Nie starzeje się ten, kto nie ma na to czasu.

Benjamin Franklin
Polska zawsze blisko
Czwartek, 17.08.2017 r.
Imieniny: Jacka i Mirona


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Wyprawa na Karaiby - Cierpienie cz. 4

Andrzej Dysiński 2013-12-30
dysinski_a_70.jpgJacht uderza o falę jak na moją znajomość żeglowania dość mocno. Powoduje głośne silne drgania uniemożliwiające chodzenie po pokładzie, nie mówiąc już o leżeniu na nim. Nie trzymając się kurczowo napotkanych stałych urządzeń jak poręcze czy liny zabezpieczające przed wypadnięciem za burtę nie ma szans na normalne życie!!!
Spotykamy się na dziobie z Heniem, Pawłem i Benkiem w celu omówienia dalszej strategii, jak postępować z buntującą się częścią naszej załogi /że za drogo ?!/.
Małe drinki znowu pobudzają wyobraźnię.

Złowimy tuńczyka jakiego widzieliśmy na targu, przyprawimy na różne sposoby, oczywiście koniecznie z nowo poznanymi warzywami... pomidorami i... dopiero pokażemy co jesteśmy warci!!! Wyspa pozostaje w oddali, staje się niewidoczna. Słońce chyli się ku zachodowi i urzeka nas swoimi kolorami. Panorama na tle zagęszczających niebo chmurami wygląda jak najbardziej zdumiewająca bajka. Robimy zdjęcia, aby móc pochwalić się wśród znajomych!!!
Paweł pierwszy pyta się nas, jak sobie poradzimy z chorobą morską? Trochę buńczucznie odpowiadamy, że już trochę przepłynęliśmy i... nic!
Na wszelki wypadek rozglądam się za pozostałymi. Na pokładzie widzę tylko kapitana śpiewającego za sterem i Hektora na ławce przy stole pokładowym. Nasz czarnoskóry przyjaciel jakby trochę jaśniejszy? Pływa co prawda jakiś czas po morzach jak mówił, ale czy odporny? Poczułem zaniepokojenie. Zszedłem pod pokład gdzie zauważyłem leżących w kajutach naszych przyjaciół. Wzrok zamulony u Andrzeja Ch. jakby nie przestał pić od Wenezueli, Leszek w naszej kajucie /bracie co się dzieje, ja nie mogę zwymiotować/.
Oj! Coś nie za dobrze ta przygoda się toczy bo i mnie zbiera się do toalety!!! Jeszcze zobaczyłem obie panie trzymające w rękach jakieś garnki i Janka wychodzącego z toalety wycierającego się ręcznikiem. Kurs obrany, kapitan przytomny, wygląd Benka też nie wskazuje na chorobę, więc myślę sobie może to tylko chwilowe słabości?

Niestety czuję się co raz fatalniej!!! Skąd u mnie sensacje? Płynąłem w 76-tym „Batorym” z Nowego Jorku i nic nie czułem, a tu...? Huśta parę metrów w górę i w dół, ale dlaczego mnie? Z trudnością już schodzę pod pokład. Szukam przygotowany na wszelki wypadek „Aviomarin”, ale gdzie tam, nawet nie mogę go przełknąć. Za późno! Przestaję się interesować innymi, tylko zaczynam przejmować sobą!!!
Na zewnątrz czuję nadchodzącą burzę. Silniki wyłączone. Płyniemy na pół żaglach. Jachtem rzuca okropnie. Dudnienie dochodzące z dna łodzi jest przejmujące. Robi się wrażenie jakby za chwilę miało to pudełko pęknąć.
I jest noc!!! Dookoła noc. Żadnych świateł oprócz naszych sygnalizacyjnych. Chmury zakryły horyzont, dookoła nic nie widać, gdzie my płyniemy?
Zaczyna padać deszcz. Próbuję wyjść na zewnątrz, głowa boli, na wymioty się bez przerwy zbiera, ale też nie mogę zdobyć się na torsje, jachtem rzuca na wszystkie strony, niczego nie zdążam złapać, parę razy nie trafiam na stopnie trapu do kajuty. Oj!!! Coś to nie tak miało być!!!
Pod zadaszeniem z brezentu dzielnie siedzi kapitan w sztormówce. Nawet nie próbuję pytać, czuję, że tracę siły.
Woda przelewa się bez przerwy przez pokład i zalewa kokpit, gdzie spędzaliśmy czas na rozmowach i spożywaniu posiłków. Brr… aż mi się nie dobrze robi jak pomyślę o jedzeniu!!!
Wracam do kajuty, próbuję do toalety, Leszek okupuje już ze dwie godziny!!! Kiedy mnie zobaczy podnosi się, abym pewno nie zajął jej przed nim? Nie mam czym wymiotować. Był alkohol, który nie pomagał, Aviomarin też, cholera czy to już koniec, a z resztą zaczyna mi być wszystko jedno, tylko niech się gdzieś zatrzymamy, choć na chwilę!?

