Czwartek, 18.10.2018 r. Imieniny: Łukasza i Juliana
Szlachetny człowiek wymaga od siebie, prostak od innych.

Nikos Kazandzakis
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

pytania, które z reguły pozostają bez odpowiedzi...

Jerzy Wypiórkiewicz 2012-07-19
jerzy_wypiorkiewicz_70.jpgChoć od smoleńskiej tragedii minęło ponad dwa lata, zainteresowanie dużej części Polaków wcale nie słabnie. Wprost przeciwnie, im dalej zagłębiają się w swych badaniach poszczególni niezależni badacze jak i członkowie Komisji Sejmowej ds. Katastrofy w Smoleńsku, pojawia się coraz więcej faktów, które stoją w całkowitej sprzeczności z ustaleniami rządowych komisji i opiniami tzw. autorytetów, których enuncjacje nie potwierdzają dokładne badania naukowe zarówno wraku jak i szczątków ofiar. Pojawiają się natomiast opinie poważnych naukowców z Zachodu, które poddają w zdecydowaną wątpliwość ustalenia komisji zarówno rosyjskiej jak i polskiej. Wraku jak wiadomo nie da się już dokładnie przebadać, gdyż został drobiazgowo zniszczony przez stronę rosyjską. Szczątki ofiar identyfikowano rzekomo przy udziale ówczesnej minister Kopacz, co okazało się później nieprawdą. Miejsca katastrofy nie zabezpieczono na tyle, aby wszystko pozostało na swoim miejscu bez ingerencji osób trzecich. Raport gen. Anodiny jak i nasz krajowy, komisji Jerzego Millera, ślizgając się powierzchownie po faktach, lub je zatajając, niczego jednoznacznie nie udowadnia, pozostawiając mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Zasadnicza ich wersja sprowadza się do stwierdzenia, że załoga Tu-154 M nr 101 była za słabo wyszkolona jak na warunki panujące na lotnisku, lekkomyślnie i pod naciskiem „ważnego pasażera” podjęła próbę lądowania w Smoleńsku, zamiast odejść na lotnisko zapasowe. Sami członkowie polskiej komisji przyznają, że powstanie raportu nie poprzedziły żadne badania naukowe wraku ani przedmiotów należących do ofiar katastrofy. Jedyna rzecz z którą można się zgodzić to trudne warunki pogodowe, ale dowódca tego samolotu kpt. Protasiuk był doświadczonym pilotem i do ostatniej chwili panował nad sytuacją wykonując podejście zgodnie z procedurami i meldunkami z wieży kontrolnej. Po zejściu do wysokości decyzji a nie widząc pasa startowego wydał komendę „odchodzimy”. Niestety, jakaś przyczyna, której poszukują niezależni badacze, nie pozwoliła na ten manewr. Wiele już na ten temat napisano i powiedziano. Wiele wniosków zbliżających nas do prawdy o przyczynach tej naszej tragedii narodowej już można samodzielnie wyciągać. Wiele jeszcze pytań pozostaje bez odpowiedzi, ale miejmy nadzieję, że na poznanie prawdziwych przyczyn i skutków katastrofy Tupolewa 154 M nr 101 nie przyjdzie nam czekać podobnie długo jak na wyjaśnienie katastrofy gibraltarskiej z roku 1943. Może więc warto zebrać jakby w pigułce garść faktów już udowodnionych i postawić kilka pytań dla których odpowiedzi próżno by szukać w oficjalnych publikatorach.

101 – zezwalam, startujcie![BR] 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 8.41 czasu polskiego samolot wiozący Prezydenta Rzeczpospolitej Lecha Kaczyńskiego wraz z Małżonką oraz osoby towarzyszące, uległ katastrofie kilkaset metrów przed początkiem pasa startowego na lotnisku Smoleńsk Północny. Zgodnie z komunikatami mediów i czynników oficjalnych, wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie rządowego samolotu typu Tu-154 M o numerze bocznym 101 poniosły śmierć na miejscu. /warto wspomnieć, że pierwszy i nigdy więcej nie powtórzony komunikat TVP o katastrofie, zawierał informację, że prawdopodobnie trzy osoby przeżyły i zostały przewiezione do szpitala/. Lista pasażerów i członków załogi obejmowała 96 osób. Komunikaty zwołanej natychmiast komisji powypadkowej pod przewodnictwem samego premiera Rosji, podały jako przyczynę wypadku lotniczego, błąd w nawigacji i pilotażu, wykluczając usterkę techniczną lub sabotaż. W tragicznym tym wypadku śmierć poniosła, oprócz głowy Państwa i Najwyższego Zwierzchnika Sił Zbrojnych w jednej osobie, cała czołówka partii opozycyjnej i najwyższe dowództwo armii. Warto przypomnieć, że siedemdziesiąt lat temu bez mała doszło do równie tragicznej katastrofy lotniczej z udziałem polskiego premiera i Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Historia lubi się niestety powtarzać. Katastrofa miała miejsce w Gibraltarze, w którym gen. Władysław Sikorski rozpoczynał ostatni etap swojej podróży na Bliski Wschód, wracając do Londynu. 4 lipca 1943 roku, kilka minut po godz.23, samolot "Liberator" AL 523, wiozący Generała wraz z osobami towarzyszącymi, wpadł do wody w 16 sek. po starcie. Polska emigracja nie miała wątpliwości, że był to precyzyjnie wykonany zamach. Świadczą za tym również obecne badania naukowe. Natomiast protokół końcowy brytyjskiej komisji powypadkowej praktycznie nie wyjaśniał przyczyn „katastrofy”, nie wspominając już o jakichkolwiek motywach ewentualnego zamachu. Oto fragment owego protokołu:

