Czwartek, 01.10.2020 r. Imieniny: Danuty i Remigiusza
Doświadczenie uczy nas, że dzięki długiemu błądzeniu odkrywamy krótszą drogę.

Thomas Hardy
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

Szafa czyli krowa

Mateusz Biskup (biszop) 2011-12-18
pocisk_ziu_100.jpgWarszawa, ul. Moniuszki 8, 18 sierpnia 1944 roku, godzina 15:00.
Na czwartym piętrze budynku, który przed wojną był siedzibą włoskiej firmy ubezpieczeniowej stała młoda dziewczyna i obserwowała dwa niemieckie samoloty krążące nad okolicą.
„Pewnie namierzają „Błyskawicę”...” - pomyślała. Nie myliła się. Niemcy za pomocą namiarów goniometrycznych próbowali zlokalizować powstańczą radiostację.
Nagle budynek zakołysał się jakby pchnięty dłonią olbrzyma. Ściana po drugiej stronie podwórza wybrzuszyła się i z łoskotem wyleciał z niej ogromny obły kształt. Uderzył w przeciwległą ścianę na wysokości drugiego piętra, przebił stropy i wśród pióropuszów dymu i kurzu wpadł do wnętrza popularnej przed wojną kawiarni „Adria”. Zarył się w miejscu, gdzie kiedyś grała orkiestra. Kiedy kurz opadł podeszło do niego ostrożnie dwóch powstańców. To co zobaczyli sprawiło, że przez dłuższą chwilę nie mogli wydobyć z siebie słowa.
Pocisk był wielkości sporej beczki. Miał ponad pół metra średnicy i ponad metr długości. Jakie monstrum mogło wypluć coś takiego?

Podczas tłumienia Powstania Warszawskiego Niemcy użyli szerokiej gamy ciężkich środków artyleryjskich. Wiedzieli, że powstańcy nie dysponujący lotnictwem ani jakąkolwiek artylerią są bezbronni wobec ich dział, które bezkarnie równały stolicę z ziemią.
Niektóre z nich dorobiły się wśród powstańców swoich przezwisk. Każdy, kto choć trochę interesuje się Powstaniem na pewno natknął się na określenia „szafa” i „krowa”. Czego one dotyczyły? Czy było to przezwisko jednego typu broni, czy dwóch różnych?
Otóż zarówno „szafa”, jak i „krowa” były przezwiskami, jakimi powstańcy ochrzcili niemiecką wieloprowadnicową wyrzutnię pocisków rakietowych Nebelwerfer (dosłownie: Miotacz mgły). Miała ona postać sześciu rur złączonych w wiązkę i osadzonych na dwukołowym podwoziu. Pociski kalibru 150 mm wypełnione materiałem burzącym lub zapalającym miały zasięg do 6 kilometrów i były stabilizowane w locie systemem dysz, które nadawały im ruch obrotowy, co zwiększało ich celność.

szafa_krowa.jpg

"Szafa" vel "krowa" jako sześciolufowa wyrzutnia

Ładowanie Nebelwerfera powodowało głośny chrobot, jakby ktoś przesuwał szafę po skrzypiącej podłodze – stąd przezwisko „szafa”. Odpalane elektrycznie pociski w pierwszej fazie lotu wydawały przerażający dźwięk podobny do ryku monstrualnej krowy – stąd „krowa”.
Po sześciu głośnych chrobotach rozlegała się salwa sześciu głośnych ryków, a wtedy... lepiej było być gdzie indziej.
Skutki użycia tej broni były bowiem straszliwe.
Jeden pocisk zapalający pokrywał płonącą naftą obszar około 200 metrów kwadratowych. Salwa sześciu takich pocisków zamieniała całą ulicę w morze ognia z płomieniami o wysokości 2-3 metrów. Ludzie oblani płonącą naftą zamieniali się w żywe pochodnie. Trupów niemal nigdy nie udawało się zidentyfikować. Pocisk przebijał się przez ściany i dachy domów wywołując wewnątrz bardzo trudne do ugaszenia pożary.
Pociski burzące potrafiły zabić samą siłą podmuchu. W Warszawie pojawiły się więc plakaty informujące jak należy się zachować, kiedy z oddali słychać ryk „krowy”.