Mądre to co mówię i piszę, ale to co przeżywam nie da się ładnie opisać. A to dopiero siódma czy ósma godzina podróży!!! Do żywych zaliczam tylko kapitana Benka i Pawła!!! Pozostali w kajutach dogorywają!!!
Sprzęty z pokładu, które nie zdążyliśmy pochować są mokre, słona woda wdziera się wszędzie. Luk w mojej kajucie mieszczący się nad posłaniem jest nieszczelny, woda przedostaje się na posłanie. Materace, prześcieradła, jaśki, piżamy, wiszące ubrania ociekają słoną wodą. Ale przygoda !!!
W szafkach gdzie są poukładane pedantycznie nasze wyjściowe kreacje, ruch jak na Marszałkowskiej! Aby do rana!!! Co mnie jeszcze czeka???
Po co ja tak marzyłem o tej przygodzie? O takiej to ja na pewno nie marzyłem!!!
Nie mam siły, żeby wyjść na pokład. Położyłem się koło Leszka w mokrej pościeli i czekam, może ktoś mnie dobije! Nic mnie nie obchodzi. Nawet jak wpadniemy na jakiegoś latającego holendra, to będzie krócej tej męki!!!
Co przeżywają inni, nie ma innych, jestem tylko ja... ze swoim stanem, fizycznym, psychicznym i nie wiem już jakim!!! Nie czułem zimna, mimo mokrej pościeli okryty tylko mokrym prześcieradłem.
Dudnienie nie ustawało, czekałem ze strachem, kiedy ta łajba się rozleci. Nie pamiętam czy spałem, przeleżałem obok stękającego z przerażenia Leszka, który podobnie jak ja i inni czekał na dobicie!

Powoli, bardzo powoli płynął czas i my razem z nim.
Ranek powitał nas piękną słoneczną pogodą. W ciągu kilku minut słońce wychyliło swoje lico znad wstrętnego morza, kokieteryjnie i pobłażliwie spojrzało na nasze zmęczone ciała! Jak szczury wychodziliśmy z kajut. Niektóre były przerażające. Nasza, dzięki natychmiastowej interwencji Leszka była w miarę czysta, ale pozostałe?
Morze nie przestało bujać, ale słońce wprowadziło inny wymiar. Kawa, może kawa dobrze zrobi, próbujemy wszystkich pomysłów znanych nam z doświadczenia. Paweł namawia na „Smirnoffa”, na co Leszek... wychyla się za burtę,- taki przepis może kosztować życie!!! A jacht przechylony na żaglach płynie... płynie...
Życie pomału wraca do normy. Henio choć sam ledwo żywy, zaczyna żartować jaki to on bohater, nikt go nie widział i nie słyszał. Mądry, bo miał suchą kabinę i jego część łodzi /dno/ była w powietrzu!!! I nie kapało z luku! Spał co prawda pod kątem, ale się tym przeżyciem nie chwalił!? Podziwiam samotnych żeglarzy wytrzymujących żmudną kilkumiesięczną podróż! Ile to tragedii przeżywali, których nigdy nie opisywali, czasem lub często nie zdążyli!!!
Prawdopodobnie i tak bym nie uwierzył, że to było tak.
Powoli dochodzimy do siebie, jest troszkę lżej w ciągu dnia. Twarze nie wyrażają nic interesującego poza zdumieniem, że wszyscy jeszcze żyją. Kapitan po ustawieniu automatycznego pilota poszedł spać pozostawiając nas na pokładzie.
Benek prawdopodobnie spał w nocy w messie, ale go nie widziałem, choć szwendałem się po nocy szukając sobie miejsca, gdzie mógłbym nie cierpieć.
Zachowanie pani B., żeglarki z wieloletnim doświadczeniem budziło mój szacunek. Nie dała po sobie poznać, że cokolwiek ją męczyło w nocy. Może bym i uwierzył do końca, gdyby nie jej współtowarzyszka, która konfidencjonalnie dała do zrozumienia, że trzeba posprzątać kabinę, bo... w gorączce będzie szybko czuć stęchlizną.

