Zawsze obieraj drogę najkrótszą, albowiem krótka droga jest naturalna.

Marek Aureliusz
Polska zawsze blisko
Środa, 22.03.2017 r.
Imieniny: Bogusława i Katarzyny

Polska na skróty


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Wyprawa na Karaiby - Jest jacht cz. 3

Andrzej Dysiński 2013-12-30
dysinski_a_70.jpgJest Jacht
Wrażenie kolosalne! Jest! Wreszcie JEST! Piękna linia, żagle złożone pionowo, wzdłuż masztu, przycumowany do nabrzeża!!!
Pelikany z chwilą naszego nadejścia, odlatują z masztu w kierunku następnego jachtu. Radość moja nie ma granic. Już widzę, że przygoda się uda znakomicie, a moje przykre przeżycia zostaną szybko zapomniane.
Z pod pokładu wychodzi zarośnięty pięćdziesięciolatek, budzący sympatię, ubrany w slipki, opalony, uśmiechnięty, krzyczący „how do you do?", no więc jesteśmy w domu! Powitanie serdeczne, od dziobu łodzi, z zakrytego plandeką pokładu podnosi się drugi pięćdziesięciolatek, ciemnoskóry „Trynidadczyk”, również szeroko uśmiechnięty. Obaj w luźnych nie „obowiązkowych” strojach, które od tej pory staną się także naszymi obowiązkowymi.

Nastrój szampański. Wracamy po nasze bagaże i pozostałych towarzyszy podróży. Wózek z bagażami już się zbliża. Rozładowujemy do łodzi manele i udajemy pewnych siebie żeglarzy, że... niby to od początku wiedzieliśmy jak się to skończy! Miny u Piątki niby zadowolone, bo przez cały czas podróży mieli nadzieję, że coś jeszcze się zdarzy o co mogli by mieć jeszcze pretensję, z czego mogli by nie być zadowoleni?
Cztery kabiny, ja z Leniem, bo tak prosiła Basia, żona Leszka, panienki razem, Paweł z Heniem i Jędruś Ch. z Jankiem W. Mnie, Benek przydzielił tzw. kapitańską o co panie miały już pretensje. W przyszłości okaże się, że przeciekała woda podczas sztormu, ale wtedy? Kapitan zrobił odprawę , powiedział co wolno, a co nie. Pouczył o warunkach panujących na pokładzie, zasadach zachowania w portach, zwyczajach, porach lunchu, używaniu wody do mycia, płukania, przygotowania kawy itp. itd.

Atmosfera się wyraźnie poprawiła. Nie było na razie powodów do narzekań. Kapitan z Benkiem udali się na ląd w celu omówienia podróży, my z chłopcami postanowiliśmy uczcić doniosłą chwilę przekroczenia barierki na jachcie i wysączyliśmy resztki przywiezionych trunków jako, że od tej chwili będzie obowiązywał regulamin zależności od kapitana!
Henio przychodzi powoli do siebie, ale widać jeszcze skutki obezwładniającej anginy. Pelikany ciągle zwracają naszą uwagę, bo są egzotyczne, jak na moje wyobrażenie i siadają na sąsiednich jachtach przyglądając się nam, co ciekawego i nowego wymyślimy.
Pierwszą myślą jest kąpiel. Paweł uruchamia dingi, czyli ponton z silnikiem i ruszamy z nowym znajomym Hektorem, pół km od brzegu i... do wody. Ciepła , wprost nieprawdopodobnie, około 28 stopni C. Spać nam się odechciało, więc wykorzystujemy już rozpoczętą przygodę. Paweł zabrał ze sobą okulary i rurkę, więc ogląda pod wodą dno i szuka ryb na śniadanie?! Niestety, woda mętna, ryb nie widać.
Wracamy niepocieszeni i głodni, ale przecież już nic się nie stanie złego do końca podróży?! Na łodzi nastroje sympatyczne, aż dziw, że po tylu dniach utyskiwań panie się uśmiechają a trzej panowie łaskawie raczą mnie zauważać.
Ale, że ja się muszę zawsze komuś narazić, więc pytam się głośno, kto ze mną na brzeg do miasta po zakupy? Cisza, wszyscy, prawie wszyscy zdziwieni, co to, jacht bez zaopatrzenia? Kapitan z Benkiem wracają po piwku. Dogadali się widać, bo uśmiechnięci! Trochę odetchnąłem. Rad nie rad wybieram się z Hektorem taksówką do miasta oddalonego o kilka km, aby poczynić odpowiednie zaopatrzenie na kilka dni. Trzeba zrobić zrzutkę, więc pytam czy są jakieś życzenia, - milczenie – co jest grane? Oni... mają swoje jedzenie, przywiezione z Warszawy! Konsternacja! Nie mówiąc, że kurewstwo! Na jak długo? Ja też mam specyfiki przygotowane przez żonę, ale to przecież są żelazne porcje na... żelazne czasy, kanibale... jacht zatonie!!? Tego się nie spodziewałem w najgorszym scenariuszu. Umawialiśmy się na zrzutkę po 100$ na tydzień!!! Egzotyczny świat, owoce, inny rodzaj piwa, nawet nieważne czy lepsze czy gorsze, tańsze trunki, napoje, soki? Nie wiemy, ile będziemy płynęli, a tu proszę... zaskoczenie. Oni mają ze sobą prowiant... na ile dni? Czy nie zabraknie na bezludnej wyspie...? Na razie nic nie mówię, zabieram się ugotowany i jadę z Hektorem, który nic nie rozumie, po zakupy. Robię je po swojemu. Wydaję ponad 200$.
Oczywiście jest w tym chleb, masło, piwo i napoje wyskokowe, rumy, „whiskacze” i coca cola, ryż, ryby, kurczaki, oliwa, soki, pomidory, banany, ananasy, mango, platany, pataty, woda do picia w pięciolitrowych pojemnikach, takich samych jakie znamy w Polsce. Taksówkarz jest jednocześnie ajentem do specjalnych „poruczeń”.