plakat.jpg

Powstańczy plakat ostrzegawczy

Nie tylko warszawscy powstańcy nadali tej wyrzutni nazwę pochodzącą od dźwięku, jaki wydawała. Amerykańscy żołnierze nazwali ją „wrzeszczącą Mimi”.
Wyrzutnia umieszczona na dwukołowym podwoziu była bardzo łatwa do transportu, jednak używając jej na froncie wschodnim Niemcy odkryli, że smugi pozostawione przez pociski wskazują lokalizację sowieckim artylerzystom, którzy natychmiast kierowali tam ogień swoich dział. Postanowili uprościć konstrukcję i opracowali metodę odpalania pocisków prosto z fabrycznych opakowań, którymi były drewniane ramy. Ustawiano je na ziemi pod odpowiednim kątem i odpalano pociski. Jednocześnie zwiększono ich kaliber i masę głowicy. W razie potrzeby mogły być one odpalane z platform ciężarówek.
Wyrzutnie ramowe również zostały użyte podczas Powstania.
Przerażający ryk owej „krowy” możecie usłyszeć TUTAJ.

salwa.jpg

Salwa "krowy" z wyrzutni ramowych

ofiar.jpg

Ofiar ostrzału najczęściej nie można było zidentyfikować...

18 sierpnia około godziny 15:00 w miejscu, gdzie przed wojną znajdował się popularny lokal „Adria” ugrzązł potężny pocisk. Powstańcy, którzy zbliżyli się do niewybuchu nie mogli uwierzyć własnym oczom. Przerastał on rozmiarami wszystko, co widzieli do tej pory, a widzieli dużo. Był większy nawet od bomb lotniczych. Jaka potężna kolubryna mogła wystrzelić tego kolosa? Był to ogromny samobieżny moździerz oblężniczy Karl Gerat 040 – jedna z najpotężniejszych armat w historii konfliktów zbrojnych. Niemcy zaprojektowali go do niszczenia umocnień Linii Maginota, jednak kiedy pierwszy egzemplarz opuścił fabrykę Francja już się poddała. Użyto go więc podczas oblężenia Sewastopola na froncie wschodnim. Ogółem wyprodukowano sześć egzemplarzy tej broni, każdemu nadając imię germańskiego boga: „Baldur”, „Wotan”, „Thor”, „Odin”, „Loki” i „Ziu”. Powstańczą Warszawę ostrzeliwał ten ostatni.

karl_gerat.jpg

Ciężki moździerz oblężniczy Karl Gerat "Ziu" podczas Powstania Warszawskiego

Moździerz składał się z trzech części osadzonych na podwoziu gąsienicowym. W pierwszej znajdowały się silniki i przekładnie napędzające monstrum, część środkowa mieściła działo, a tylna – mechanizm opuszczania i podnoszenia podwozia. Do załadowania potężnych pocisków potrzebny był dźwig zainstalowany na podwoziu czołgu „Tygrys”. Transport amunicji wymagał specjalnego pojazdu, a obsługa kolosa liczyła ponad stu żołnierzy.
Działo „Ziu” wystrzeliwało pociski kalibru 600 milimetrów o wadze dwóch ton. W każdym z nich znajdowało się około pół tony ładunku wybuchowego. Materiałem miotającym były specjalne poduszki prochowe. Z racji swoich rozmiarów oraz niewielkiej prędkości wylotowej (około 200 metrów na sekundę) pocisk można było zobaczyć w locie. Eksplozja tego potwora równała z ziemią kilkupiętrową kamienicę. Na szczęście miał także słabe strony.
Był przeznaczony do niszczenia ciężkich stalowych i betonowych konstrukcji. Podczas zderzenia z cegłami lub dachówkami jego zapalnik nie powodował detonacji. Stąd m.in. ten niewybuch w „Adrii”. Powstańcy rozbroili go i wykorzystali materiał wybuchowy do produkcji granatów - „sidolówek”. Można powiedzieć, że ten pocisk zwrócił się Niemcom niczym niestrawny posiłek.

pocisk_ziu.jpg

Pocisk z "Ziu", który wylądował w przedwojennej kawiarni dostarczył powstańcom materiału na granaty.