Szczęście, nieszczęście, kto to wie? Płynęliśmy całą noc w deszczu i silnym wietrze, nic nie widząc i nie słysząc, zdając się całkowicie na mądrość Asbjorna, starego wilka morskiego, ale czy mieliśmy inne wyjście? Nikt z nas, może tylko Benek znał się na nawigacji i położeniu wysp. Osobiście, jako słodkowodny żeglarz pływający na czteroosobowej „Sportinie” mojego przyjaciela Witolda, nie miałem pojęcia o ciężarze gatunkowym takich przeżyć. Dobrze, że nie udało mi się namówić zaprzyjaźnionych VIP-ów na wspólną egzotyczną wyprawę! No, ale przygoda trwa!!!
Sprzątanie wewnątrz jachtu, w którym - mimo umocowania produktów żywnościowych w zamkniętych półkach - doszło do niesamowitego wymieszania, jajek z kaszą i rozbitym słojem sosu pomidorowego, było również natchnieniem na przepis obiadu. Nie powiem, żeby mi smakowało i chyba nie wszystkim. Były głosy, że to niehigieniczne!?
Brak poczucia luzu w zachowaniach dawał się coraz bardziej odczuwać, powodując u niektórych stresy. Ja również zacząłem odczuwać, że jestem jednym z czynników winnych wszystkiego złego.
A to zła informacja, a gdzie obiecane lody po obiedzie, do koniaku powinien być podany kawior, nie przewidziałem sztormu, rzucam kurwami, jak się zdenerwuję, już drugi raz podawany jest ryż z kurczakami i sosem pomidorowym...etc... etc...
Andrzej Ch. wybrzydzał na kartofelki podane całkiem apetycznie... „ja jadam tylko 2, góra 3 rocznie” wzbudzając niesmak, bo inni jedzą co najmniej 10!
Ktoś musi rozładować napięcie, które wywołuje wspólne przebywanie. Wspaniałe zachowanie moich przyjaciół, Henia i Pawła także zaczęło drażnić wytrawnych turystów, którzy wszystko wiedzieli lepiej!
Oni by przewidzieli pogodę, zaopatrzenie w inne sosy, po co płyniemy na północ i to jeszcze… zygzakiem?
Takie i inne problemy zaczęły dominować w rozmowach między Piątką odcinającą się od pozostałych również cierpiących... na chorobę morską. Jak widać cierpienie nie poprawiło stosunków towarzyskich i w dalszym ciągu antagonizowało każdą próbę wspólnego spędzenia czasu
. Ciągoty do toalety nie przechodziły, ale już oglądanie podobnie wyglądających utwierdzało, że jakoś przeżyjemy, tylko gdzie ten cholerny... brzeg!
Zbliża się wieczór, zachód słońca przyprawia o dreszcze tym razem nie rozkoszy a strachu, bo ile to jeszcze godzin na tej łajbie można wytrzymać? Kołysze na wszystkie boki, ale już doświadczenie kilkugodzinne robi z nas wytrawnych żeglarzy. Wytrzymamy!
Marylka zamknięta w kajucie nie skarży się, duma jej nie pozwala. Ona wiedziała, że to podejrzana wyprawa. Janek W. nie odzywa się, tylko po cichu spiskuje z Andrzejem Ch., podejrzewam, że będą chcieli, aby im odliczyć koszty, ponieważ nie jedli dziś nic!?