O wszystko go można pytać łącznie z dostarczeniem dziewcząt i „koki”.
To wszystko dzieje się w Wenezueli, kraju gdzie wprowadzany jest ustrój podobny do kubańskiego. Biedny i bogaty, zaniedbany i ze znamionami przepychu.
Hektor przygotowuje posiłek, składający się z ryżu, sosu pomidorowego i kurczaków w potrawce. Zgłodniali, zjadamy apetycznie w miseczkach, które są na wyposażeniu łodzi. Tymczasem na jachcie następują przygotowania do tankowania wody. Tylko 1140 l, oraz paliwa /oleju napędowego 540 l/. Podpływamy pod pirs gdzie stoją dystrybutory.
Niektórzy „załoganci” rwą się do roboty. Jeszcze tylko coś przejeść i w nieznane! Kapitan wytycza kurs na mapie, zaczynam się dogadywać, wykazuję zainteresowanie przyszłą trasą ustalaną komputerowo na mapie zgodnie z zasadami sztuki nawigacji. Wypływamy z zatoki, opływamy cypel na zachód i po przepłynięciu kilkunastu kilometrów kierujemy się na północny-wschód. Przed nami cel, pierwsza wyspa, Isla Margarita! Wypływamy po południu, przewidując dotarcie do następnej wyspy o godzinie 4-5, rankiem następnego dnia. Płyniemy na silniku oddalając się od brzegów Wenezueli, gdzie spędziliśmy dobę na nerwowym poszukiwaniu jachtu i jego załogi! Przygody z tym związane, nie były brane pod uwagę, ale wiadomo, podróże kształcą!

Około godziny 6-tej po południu, słońce chyli się ku zachodowi i zatapia w morzu, pokazując nam niepowtarzalny krajobraz! Kolorów nie podejmuję się opisać, przekraczają moją „bogatą” wyobraźnię. Jak z bajki i filmów oglądanych w telewizorze, teraz tego uczucia doświadczam na żywo! Paweł robi zdjęcia, panie i panowie też.
Wrażenie ogromne wpływa na uspokojenie nastrojów. Czyni ludzi dobrymi. Andrzej Ch. i Janek W. poklepują mnie po plecach wyrażając zadowolenie, pierwszy i chyba ostatni raz. Wychodzimy na pokład zabierając ze sobą po butelce /kształtnej butelce/ rumu, próbując znaleźć jego smak.
Leszek, Henio i Paweł siadają na dziobie łodzi i zaczynają opowieści. Dołączam do nich w ciemnościach, mimo zapalonych świateł na masztach.

