie przesuwane wrota szczelnie zamknięto i zaryglowano od zewnątrz. Widząc okrągłe, metalowe ogniwa przymocowane do ścian Janka uświadomiła sobie, że wcześniej był to prawdopodobnie eszelon, którym transportowano bydło, a teraz tylko za pomocą tych drewnianych nar przystosowano go do przewozu więźniów.

(cdn...)

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM
Niebywałe kawałek życia osób których juz pewnie wśród żywych nie ma , ślad odciśnięty na ziemi i...
~StanislawaK_44 2014-04-11 23:06

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
album-3.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mlynarski.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1275055.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  16090_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.