« Jest rzeczą nie ulegającą wątpliwości, że wypadek ten został spowodowany zacięciem się sterów wysokości wkrótce po wystartowaniu, w wyniku tego samolot stał się niesterowny. Pomimo bardzo dokładnego rozpatrzenia wszystkich zeznań ponad 30 świadków, łącznie z zeznaniami pilota, nie można ustalić okoliczności w jakich nastąpiło zacięcie sterów, zostało jednak ustalone, że nie był to sabotaż. Jest również pewne, że pilot nie może być za powstanie tego wypadku w żaden sposób obwiniony ».

Przez długi czas potem, ludzie znający się na rzeczy zastanawiali się, jak można wykluczyć sabotaż nie potrafiąc ustalić przyczyny zacięcia sterów. Dokumentacja w tej sprawie została zamrożona na lat pięćdziesiąt, a po ich upływie na kolejne pół wieku. Dziś stajemy w obliczu jeszcze większej tragedii narodowej i te same pytania co w Gibraltarze cisną się na usta. Idąc tokiem rozumowania rządowych mediów, niekompetentna załoga, ulegając naciskom „ważnych pasażerów”, próbowała wbrew zdrowemu rozsądkowi lądować na pokrytym gęstą mgłą lotnisku Smoleńsk Północny. Otóż ani jeden z wątków przytoczonych w powyższym zdaniu nie ma potwierdzenia ani w dokumentach ani w faktach.

Co mówią fakty?.[BR]
Zanim zadamy jakiekolwiek pytanie w sprawie smoleńskiej tragedii, warto sobie uzmysłowić parę faktów i nie dać się zwieść fałszywym, tendencyjnym opiniom tzw. autorytetów, rozpowszechnianym przez niektóre media. Ludziom rozumującym względnie sensownie natychmiast zarzucana jest wiara w wyśmiewane tzw. teorie spiskowe. Otóż, warto w tym miejscu stwierdzić, że zdecydowana większość znanych teorii spiskowych znalazła później potwierdzenie w faktach. Niedawno starano się nam wmówić np, że Tu-154M nr 101 był samolotem prezydenckim. Nic właśnie bardziej fałszywego. Samolot był rządowy. Należał do 36 Pułku Lotnictwa Transportowego, podległego ministrowi Obrony Narodowej. Gdyby to był samolot prezydencki to Lech Kaczyński nie musiałby w pamiętnej zawstydzającej aferze czarterować cywilnego samolotu do Brukseli, po odmowie udzielenia miejsca w rządowym samolocie przez Premiera RP.