A czas płynie i my też.
Zmiana wachty, Benek z Pawłem przy sterze, nawijają i słyszę co chwila dochodzący śmiech. Chłopcy już zdrowi, dobra oznaka, żebym tylko ja doszedł do siebie.
Zapadam w chory sen w mokrej kajucie, pościeli, narzekającym Leszkiem, mdłościami, latającymi przedmiotami i brakiem nadziei, że to się kiedyś skończy?!
Czekam ranka, marząc o postoju w porcie wyspy Grenada.
Około 2-ej nad ranem słyszę Pawła... „budź Asbjorna, bo widzę wyspę!”. Budzę się i czuję łagodne sunięcie kochanego już jachtu po gładkiej toni spokojnego morza.
Ulga to mało, nadzieja z ulgą, że może być inaczej, przyjemnie, ba, wprost wspaniale! Zwlekam ciało z mokrego materaca i idę popatrzeć na miejsce rozkoszy postoju, wysuszenia parujących piżam, prześcieradeł, ręczników, spodni i chwili wytchnienia od bujania.
Z dala widać światła ustanawiające wejście do portu, zielone i czerwone, na które kapitan bezbłędnie kieruje naszą, nie trzeszczącą już łajbę. Wychodzę na dziób i trzymając się foka wdycham pełną piersią nocne powietrze Grenady.
W ciało wstępuje duch zwycięzcy, udało się pokonać samego siebie i chce mi się przygody na nowo!
Pozostali śpią i nie wiedzą o tym wcale!
Gratulujemy sobie wytrwałości /ja sobie też/ spuszczamy kotwicę, trochę manewrów, aby nie porozbijać już zakotwiczonych jachtów i... spać!
Słyszę chrapania, strach iść do Leszka, bo mokro, postanawiam zostać na ławce pokładu z kołem ratunkowym pod głową.
Ciało paruje, zaglądam do lodówki, Paweł z Benkiem nie odmawiają, po pół szklanki whisky dobrze robi na samopoczucie... i błogi sen opanowuje całe ciało, żadne dziewczyny się nie śnią!

Inny świat inne życie
Przespałem świt, który tak mnie urzekał swoimi kolorami i nie uczestniczyłem w ceremoniale przygotowywanego przez Hektora śniadania.
Dzień rozpoczęty toaletą i kąpielą w zatoce pozwolił zapomnieć przeżyte tak niedawno chwile grozy. Docinkom i żartom nie było końca. Każdy starał się pomniejszyć swój tragicznie przeżyty czas i śmiał się z drugiego.
Penetruję wzrokiem zatokę i oczom ukazuje się ciemnozielona wyspa, soczysty kolor urzeka, dając wypoczynek zmęczonej wyobraźni.
Kawa i resztki płatków owsianych, przywracają wiarę, że przygoda będzie udana.
Wspólnie planujemy objazd wyspy wynajętym busikiem. Osiem osób razem - znowu razem. Kapitan porozumiał się z obsługującym takie rejsy kierowcą, który chciał od nas 100$, za obwiezienie w 5-6 godzin dookoła wyspy pokazując ciekawsze obiekty.
Po dokonaniu „check in” zeszliśmy na twardy ląd. Wreszcie sprawdzona ziemia, cudowna, stąpanie sprawia radość, próbujemy pobiegać. Udaje się bez problemu!

Sklepy nas interesują, bo zabrakło wielu rzeczy potrzebnych do życia! Chcemy kupić klisze do aparatów fotograficznych, picie soków z owoców tropikalnych sprawia wielką przyjemność bo... smaki inne.
Spacerujemy czekając na kierowcę, próbując naszego angielskiego, pomału dochodzimy do wniosku, że... się porozumiewamy z tubylczą ludnością.
Wreszcie nadjeżdża mercedes z klimatyzacją, /w powietrzu wisi 32 stopnie C/. Z Benkiem i Heniem zajmujemy ostatnie miejsca zaopatrzeni w wodę mineralną i wino.
Jazda przez uroczo położone miasteczko usposabia nas życzliwie mimo, że Benek przed wyjazdem mówił o... uzupełnieniu płatności. Nikt, oprócz oczywiście porządnych turystów nie uiścił do końca powinności wynikających z umowy!
Jedziemy w górę wyspy po bardzo wąskiej i krętej asfaltowej szosie, nierównej poboczami. Jazda powoduje co jakiś czas zarzucanie samochodem na krawędzi przepaści.
Wzdłuż drogi malownicze biedne sklecone domki mieszkańców położone wśród przepięknej scenerii dżungli porosłej drzewami kokosowymi, cytrusami, kakaowymi, muszkatołowymi, bambusowymi oraz wieloma gatunkami, których nie znam, nie mówiąc o plantacjach bananów.
Bujna roślinność uniemożliwiała wchodzenie między drzewa pozbawiając nas dodatkowych emocji. Wysoka temperatura i wilgoć pozwalała na szybką wegetację i wzrost drzew owocowych i stale kwitnących kwiatów. Domki oblepione na wzgórzach i poboczach wśród soczystej zieleni.
Z samochodu rozciągały się zachwycające widoki, mijanych zatok, różne kolory wody w zależności od głębokości i poszarpane brzegi wyspy. Mijane strumienie z wodą toczącą się po kamieniach zwracały naszą uwagę, zwłaszcza kiedy dostrzegłem kąpiącą się czarnulkę jak ją Pan Bóg stworzył. Sielankowość tej sceny zmusiła mnie do krzyku, aby koniecznie zatrzymać samochód. Pulchna czarna piękność, nic sobie nie robiąc z naszego zainteresowania, myła się kokieteryjnymi ruchami mydląc swoje ciało w miejscach... interesujących męskie gremium. Busik zatrzymał się na mostku i pozwolił nasycić oczy... całkiem ciekawym dziełem natury. Niestety rozczarowani ponaglaniem przez koleżanki, musieliśmy pozbyć się możliwości podziwiania natury w pełnym jej blasku.