Jego skorupa znajduje się dzisiaj w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.
Moździerz typu Karl Gerat 040 nie był bronią zbyt poręczną. Można go było transportować wyłącznie koleją, po rozebraniu na części. „Ziu”, który ostrzeliwał Warszawę przybył 15 sierpnia do Pruszkowa – tylko tam bowiem znajdowały się warsztaty dysponujące odpowiednimi dźwigami. Po złożeniu zajął stanowisko bojowe w Parku Sowińskiego na specjalnie przygotowanej betonowej płycie, która istnieje do dziś.
Mimo że miał podwozie gąsienicowe mógł się poruszać z prędkością maksymalną 10 kilometrów na godzinę i to nie po wszystkich drogach. Na miękkim gruncie 120-tonowy gigant zapadał się. Podczas Powstania nie ruszał się więc ze stanowiska w parku. Na dodatek jego szybkostrzelność wynosiła zaledwie 4 do 6 strzałów na godzinę.
„Ziu” działał w Warszawie do 21 września. Potem został odesłany pociągiem do Juhterborga w Niemczech.
Istnieje do dzisiaj. Trafił w ręce żolnierzy sowieckich i jest jednym z eksponatów Muzeum Czołgów w Kubince.
Aby zobaczyć „Ziu” w akcji podczas Powstania Warszawskiego kliknij TUTAJ.

Podczas starć ulicznych w Stalingradzie Niemcy zrozumieli, że do prowadzenia skutecznej walki w mieście niezbędne jest mobilne działo, które mogłoby jednym strzałem niszczyć punkty oporu w budynkach. Fabryka w Berlin-Spandau otrzymała zlecenie opracowania takiego pojazdu.
Podwozie wzięto z uszkodzonych w boju czołgów typu „Tygrys”. Wzmocniono pancerz i planowano osadzić na nim haubicę kalibru 210 milimetrów. Okazało się jednak, że wszystkie działa tego typu są aktualnie w użyciu. Zmodyfikowano więc wyrzutnię bomb głębinowych używaną przez okręty Kriegsmarine i w rezultacie otrzymano wyrzutnię moździerzowo-rakietową o kalibrze 380 milimetrów. Nowa broń otrzymała nazwę Sturmtiger – Tygrys Szturmowy. Ważyła 65 ton, a załogę stanowiło pięciu ludzi. Sturmtiger był bardzo dobrze opancerzony, a załoga oprócz działa dysponowała także karabinem maszynowym MG-34 do niszczenia siły żywej przeciwnika.

sturmtiger.jpg

Sturmtiger, czyli Tygrys Szturmowy

Wyprodukowano zaledwie 18 sztuk tego pojazdu, w które wyposażono trzy kompanie. W Powstaniu Warszawskim udział wzięła jedna z nich.
Walcząca Warszawa była idealnym poligonem doświadczalnym dla nowej broni, która potwierdziła swoją skuteczność. Sturmtiger jednym strzałem demolował budynek, z którego powstańcy prowadzili ogień. Chwilę potem do akcji wkraczała niemiecka piechota dobijając tych, którym udało się przeżyć.
Sturmtiger wystrzeliwał półtorametrowe pociski o wadze 350 kilogramów. Jeszcze przed opuszczeniem lufy włączał się silnik rakietowy, który powodował znaczne przyspieszenie pocisku. Powodowało to powstawanie olbrzymiej ilości gazów, które mogły poparzyć lub wręcz zabić załogę. Problem ten rozwiązano umieszczając w lufie system kanałów wentylacyjnych.
Ładowanie pocisku odbywało się za pomocą specjalnego dźwigu i wymagało współpracy całej załogi. Do dnia dzisiejszego przetrwały dwa egzemplarze Sturmtigera, które znajdują się w muzeach w Niemczech i Rosji.
Jedyne istniejące ujęcie tego pojazdu podczas tłumienia Powstania zobaczycie TUTAJ.