Tak samo ma się sprawa z rozdzieleniem polskiej delegacji oficjalnej na obchody rocznicowe do Katynia. Media się rozkrzyczały, że przez premiera Putina zaproszony został tylko premier Tusk, a prezydent Kaczyński pchał się tam przez nikogo nie zapraszany. Prawda jest taka, że Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej ma prawo i obowiązek jak co roku udać się na uroczystości poświęcone pamięci oficerów polskich zamordowanych bestialsko przez władze sowieckie w lasku katyńskim. W tym przypadku nie musiał czekać na żadne zaproszenie ze strony rosyjskiej, ale zgodnie ze zwyczajem już 27 stycznia kancelaria prezydenta przesłała pismo w tej sprawie do Ambasady Rosyjskiej, konkretnie na ręce ambasadora Grinina. W piśmie tym napisano, że Lech Kaczyński chciałby wspólnie z Prezydentem Federacji Rosyjskiej pochylić się nad grobami polskich i rosyjskich ofiar, które spoczywają w Lesie Katyńskim. Dwa dni później Kancelaria Prezydenta RP zwróciła się do Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego ROPWiM z prośbą o przekazanie prezydentowi informacji o stanie przygotowań do obchodów rocznicowych w Katyniu. 3 lutego 2010 Premier Putin w rozmowie telefonicznej zaprosił Donalda Tuska do wspólnego uczczenia ofiar w Katyniu. Do 21 lutego strona rosyjska udawała, że nic nie wie o planach Lecha Kaczyńskiego, a ambasador Grinin twierdził, że żadnego pisma nie otrzymał. Okazuje się, że jednak istniał dokument potwierdzający otrzymanie przez Ambasadę Rosji wspomnianego pisma i Rosjanie byli zmuszeni przyznać się do tego. Data 10 kwietnia padła po raz pierwszy 23 lutego 2010 roku w oficjalnym piśmie wiceministra Spraw Zagranicznych RP do Szefa Kancelarii Prezydenta. W piśmie tym napisano m.in: „Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa organizuje w dniu 10 kwietnia 2010 r. wyjazd oficjalnej delegacji polskiej na coroczne obchody w Katyniu z okazji przypadającej 70 rocznicy zbrodni katyńskiej. Do udziału zaproszeni są przedstawiciele środowisk Rodzin Katyńskich, duchowieństwa, Wojska Polskiego oraz innych grup społecznych i instytucji. Mając powyższe na uwadze zwracam się do Pana Ministra o ostateczne potwierdzenie gotowości Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej do uczestniczenia w tych uroczystościach i przewodniczenia delegacji polskiej”. 3 marca Kancelaria Prezydenta powiadomiła Tomasza Arabskiego, szefa kancelarii Premiera o konieczności zabezpieczenia przelotów samolotem rządowym Tu154M na trasach Warszawa-Smoleńsk i Smoleńsk-Warszawa w dniu 10 kwietnia z dokładnym podaniem godziny startów. Natychmiast nagłośniono w mediach, że uroczystości w Katyniu zostaną podzielone na dwie części. 7 kwietnia premier Tusk spotka się z Władimirem Putinem, a 10 kwietnia hołd pomordowanym odda Lech Kaczyński. Że uroczystości zostaną podzielone wiedział od 3 lutego zarówno nasz premier jak i rosyjski, bo wówczas rozmawiali telefonicznie w tej sprawie. Jako oficjalny powód podano, że premier Putin z powodu innych planów nie będzie mógł zdążyć do Katynia w dniu 10 kwietnia. Ustalono też, że 10 kwietnia pozostaje jako termin obchodów centralnych, zaś 7 kwietnia to termin wizyty Donalda Tuska w osobnym programie. W tym miejscu warto pamiętać co na ten temat pisały lub głosiły nasze prorządowe media. Nie wdając się w polityczno kryminalne dywagacje warto zadać sobie kilka pytań związanych z czysto techniczną stroną przedsięwzięcia od chwili startu z lotniska Okęcie do chwili katastrofy. Niektóre momenty po katastrofie też mogą zaabsorbować naszą uwagę. Nie oczekujmy odpowiedzi na wszystkie zadane sobie pytania. Przyjmijmy, że cała reszta jest milczeniem. Oto kilka prostych pytań które nurtują od dwóch lat naszych Rodaków.

Czy strona polska należycie przygotowała lot 10 kwietnia 2010 roku?
Z dokumentów rządowych wynika jasno, że: „Przewóz osób uprawnionych do korzystania z wojskowego specjalnego transportu lotniczego wykonują w ramach służby publicznej statki powietrzne jednostki wojskowej wyznaczonej przez Dowódcę Sił Powietrznych. Koordynatorem realizacji jest Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów”. Za sprawy stanu technicznego i wyposażenia pokładowego odpowiadają Siły Powietrzne, natomiast za wszystkie inne Szef Kancelarii Premiera.

Jak się wywiązał z tego zadania? Szef Kancelarii Premiera miał stały kontakt i wgląd w korespondencję między Kancelarią Prezydenta, a Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Z ramienia Premiera minister Arabski prowadził szereg rozmów ze stroną rosyjską. Po raz pierwszy spotkał się z przedstawicielami władz rosyjskich w styczniu 2010 roku, potem 17 marca w moskiewskiej restauracji dopinał szczegóły. Towarzyszył mu wtedy tylko jeden pracownik BOR. Rozmowy prowadził z ministrem Uszakowem, zastępcą szefa kancelarii Władimira Putina. 19 marca Kancelaria Prezydenta w trybie pilnym wysłała zapytanie do Ambasady RP w Moskwie czy możliwa jest aktualnie wizyta przedstawiciela Kancelarii w celu sprawdzenia w jakim stanie znajdują się przygotowania do mającej nastąpić wizyty Prezydenta RP? Okazało się, że nie jest możliwa ponieważ aktualnie przebywa tam i prowadzi rozmowy na ten sam temat minister Arabski.