Kierowca opowiadał w czasie podróży o trujących owocach znajdujących się na niektórych przydrożnych drzewach. Nie wiem do dziś co miał na myśli?
Na samej górze wyspy znajduje się głębokie jezioro z zimną wodą, które jest zalanym kraterem wulkanu. Dookoła rośnie las kokosowy, bambusowy wiecznie spowity chmurami, mgłą i siąpiącym deszczem tzw. „forest rain”, deszczowy las.
Widać skaczące małpy po drzewach, zrywające banany ku uciesze turystów.
Wrażenie ogromne zrobił na mnie widok malowniczo położonego wodospadu w otoczeniu drzew na których rosły gałki muszkatołowe, obleczone jak kasztany, a w środku otoczone czerwoną pachnącą łuską.
Gleba pulchna, ciemna, lekka i wilgotna, pozwalająca na szybkie kiełkowanie roślin. Próbowałem swoich sił, aby dostać się na wzgórze ale ciągle zsuwałem się po śliskim zboczu, poturbowany i brudny dałem za wygraną kalecząc do krwi kolana i stopy.
Nazbierałem gałek muszkatołowych i owoców kakao oraz nieznanych mi owoców i dumny wróciłem do samochodu. Pozostali filmowali i robili zdjęcia. Nasza Piątka doświadczonych turystów trzymała się razem przyjmując fantastyczne pozy do ujęć filmowych i fotograficznych. Miałem pełną satysfakcję z wycieczki, ponieważ krajobraz był naprawdę egzotyczny i widoki porażały swoją niecodziennością.
Powrót z góry był inną drogą i zaliczyliśmy inne krajobrazy oraz odwiedziliśmy manufakturę zbioru i suszenia kory cynamonu i goździków za czasów niewolnictwa aż do teraźniejszości. Po drodze odwiedziliśmy park z wodospadami, którego jedna część była zamknięta z powodu późniejszej pory dnia.
Wysiedliśmy w mieście, gdzie kierowca domagał się dodatkowej zapłaty tzw. „tipsa”, na co Henio powiedział, że jeszcze za mało nas powoził bo... nie widzieliśmy... domu schadzek.
Zostawiliśmy Piątkę współtowarzyszy na bazarze i namawiani przez Henia wyruszyliśmy z Pawłem w poszukiwaniu przygody do restauracji, zjeść... rybę.
W czasie spacerowania wstąpiliśmy do sklepu kupić materiał na naszą narodową flagę. Henio upatrzył przy okazji okazałą czekoladkę, której nie omieszkał zlustrować zaczepnym spojrzeniem. W trakcie zakupu zapytałem się jej czy rozumie o czym rozmawiamy? Powiedziała tak - tylko zmieni pantofle i powie szefowi!
Mowa nasza prowadzona po polsku, dotyczyła propozycji zabrania jej ze sobą na jacht i odesłania z St. Martin. Uśmieliśmy się serdecznie, kiedy powiedziała, że oczy Henia zdradzają co mówimy! Rozstaliśmy się szczerze ubawieni. Ona również, pytając się skąd jesteśmy, kiedy wymieniliśmy Polska… Poland , powiedziała nazwisko... „Waleza”.