Płyniemy po morzu i fali
Po oddaleniu się od brzegu, na silniku, pada komenda podniesienia żagli. Chłopcy rzucają się resztką sił /z których opadają w miarę używania złotych trunków/, do kabestanów i zapamiętale kręcą, a... żagle rozpościerają się nad głowami. Jaka frajda, to tylko można przeżyć, jeśli ma się potrzebę tego przeżycia! Poszedł grot, a za chwilę fok... i sto dwadzieścia metrów kwadratowych żagla nad głowami! Statek nabiera szybkości.
Takiej wspólnej radości nie przeżyliśmy razem chyba nigdy potem! Jachtem „bujnęło”, przechylił się na lewą burtę prawie o 45 stopni, kapitan podał szybkość, nie wyłączając silnika – 9 węzłów! Fachowcy poszli sprawdzić na zegarach – faktycznie „spidiometr” nie oszukiwał!
Potworny ryk z naszych gardeł, który temu towarzyszył, świadczył o ukrytych emocjach z tym związanych.
Muszę przyznać, że nie brakowało w tym i mojego głosu. Kapitan zadowolony, bo - wrażenie zrobił na wszystkich! Dostał swoją porcję piwa, ponieważ innych trunków nie używał. Tylko tak coś... trudno chodzić po pokładzie!
Jacht w przechyle, próbujemy się przebić z powrotem na przód łodzi. Wtedy Paweł przypomniał wszystkim, którzy utyskiwali na trudy podróży „…a nie mówiłem... pogadajcie ze mną o tym za dwa tygodnie?”
Usadowiliśmy się w końcu wygodniej, spuściliśmy nogi za burtę, niezgodnie ze sztuką żeglowania i zaczęliśmy snuć opowiadania. Jak wiele można usłyszeć i powiedzieć w takiej chwili! Czas nie płynął to my płynęliśmy! Henio cały czas dochodzi do siebie i chyba nie chce dojść, bo ciągle mówi, że jeszcze nie czuje obezwładniającej go woli alkoholu! Nikomu nie wolno drżeć przed nieznanym, ponieważ każdy otrzyma to, czego pragnie i co jest mu przeznaczone…

Siedząc na pokładzie, Leszek powtarza, że nie wyobrażał sobie takiej frajdy? Autentycznie widziałem go szczęśliwego!
Benek wykazał się, - nie powiem - znajomością rzemiosła, dzielnie brał udział w ustawianiu żagli, zwłaszcza, że jak się później okazało trzeba się …. znać, ale nie wymagało to w sumie dużych sił fizycznych, tylko umiejętności. Każdy uczy się po swojemu, sposobu wykorzystania nabytych doświadczeń.
Księżyc, który prawie natychmiast przejął kontrolę na horyzoncie, dawał przepiękną poświatę, stwarzając świat bajecznych kolorów. Fale połyskujące na tafli morza, iskrzyły wielobarwną gamą odcieni. Gwiazdy wyraźnie mrugały do nas filuternie. Nareszcie wolni od dręczącej nas niepewności!!!
W świetle tego niecodziennego widoku czuliśmy niepojętą tajemnicę otaczającego nas świata. Szum rozbijanej wody i bryzgi przelatujących przez pokład różnej wielkości strumieni studziło nasze już podgrzane ciała i rozpalone głowy. Wszechświat posiada duszę i ten kto Ją oceni pozna Jej wartość.

Siedząc na pokładzie odczuwałem potrzebę dzielenia się swoją radością z przyjaciółmi. Chmury które pojawiały się w niewielkich ilościach, stwarzały dodatkowe obrazy na tle gwiaździstego nieba. W nocy, widoczne światła na pozostawionym brzegu dopełniały reszty. Rozmowom i komentarzom na pokładzie nie było końca. Śpiewy solowe i grupowe w różnych odmianach rozbrzmiewały do północy.
Dinghy, przymocowana cumą płynęła za jachtem w odległości około 5 – 6 metrów. Za kołem sterowym po ustawieniu kursu siedział kapitan z otaczającą go grupą uczestników żądnych pierwszych wrażeń – poznawczych.
Dobrze wstawieni z Heniem spuściliśmy nogi na przechylonej łajbie i opierając się o relingi obserwowaliśmy rozbijane fale, oblewani od czasu do czasu bryzgami wody.
W pewnym momencie Henio, zauważył dwie duże ryby płynące równolegle z naszym jachtem w odległości około 3-4 metrów. Wrażenie ogromne !. Przyglądaliśmy się jak w poświacie księżyca wyskakiwały z wody na wysokość około dwóch metrów i trafiały z powrotem w to samo miejsce. Po pewnym czasie pojawiły się jeszcze dwa delfiny i wspólnie baraszkowały odprowadzając nas od brzegów Wenezueli. Temperatura około 28 stopni sprawiała, że siedzieliśmy w slipkach i nie czuliśmy potrzeby wycierania się po każdej następnej porcji chlapiącej wody. Delfiny opuściły nas około pierwszej... a może to my opuściliśmy... delfiny? W kajucie chrapał Leszek. Pokład opustoszał. Chrapanie dochodziło równo z każdej kajuty.