Dlaczego do jednego samolotu wsiadła cała elita z otoczenia Prezydenta i niemal cały sztab generalny polskiej armii?

W tragicznym tym wypadku śmierć poniosła, oprócz głowy Państwa i Najwyższego Zwierzchnika Sił Zbrojnych w jednej osobie, cała czołówka partii opozycyjnej i najwyższe dowództwo armii. To tragiczny zbieg okoliczności? Dziś wiadomo, że generalicja miała lecieć samolotem Casa, ale tuż przed terminem wylotu podano, że Casa uległa awarii, zatem pasażerowie polecą z Prezydentem. Do dziś nie można ustalić szczegółów tej awarii ani osób które stwierdziły ten fakt. Mało tego, w normalnych warunkach tego typu loty wymagają samolotów zastępczych, by jakakolwiek usterka nie spowodowała odwołania startu. U nas od kilku lat nie można się było doprosić by rząd zakupił nowe bezpieczne samoloty dla Vipów.

Czy kpt. Protasiuk usiłował wylądować w Smoleńsku mimo trudnych warunków atmosferycznych i złej współpracy z wieżą kontrolną? Pomijając bezpodstawne i żenujące sugestie, że załoga była naciskana bezpośrednio przez Dowódcę Sił Powietrznych gen. Błasika, a pośrednio przez Prezydenta, żeby bezwzględnie lądować na Siewiernym. Niewątpliwie lądowanie na lotnisku zapasowym opóźniło by uroczystości katyńskie, ale nikogo nie można podejrzewać o skłonności samobójcze. Dowódca samolotu jest pierwszym po Bogu na pokładzie i wykonuje swoje obowiązki zgodnie ze swoją wiedzą i przepisami bezpieczeństwa. Nie musi i nie powinien ulegać komukolwiek, ponieważ tylko on sam odpowiada za bezpieczeństwo lotu. Kpt. Protasiuk do ostatniej sekundy działał prawidłowo i zgodnie z procedurami. Przed startem otrzymał prognozę pogody z lotniska docelowego, która umożliwiała wykonanie tego lotu bez komplikacji. W/g tej prognozy podstawa chmur 150m, widzialność do 3000m, a więc warunki były znośne. /warunki minimalne dla lotniska w Smoleńsku to podstawa chmur 120m, widzialność 1800m/. Co prawda podana prognoza, jak się później okazało nie dotyczyła lotniska w Smoleńsku, ale o tym kpt. Protasiuk nie wiedział.

Czy rzeczywiście załoga Tupolewa 154 M była źle wyszkolona?

Wbrew temu co pisano załoga była doskonale zgrana, wyszkolona i z dużym doświadczeniem na tym typie samolotu. To właśnie ta załoga brała udział w trudnej akcji pomocy na Haiti w czasie trzęsienia ziemi. Ponadto Arkadiusz Protasiuk latał w ważnych misjach do Rosji ponad trzydzieści razy, zatem jego znajomość języka nie powinna budzić wątpliwości, tym bardziej, że szkolenia w Rosji z instrukcji obsługi odbywały się po rosyjsku. Start z Okęcia odbył się planowo o godz. 7.27. O spóźnieniu nie może być mowy bo zmieścił się w nakazanym reżimie 30 minutowym. O 7.45 Tu-154 M nr 101 opuścił przestrzeń powietrzną Rzeczpospolitej Polskiej. Jest zwyczajem w polskim lotnictwie wojskowym, że przebywający na pokładzie wyższy dowódca jest zapraszany do kabiny pilotów, ale przed procedurą lądowania opuszcza ją by nie przysparzać niepotrzebnego stresu załodze. Gen. Błasik był bardzo doświadczonym pilotem i człowiekiem kompetentnym, zatem nie możemy mieć żadnych wątpliwości, że postąpił tak jak mu dyktował rozum i takt. Późniejsza ekspercka analiza głosów w kabinie pilotów nie potwierdza obecności gen.Błasika w ostatniej fazie lotu. Potwierdza to też miejsce odnalezienia zwłok Generała.