Wędrówka trwała już z pół godziny, kiedy Henio wypatrzył i uparł się na restauracyjkę na piętrze pięknie położonego budynku nad zatoką.
Prosimy fish, i... a jakże piwo. No, tego rarytasu chłopcy sobie nie żałowali, a ja z kolei nie odmawiałem. Rozglądamy się dookoła i filujemy na sympatyczną blondynkę siedzącą za nami. Atmosfera pełna luzu. Nikt z nas nie pamięta niedawnych dramatów.
Z okien restauracji oglądamy pejzaż zatoki podczas zachodu słońca. Ciemnoskóra kelnerka podaje „fish”. Nic mi to nie przypomina ryby, ale czekam na chłopców jak się do tego zabiorą? Sam próbuję rozwinąć ze ściereczki zawiniątko i patrzę jak Henio zjada ze ścierką!?
Podróże kształcą. Ściereczka okazuje się być cieniutkim plackiem sojowym ładnie owijającym rybę. Jest dużo śmiechu, co zwraca uwagę naszej sympatycznej sąsiadki.
Drugie i trzecie piwo sprawia, że ośmielony proponuję nieznajomej wspólny stolik i poczęstunek piwem. W międzyczasie mojego „nawijania” chłopcy zjedli mi połowę ścierki z... rybą i cieszyli się, że nie byłem zorientowany z czego tak się śmieją.
Dziewczyna zrobiła na nas wrażenie bardzo sympatyczne. Pochodziła z Kanady, pracowała w telewizji angielskiej, trudniła się, z polecenia towarzystwa ekologicznego dokumentacją i ochroną wymierających papug na Barbados. Prawdopodobnie, my również swoim swobodnym zachowaniem zwróciliśmy jej uwagę. Atmosfera stała się wesoła, wszyscy chcieliśmy jechać z nią, zmieniając kurs jachtu na wschód od Grenady!!!
Christina Olsen została naszą „Drogą przyjaciółką”. Niestety radość trwała krótko. Jej „zabukowany” samolot na Barbados odlatywał jeszcze dziś!!! Zdjęcie z uśmiechem, pozostało jedyną pamiątką, tak wspaniale... kończącego się wieczoru.
Powrót na jacht po odprowadzeniu Christiny był smutny. Późno w nocy zawołaliśmy Benka, aby po nas wyjechał pontonem. Na pokładzie tymczasem atmosfera napięta. Hektor nie przygotował kolacji?! Piątka zjadała więc swoje prowianty z Polski. Przywitali nas z niezadowoleniem. My zjedliśmy kolację na lądzie i nie czuliśmy się w obowiązku troszczyć o dorosłych turystów, a tymczasem znowu źle?
Nocne Polaków rozmowy trwały niedługo, ponieważ trud poprzednich dni i nocy dawał o sobie znać. Jeszcze tylko kąpiel w zatoce, szklanka rumu i spać. Okazuje się jednak, że niedopatrzenie wysuszenia materacy w mojej kabinie zmusiło mnie do poszukania sobie miejsca na pokładzie.

Ranek budzi nas wypoczętymi i uśmiechniętymi... do czasu.
Kawa, herbata... płatki z mlekiem, owsianka, jajka na twardo, sery, bułka, chleb, dżem stanowią nasze śniadanie. Leszek i panienki uzupełniają menu, produktami z walizek ku ogólnemu zadowoleniu wszystkich.
Po jedzeniu zabieramy się do porządków. W pewnym momencie Leszek wychodzi z kabiny z poplamionymi spodenkami i z... buzią do mnie: „Coś ty tam miał w swojej szafce, że ja mam poplamione spodenki, kupione za 220 zł?” Patrzę i oczom nie wierzę, takie same mam na sobie, „bermudy”, w których nie za bardzo lubię chodzić, ale za 20 zł. Kupione przez moją, dbającą o mnie żonę. A to „Chytra baba” myślę sobie. Wszyscy z podziwem patrzą na Leszka, jak zarzuca mi celowość pobrudzenia jego spodenek. Jego zdenerwowanie dochodzi do zenitu kiedy wraca z czapeczką w ręku, również zabrudzoną jakimś czerwonawym płynem. Pretensje do mnie... bo to ja z nim w jednej kabinie???