Tuż przed wojną francuski inżynier Adolphe Kegresse (były szef garaży cara Mikołaja II, który po rewolucji październikowej wrócił do Francji) opracował bezzałogowy pojazd służący do burzenia nieprzyjacielskich bunkrów. Był on wyposażony w silnik elektryczny, mógł przenosić spory ładunek wybuchowy, a sterowanie odbywało się za pomocą kabla. Tuż przed kapitulacją Francji prototyp pojazdu zatopiono w Sekwanie. Został on stamtąd wydobyty przez Niemców, którzy bardzo się nim zainteresowali. Odesłano go do Bremy, gdzie jedna z fabryk zbrojeniowych bazując na wynalazku francuskiego inżyniera stworzyła gąsienicowy, napędzany dwoma silnikami i mogący przenosić aż 60 kilogramów trotylu pojazd idealnie nadający się do niszczenia nieprzyjacielskich umocnień. Na przykład powstańczych barykad w walczącej Warszawie.
Nowa broń otrzymała nazwę Goliat.

przygotowania.jpg

Przygotowania do akcji

Pojazd był wyposażony w 6-milimetrowy pancerz, który skutecznie chronił go przed ogniem z broni ręcznej. Operator kierował nim za pośrednictwem trójżyłowego kabla wysyłając jedną z sześciu komend: „Do przodu”, „do tyłu”, „w prawo”, „w lewo”, „stój” i „ognia”. Ostatnia komenda powodowała detonację ładunku. W pełni naładowane akumulatory pozwalały na przejechanie jednego kilometra. Całość ważyła 370 kilogramów i w pobliże miejsca akcji była transportowana na wózku ciągniętym przez czterech żołnierzy.
Powstały także wersje wyposażone w silniki spalinowe oraz sterowane radiem.

operator.jpg

Goliat i jego operator

W Warszawie Niemcy wykorzystywali Goliaty głównie do niszczenia barykad. Powstańcy jednak bardzo szybko nauczyli się z nimi radzić. Szef Służby Uzbrojenia KG AK podpułkownik Jan Szypowski ps. „Leśnik” opracował dnia 17 sierpnia specjalną instrukcję ich zwalczania.
Unieruchomienie Goliata było dość proste – wystarczyło przerwać kabel łączący go z operatorem. Dokonywano tego zazwyczaj za pomocą granatu, a czasami ręcznie - jedno uderzenie saperką lub siekierą załatwiało sprawę. Ilość tych samobieżnych min użytych podczas tragicznego zrywu jest przedmiotem dyskusji. Najczęściej padają liczby między 50, a 60 sztuk, z których powstańcy zdobyli pięć wykorzystując znajdujący się w nich sprasowany trotyl do produkcji granatów. Dalszych 11 unieruchomili bez sprowadzenia na swoje pozycje (powstrzymał ich ogień niemiecki), a 18 innych zdetonowali przed osiągnięciem przez nie celu (np. za pomocą strzału z granatnika przeciwpancernego PIAT).
Ogólnie rzecz biorąc Goliat był bronią mało efektywną, a w dodatku bardzo drogą w produkcji (jeden egzemplarz kosztował 3000 marek). Jego główną wadą było to, że była to broń jednorazowego użytku.
W nocy z 14 na 15 sierpnia Niemcy zaatakowali dwoma Goliatami powstańcze pozycje w zajezdni tramwajowej na Muranowie. Jeden z nich został unieszkodliwiony przez wspomnianego podpułkownika „Leśnika” i dzisiaj stanowi eksponat Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Goliata w akcji możecie obejrzeć TUTAJ.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
taka-warszawa-3.jpgtaka-warszawa-9.jpga-p-3-97.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2020 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.