Dlaczego Rząd RP uparł się by przy badaniu katastrofy oprzeć się na konwencji chicagowskiej, traktując lot Tu-154 M nr 101 jako cywilny, co jest zupełnym nieporozumieniem. Lot był rządowy, samolot wojskowy, załoga z 36 Specpułku, większość pasażerów to generalicja WP z jego najwyższym zwierzchnikiem, zatem miejsce katastrofy było eksterytorialne, a komisja badająca przyczyny wypadku lotniczego powinna być międzynarodowa z udziałem ekspertów NATO, jako że Polska jest członkiem tej organizacji. Dowództwo NATO bardzo zdziwione i zaniepokojone zaistniałą sytuacją, odstąpiło od planu dostarczenia Polsce rakiet Patriot. Śledztwo w sprawie katastrofy przeszło praktycznie całkowicie w rosyjskie ręce z symbolicznym tylko udziałem polskich prokuratorów. Właściwie tylko Edmund Klich był dopuszczony do udziału w śledztwie jako obserwator. Znawcy prawa lotniczego byli i są zdumieni do dnia dzisiejszego…

Dlaczego żołnierze rosyjscy niemal natychmiast po upadku samolotu zaczęli niszczyć wrak naszego Tupolewa przy pomocy sprzętu mechanicznego, tnąc i rozbijając wszystko co jeszcze pozostało po katastrofie. Jest wiadome nawet laikom, że aby dotrzeć do prawdy o przyczynach wypadku trzeba dokładnie zbadać każdy odnaleziony szczegół samolotu, będący w stanie nienaruszonym i leżący tam gdzie upadł. Niszczony był podstawowy dowód, a niszczenie dowodów jest według kodeksu karnego przestępstwem. Zastanawiający jest absolutny brak reakcji ze strony naszego rządu. Zdewastowany wrak rozbitego samolotu przez wiele miesięcy był deptany i rozkradany zanim jego resztki przykryto plandeką. Od dwóch lat Polaków dręczy pytanie, kiedy to, co pozostało po wraku prezydenckiego samolotu, wreszcie znajdzie się w Polsce. Kolejny termin to późna jesień 2012 roku…

Oględziny przedmiotów znalezionych na miejscu upadku samolotu i ich zabezpieczenie to jedna z podstawowych czynności w śledztwie. Wyników tych prac nie znamy i nie wiadomo czy zostały w ogóle dokonane. Do dnia dzisiejszego nie oddano satelitarnego telefonu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wiele przedmiotów należących do ofiar rozebrali przypadkowi przechodnie bo teren nie został należycie zabezpieczony, a rzekome przesianie terenu do głębokości 1 metra należy włożyć między bajki. Wiele tygodni później uczestnicy wycieczek na miejsce katastrofy znajdowali szczątki ofiar!!!

Dlaczego nie oddano nam też podstawowych dowodów czyli rejestratorów parametrów lotu i rozmów w kokpicie. Są to tzw. czarne skrzynki. Do dziś nie przekazano nam oryginałów. Otrzymane kopie taśm nie są szczytem marzeń naszych ekspertów.
A oto wnioski z eksperckiej analizy ostatniej fazy lotu prezydenckiego Tu-154M
*Członkowie załogi znali się dobrze, byli zintegrowani i nic nie wskazuje na ich niezgranie. Objawów zaburzonej komunikacji wewnątrz załogi nie ma. Komendy i informacje przekazywane są prawidłowo.

* Łączność działa poprawnie. Komunikaty radiowe, które nie pochodzą z mikrofonów otwartych i nie są wrażliwe na szumy, nie wykazują treści niezrozumiałych. Prawidłowo działa elektryka. * Załoga wiedziała o złej widoczności, zanim otrzymała taką informację od kontroli białoruskiej. Tak więc albo nieprawdą jest kolejna już część oficjalnej wersji (prognoza w Polsce była prawidłowa), albo komunikat pogodowy przekazała wcześniej załodze tupolewa polska wieża kontroli obszaru.

* Kapitan nie wykazuje woli “lądowania za wszelką cenę”, co sugerują niektóre źródła w odniesieniu do postępowania załogi. Wszelkie sugestie dotyczące działań pilota pod przymusem nie zyskują potwierdzenia w stenogramie.

* Załoga w sposób poprawny posługuje się radiostacją, zgodnie z zaleceniem wieży w Mińsku przechodzi na częstotliwość rosyjskiej kontroli obszaru.

* Po wejściu w komunikację z wieżą w Moskwie załoga zostaje przekierowana na częstotliwość wieży Korsaż lotniska bazy lotniczej Smoleńsk Północny. Przebiega to sprawnie i zgodnie z przepisami lotniczymi.