Ponieważ nie wiem co się stało z jego rzeczami prócz tego, że przeszliśmy wspólnie „kataklizm” na morzu, ani nie mam celu niszczenia jego ubrań, zaczynam się gotować. Kiedy usłyszałem, że jego czapeczka jest firmowa i za 120 zł., podobnie jak spodenki, powiedziałem „Leniu odp... l się ode mnie i spadaj w ch....am”.
Na co, kapitan z podziwem gwizdnął i rzekł, że jestem „short fuse”/krótki bezpiecznik/. Lenio wymienił jeszcze kilka zdań po czym, do mnie „ty prościuchu” i dyskusja przeniosła się na pokład. Przytoczenie autentycznych zachowań, odzwierciedla wiarygodność niesympatycznych przeżyć. Do rękoczynów nie doszło, ale atmosfera, zakończona moim „artystą prościuchem” potoczyła się klasycznie. Od tego czasu Leszek obiecał się do mnie nie odzywać do końca podróży, a może i do końca życia. Później zostawił wodę w łazience i zalał podłogę /wody tankowanej należy oszczędzać/. Kapitan go podkręcił.
No, to sobie załatwiłem kuma?
I znowu atmosfera nieciekawa. Piątka skupiona koło Leszka coś uzgadnia po cichu. Może koca zrobią mi w nocy?
Nie posądzam moich przyjaciół o złośliwość, ale nierozliczona kolacja w nadbrzeżnej tawernie, podpowiedziała Pawłowi, aby nie obciążać nikogo innego tylko nas czterech, - Pawła, Henia, Leszka i mnie. Wyraziłem zgodę i powiedziałem, aby sami zaproponowali Leszkowi udział. Po 25$ za takie szampańskie przyjęcie?!
Reakcja była niespodziewana. Leszek oświadczył, że kolacja mu nie smakowała! Za dużo w niej było skorupek z muszli... i tym podobne... że nie zamawiał... i w ogóle to on był gościem?!! Skoro dał 300$ to nie będzie się utrzymywał w knajpach na lądzie za swoje pieniądze?
Nie poczuł się do wspólnej odpowiedzialności i solidarności w tawernie. Z niesmakiem chłopcy przekazali mi tę wiadomość, tym bardziej, że opowiadałem im jaki to równy i długoletni przyjaciel, po którym nie spodziewałem się takiej reakcji.
Ja też nie wyobrażałem sobie takiego zachowania, zwłaszcza że sytuacja wymagała improwizacji i gestu z naszej strony dla kapitana, Benka i Hektora. „Obszczymur” powiedział Henio i zamknęliśmy temat.
Jednak dyskusja nie ustała, ponieważ pozostali z Piątki podnieśli głos i zwrócili uwagę, że nie widzieli mięsa na obiad, a stołowanie na wyspie im nie odpowiada. Piwo pili strumieniami nie zdając sobie sprawy... że też kosztuje! Wodę kupowaną w pięciolitrowych pojemnikach również. Wtedy Benek powiedział do Leszka, że podrzucił mu szuflę gówna, bo nie dość, że najdłużej się kąpie w słodkiej wodzie to jeszcze nie chce zapłacić za pranie pościeli, która uległa... zmiękczeniu po przeżytym kataklizmie!

Istny „Big Brother” na jachcie!
Ale nie po to przecież leciałem na te wymarzone wyspy i rafy koralowe. Należało wyjść na brzeg, aby dokonać zakupów na następne dni i godziny życia na jachcie. Po przebraniu „załoganci” odświeżeni, również wyszli pomimo ostrzeżeń kapitana, że odpływamy zaraz na bezludną wyspę, gdzie czeka nas prawdziwa przygoda!
Po upływie kilku godzin wybraliśmy się z Benkiem, aby ich ściągnąć z powrotem na pokład zdrowych i... szczęśliwych.
Zwiedzali jeszcze wyspę i mieli nam za złe, że nie mogą robić tego, co chcą tylko muszą pod dyktando! Piszę to wszystko ku przestrodze innych, aby wyrazić obserwację towarzyszy podróży i ich różnych zachowań w ekstremalnych warunkach.
Namówieni do powrotu wsiadają do pontonu. Samo wchodzenie nie wymaga żadnych kwalifikacji – odrobina chęci, aby nie trafić w przerwę między pomost, a dno lub napompowaną burtę dinghy.
Zawsze w takich momentach jest przerwa około 30 cm do pół metra. Tym razem było podobnie, ale pech /chyba pech/ chciał, że Lenio niósł plastykową torebkę z zakupami, której nie chciał podać Benowi i nie trafił… na łódkę tylko w wodę. Nie wypuszczając bagażu poszedł na dno. Sytuacja niby groźna, ale i wzbudzająca śmiech.
Rzuciłem się na pomoc i wynurzającego się z toni, skonsternowanego i przerażonego, przy pomocy Benka wyciągnęliśmy do pontonu.
Doświadczenie uczy, więc i Leszek uratowany, z zamoczonymi produktami tłumaczył wszystkim, przy aplauzie zgromadzonych, że to nie jego wina... tylko była źle przywiązana łódka! Ktoś kiedyś powiedział, że jak gawno tonie , to pchnij mocniej, aby nie wypłynęło, bo zabrudzi otoczenie, no ale…