* Decyzję odnośnie do wyboru lotniska zapasowego kapitan przekazuje Mariuszowi Kazanie. Nie ma praktyki oczekiwania nad lotniskiem docelowym 30 minut przed odejściem na lotnisko zapasowe, o ile nie trwa w tym czasie proces decyzyjny. Zdania, że określenie “decyzja prezydenta” dotyczyło lotniska zapasowego, jest płk. Pietrzak, wieloletni dowódca 36. SPLT.

* Kapitan i drugi pilot aktywnie uczestniczą w procesie decyzyjnym przed rozpoczęciem zniżania, prawidłowo wykonują czynności przewidziane przez procedury, jak chociażby check-card. Samolot do lądowania przygotowany jest poprawnie, kurs wyznaczony pokrywa się z przedłużoną osią pasa startowego.

* Instrukcja obsługi urządzenia Universal Avionics TAWS daje w takiej sytuacji pilotom wybór: wpisanie danych nawigacyjnych lotniska lub wyłączenie TAWS. Instrukcja wyklucza ignorowanie ostrzeżeń TAWS. Choć bardzo częsta jest opcja wyłączenia systemu, załoga Tu-154M najwyraźniej wybrała pierwszą, bezpieczniejszą. W niektórych wersjach TAWS/EGPWS istnieje możliwość lądowania na lotnisku, którego w bazie nie ma, wtedy system ostrzega o przekroczeniu pułapu 666 m i 100 m tzw. ground proximity. Ignorowanie komunikatów systemu nie wchodzi w grę i jest sprzeczne z jego instrukcją.

* Drugi ciekawy fragment stenogramu to komunikat w języku rosyjskim wypowiedziany przez kogoś określonego jako “Bort” = “Pokład”. Mówi on “zrzut zakończony”. Jest to wysoce zastanawiające i wymaga dogłębnej analizy. Komunikat nie pochodzi raczej z pokładowego interkomu, oznaczenie go jako “Bort” wydaje się nieuzasadnione.

* Brak odpowiedzi kapitana na komunikat załogi Jaka-40: “Arek teraz widać 200″ odnośnie do pogorszenia warunków pogodowych. Odpowiedź nakazują zasady komunikacji radiowej. Tymczasem nie odpowiada nikt z załogi Tu-154M. Nienagranie odpowiedzi jest wykluczone. Komunikacja zewnętrzna tak w tym przypadku, jak zawsze w zapisach rejestratorów MARS-BM jest w niemal 100 procentach czytelna i poprawnie zapisana.

* Kąt zniżania nie jest zachowany prawidłowo, najpierw jest zbyt niski (powinien tak naprawdę wynosić 2,66 stopnia w sytuacji optymalnej), a potem gwałtownie wzrasta. W przypadku braku ILS zniżanie nie jest w pełni automatyczne, czasem ten tryb nazywany jest półautomatycznym. Dla autopilota to tak jak zwykłe zmniejszanie wysokości połączone z lotem na kursie. Można regulować prędkość zniżania swobodnie, odpowiednim pokrętłem (manetką).

* Kapitan, Arkadiusz Protasiuk choć zniżanie kontrolował manetką, nie mógł zejść poniżej zadanej wysokości docelowej 100 m, jak sugerują rosyjscy eksperci i jak zdaje się przekonywać komisja MAK.

W stenogramie rozmów zarejestrowanych na urządzeniu MARS-BM zainstalowanym w prezydenckim Tupolewie, sporządzonym przez moskiewski MAK, roi się od błędów. W transkrypcji brakuje kluczowych fragmentów rozmów i komend, które powinny padać w kabinie. Znajdują się natomiast teksty niezidentyfikowanych osób, a taśma nosi ślady sklejania. Całość nagrania trwa aż 38 minut, przekracza to możliwości techniczne taśmy magnetycznej 70A-11 umieszczonej w rejestratorze .Warto nadmienić też, że automatyczne odejście na drugi krąg znad lotniska bez systemu ILS, przy włączonej dalszej radiolatarni, zakończyło się powodzeniem podczas eksperymentu na bliźniaczym samolocie Tu-154M nr 102. Obrońcy rosyjskiej wersji wydarzeń nie mają już więc żadnego racjonalnego argumentu, którym mogliby uzasadnić rozbicie się naszego Tupolewa.

Gdzie się podziały rejestratory K3-63 i TCAS II?
Rejestrator K3-63 zapisywał takie parametry jak gwałtowne przeciążenia. Urządzenie to było pancerną skrzynką o rozmiarach kilkudziesięciu centymetrów, nie mogło zatem tak sobie zaginąć. Podobnie ma się sprawa z rejestratorem TCAS II, przechowującym dane o obiektach latających w pobliżu, o wysokości samolotu w czasie podchodzenia do lądowania, prędkości opadania jak również o alarmach TAWS. Polscy prokuratorzy nic nie wiedzą na temat ich losów po katastrofie.

Czy kontrolerzy wieży kontrolnej Smoleńsk Północny byli fachowcami?
Zeznania dwukrotnie przesłuchiwanych kontrolerów i ich kierownika są dość nieprofesjonalne. Stwierdzali oni, że nie było warunków do lądowania i odradzali załodze lądowania, ale jednocześnie konsultowali się ze swoim dowództwem w sprawie ew. odmowy lądowania. Kontrolerzy dopytywali się co mają robić??? Profesjonalni kontrolerzy lotniczy nie potrzebują konsultacji z wyższym dowództwem. Sami wiedzą co i jak mają robić. Mają ścisłe procedury, które nie pozostawiają miejsca na jakieś dyskusje, porady czy niedomówienia. Dowództwo poleciło by lotnisko było otwarte ale nakazało dać polskiej załodze sugestię, że warunki są ekstremalnie trudne i rekomendują lądowanie w Moskwie.

Według znających się na rzeczy nie ma czegoś takiego. Lotnisko albo jest otwarte albo zamknięte i nie ma miejsca na jakieś sugestie. W rzeczywistości kontrolerzy prowadzili kpt. Protasiuka do lądowania, meldując cały czas „na kursie i na ścieżce” choć to było dalekie od prawdy… Dlaczego polska komisja Jerzego Millera w swojej dokumentacji oparła się na ikonografii miejsca wypadku wykonanej przez rosyjskiego fotoamatora?

Polscy eksperci wykonali setki zdjęć, głównie drzew rzekomo ściętych przez naszego Tupolewa, a w raporcie umieszczono prawie wyłącznie fotografie Siergieja Amielina, amatora ze Smoleńska. Tu na myśl przychodzi ta nieszczęsna smoleńska brzoza, złamana rzekomo przez nasz samolot. Niezależni badacze udowodnili, że brzoza owa nie mogła być dotknięta przez Tupolewa nr 101 gdyż ten w tym miejscu był dużo wyżej. Co za hipokryzja zatem z tym składaniem kwiatów pod ową sławetną brzozą, którą złamał całkiem kto inny i w innym czasie.

Dlaczego rząd polski nie skorzystał z pomocy polskich specjalistów przy identyfikacji i sekcji zwłok?
Natychmiast po podaniu wiadomości o katastrofie Katedra Medycyny Sądowej z Bydgoszczy zorganizowała grupę lekarzy o specjalnościach potrzebnych do badania ofiar katastrofy. Byli to antropologowie i genetycy. Wszyscy wyrazili chęć wyjazdu do Smoleńska w celu udzielenia tam pomocy przy badaniu zwłok. Mimo usilnych telefonów do Rządowego Centrum Antykryzysowego czekali na walizkach dwa dni by w końcu dowiedzieć się, że nie są potrzebni. Okazało się również, że Centrum poszukiwało nie lekarzy sądowych lecz patologów. Patolodzy to specjaliści od badania tkanek pod kątem chorób, a w Smoleńsku potrzebni byli medycy sądowi, których pomocy nie potrzebowano. W swoim piśmie do Rządowego Centrum Antykryzysowego /równolegle napisano do Prokuratury Generalnej i Naczelnej Prokuratury Wojskowej/ specjaliści z Bydgoszczy napisali m.in. „Ze względu na rozmiary tragedii i związaną z tym koniecznością przeprowadzenia szeroko zakrojonych badań identyfikacyjnych badania te naszym zdaniem powinny być przeprowadzone przez 2-3 najlepiej przygotowane ośrodki w naszym kraju”.

Większość Polaków podejrzewa, że rosyjskie służby identyfikację czy też sekcje zwłok potraktowały z karygodną niedbałością, dlatego dziwnym się wydaje nie skorzystanie z polskich, doświadczonych specjalistów. Oto przykład: córka posła Zbigniewa Wassermana wystąpiła do prokuratury o ekshumację zwłok jej ojca ponieważ w raporcie z sekcji, nadesłanym przez stronę rosyjską znajdują się szczegółowe opisy organów, które Zbigniew Wasserman miał już dawno usunięte w trakcie przebytych operacji za życia. W tej sytuacji protokoły nadesłane przez stronę rosyjską budzą wątpliwości co do swojej rzetelności.