Powrót był już wesoły i pogodny.
Komenda, - wypływamy na rafy i bezludne wyspy-!
Znowu euforia, postawione żagle, pogoda spokojna, lekka fala stwarza, że zapominamy o przykrych chwilach poprzedniej nocy.
Żegnają nas gorące rytmy reggae dochodzące z nabrzeża. Wyspa pokryta bujną tropikalną roślinnością schodzącą aż do morza pozostawia zapach... marihuany!?
Nieszczęścia temperują ludzi. Leszek przymilnie na mnie spojrzał, kiedy mu chłopcy powiedzieli, że to ja udzieliłem mu pomocy, po wyciągnięciu był tak zszokowany, że nie wiedział co się stało.
Ludność przeważnie czarnoskóra na wyspach była życzliwa. Mężczyźni wyglądali dość oryginalnie, bo spod wełnianych czapek, przypominających kształtem nasze narciarskie, wystawały im włosy skręcone w dredy – cienkie jak sfilcowane rurki lub warkoczyki.
Rastafarianie, mają swoją religię, która od nich nie wymaga nic co by uniemożliwiało im życie bez kłopotów, starań się o pracę. Pan Bóg, skoro ich powołał do życia, powinien zapewnić im godziwe warunki egzystencji. Niektóre czapeczki podobne do beretów, z włóczki były w kolorach zielono-czerwono-żółtym, przypominającym również etiopskie pochodzenie dumnych „afrykanerów”. Klimat typowy dla tych wysp sprzyja wypoczynkowi w zimie, gdy jest sucho i słonecznie. Od maja do października często padają deszcze i wieją silne wiatry.
Dżungla pokrywająca Grenadę, bogata jest w różnego rodzaju nieznaną mi roślinność o soczystej zieleni, agawy i kaktusy były mi znane. Ptactwo uwija się wśród kwiatów pracowicie. Papugi i kolibry wzbudzają najwyższy zachwyt. Gdzieniegdzie – głównie wzdłuż szosy – zbudowane są z byle czego domki, zamieszkałe przez tubylców siedzących na gankach i gapiących się na przejeżdżających turystów.
Rastafarianie, mieszkający na wyspie, częstują marihuaną , uważając ją za „ziele mądrości”. Piękne czarnoskóre kobiety dopełniały reszty... swoim widokiem, pobudzając wyobraźnię i …pożądanie .
Pozostały niestety, wspomnienia i rozbudzona wyobraźnia. W rytmie reggae i calypso... opuszczaliśmy przepiękną wyspę. Porozumiewaliśmy się po angielsku choć hiszpański jest dominującym językiem tubylców.
Jedna dobra, udana podróż, to wspaniały kapitał zadowolenia na wiele miesięcy wspomnień w kraju. Najpiękniejsze są spotkania z inną kulturą, innym światem i mentalnością. Warto pamiętać, że wyposażenie w wygodne sandały, aby nie ranić sobie nóg o skaliste wybrzeże - jest konieczne. Bawełniane koszulki, płócienny kapelusz, bermudy, krem ochronny z dobrym filtrem UV muszą uzupełnić wyposażenie turysty – żeglarza.

Rum Bacardi ok. 8$ za litr sprawia, że wszystko jest jeszcze piękniejsze!

cdn...

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
a-p-01.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
zbic_szybe_330.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  fontanna2.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.