Ostatnie sekundy…
Gdy nasz rządowy Tupolew zeszedł do wysokości decyzji 100m i pojawiło się ostrzeżenie TAWS, kpt.Protasiuk zgodnie z procedurą podał komendę „odchodzimy na drugi krąg” co powtórzył II pilot. Niestety, samolot zniżał się nadal, na taśmie zapisane jest odczytywanie kolejnych, zmniejszających się wartości wysokości, oraz ostrzeżenia TAWS „do góry!”. Brak jest głosów dowódcy i II pilota… Poniżej 50 metra odezwała się wieża meldując „sto pierwszy – horyzont!”, nakazując wyrównanie lotu. Komendę tę powtórzyła jeszcze na 20 metrach. Na chłopski rozum, jeśli wieża podała komendę do wyrównania lotu poniżej 50 metra, to znaczy że nakazała załodze zejść do tej wysokości, a załoga jest obowiązana wykonywać polecenia lotniska docelowego. To przypuszczenie potwierdza również załoga Jak-40, lądująca wcześniej. Od tamtego czasu upadło wiele kłamliwych twierdzeń, a ich głosiciele jakoś nie czują się w obowiązku przeprosić. Dziś już wiemy, że samolot nie ściął tam żadnej brzozy i nie wykonał żadnej półbeczki, jak stwierdzili eksperci był w tym czasie znacznie wyżej. Przypadkowi świadkowie słyszeli dwa wybuchy zanim Tupolew 101 zarył się w smoleńskie błoto. Potwierdzają to prof.Kazimierz Nowaczyk z Uniwersytetu Maryland w USA i dr Grzegorz Szuladziński z Sydney, którzy dowodzą że główną przyczyną katastrofy były dwie eksplozje, które nastąpiły tuż przed rozbiciem samolotu. Jedna miała miejsce na lewym skrzydle, druga wewnątrz kadłuba. Drugi wybuch spowodował rozerwanie i rozczłonkowanie kadłuba oraz oderwanie lewego skrzydła. Stwierdzają też, że przymusowe lądowanie w młodym lesie przy zarejestrowanej prędkości nie mogło spowodować tak rozległych zniszczeń Zatem oba raporty i gen Anodyny i podobny Jerzego Millera, rojące się od błędów, wypaczeń i przeinaczeń nie wytrzymują ognia krytyki. Nie można w tej chwili jednoznacznie stwierdzić czy był to zamach czy nie, ale na pewno przyczyna wypadku lotniczego który miał miejsce 10 kwietnia 2010 roku nie leżała po stronie polskiej załogi i jej instynktów samobójczych ani ważnych podpitych pasażerów ani też tej sławetnej brzozy, która przejdzie do historii mistyfikacji.

Przedstawiono tu tylko drobny fragment naszych pytań, które z reguły pozostają bez odpowiedzi. Jest ich znacznie więcej i będzie coraz więcej w miarę postępu poważnych badań naukowych przynajmniej na tych szczątkach samolotu, które w końcu nam oddadzą. Nawet najmniejsze fragmenty mogą nasunąć pewne wnioski i udowodnić pewne tezy. Zaczekajmy zatem jeszcze trochę…

Na temat katastrofy smoleńskiej napisano już bardzo wiele, nie zawsze zresztą zgodnie z faktami. Działa bardzo energicznie komisja sejmowa pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza. Pracują niezależni eksperci z różnych stron świata. Optymizmem napawa dziennikarskie śledztwo w sprawie smoleńskiej, jakie prowadzą „Nasz Dziennik” i „Gazeta Polska”, z których to publikacji chętnie skorzystałem. Można zatem mieć nadzieję, że być może kiedyś poznamy całą prawdę o tej polskiej tragedii narodowej i oby była ostatnią w naszej historii…

OD REDAKCJI: Wraz z tym materiałem którego ocenę pozostawiamy czytelnikom, otrzymalismy od pana Jerzego Wypiórkiewicza informację, że z przyczyn osobistych zmuszony jest zawiesić swoją działalność publicystyczną.
Panie Jerzy, dziekujemy za dotychczasową współpracę i życzymy dużo zdrowia, radości i optymizmu. Po cichu liczymy, że wróci jednak Pan na nasze łamy nie tylko jako czytelnik.
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM
Szanowny Panie Jerzy! Dziękuję za ważny i rzeczowy artykuł, życzę zdrowia – jeśli to z jego...
~Paweł Sz. Towpik 2012-08-01 20:55
Szanowny Panie Pawle! Serdecznie dziękuję za pozytywną ocenę i miłe słowo pod moim adresem....
~Jerzy Wypiórkiewicz 2012-08-02 14:08

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
wawa-1_800.jpgwawa-2_800.jpgwawa-3_800.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2018 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.