Na ławeczce kokpitu spał Paweł w szortach i koszulce bez okrycia. Benek siedział za sterem i czekał na zmiennika, śpiącego kapitana , który miał nas wprowadzić do portu na wyspie St. Margarita za około 3 – 4 godziny.
Zmęczony, nie wiem kiedy zasnąłem.
Obudziłem się przed 6-tą, kiedy Hektor spuszczał kotwicę w zatoce wyspy..
Pozostali turyści również długo nie spali. O szóstej robi się widno.
Przed nami rozpościera się panorama wyspy miejscami zalesionej. Widać budowane hotele i pensjonaty , niektóre zamieszkałe. Zatoka zaniedbana, kilkanaście jachtów różnej jakości.

Obok nowoczesnej budowli, dostrzegam krajobraz przypominający szałas, którego dach, oparty na słupach, wykonany jest z liści palmowych. Okrągły profil w kształcie parasola o średnicy około 30 metrów. Wewnątrz stoliki na wyłożonej deskami podłodze. Zadaszenie restauracji zaprasza swoją egzotyką. Wejście połączone plażą z morzem.
Zacumowanie jachtu w marinie wymaga natychmiastowego zameldowania przez kapitana, wszystkich członków załogi z paszportami w Office celnym, gdzie wbijane są wizy.
Po śniadaniu, wybieramy się na wyspę, pierwszą dla nas egzotyczną, gdzie będziemy dokonywać zakupów. Zamysłem w Polsce było dokonać zakupu kamer, aparatów fotograficznych etc., które zwrócą nam podróż !? Tak zwana strefa bezcłowa okazuje się biednym miastem z wieloma sklepami, gdzie ceny nie odbiegają od tych, które widzieliśmy w Caracas i w Europie.
Spacerujemy w czwórkę . Paweł ,Henio, Leszek i ja. Leszek biega z przygotowanymi prospektami po sklepach. Z Pawłem szukamy kawiarenki internetowej, aby przesłać pozdrowienia do najbliższych. Bez problemu znajdujemy i Paweł jako fachowiec, wchodzi na Onet w Polsce i... oglądamy polskiego „bin Ladena„ przekształconego z Macierewicza.
Spoglądamy na ekrany obok nas. Podobnych działaczy, mają również w innych krajach! Rozglądamy się z ciekawością po ulicach, gdzie rozłożeni kupcy oferują różne towary. Paweł zaprasza na sok z zielonych pomarańczy. Utrafiony pomysł, po dolarze za szklankę, smak niepowtarzalny, skwar dokucza.
Spotykamy pozostałą grupę szukającą bagażu na wyspie. Narada za naradą, ma Marylka wracać,- czy zostać? Problem przenosi się i na nas, ponieważ będziemy musieli podjąć solidarną decyzję. Już wcześniej proponowałem zrzutkę w przypadku nie nadejścia bagażu, którą podtrzymuję. Taksówka, którą przyjechaliśmy z mariny czeka w umówionym miejscu. Całe pięć dolarów amerykańskich.

Leszek namawia nas na jazdę jeszcze po innych dzielnicach Margarity, bo wierzy, że gdzieś musi być sklep z tanimi kamerami, które ma na prospektach. Jedziemy, po drodze kierowcy taksówki blokują hamulce, o mało co nie dochodzi do kraksy na krętych uliczkach wyspy.
Wracamy do mariny, gdzie spotykamy Benka i Asbjorna, wkurzonych, ponieważ biuro celne jest zamknięte, nie można dokonać odprawy i odpłynąć na rafy koralowe.
Jest piątek i urzędnicy wyjechali na wypoczynek!!! To jeszcze strefa wpływów pro komunistycznego rządu w Wenezueli propagującego rozwiązania systemowe Fidela Castro. Nie pozostaje nam nic innego jak szukać rozrywki na Margaricie!?

Dochodzimy do porozumienia z Pawłem i Heniem i idziemy do leżącej nad morzem tawerny, którą widzieliśmy z jachtu. Późne popołudnie. Zapraszamy po drodze Leszka, Hektora i Bena. Kapitan boryka się z paszportami. Pierwszy pobyt na wyspie. Uważamy, że należy go uczcić z szacunkiem i w dobrym otoczeniu! Miejsce odpowiednie. Zaczynamy od holenderskiego piwa Heineken. Atmosfera pełna relaksu. Opowiadamy prawdziwe i zmyślone historie ze swego życia, żartujemy z przygód, które już przeszliśmy i buńczucznie obiecujemy sobie, że teraz, to dopiero będzie wspaniale!!! Dobija do nas kapitan i mówi, że musimy pozostać na wyspie do poniedziałku. Przyjmujemy to oświadczenie z uśmiechem, bo tu... nam już dobrze!

Nasi towarzysze podróży, naradzają się i mimo zapraszania, omijają naszą enklawę. Przewidując, że przed nami sobota – nie wiadomo, czy czasem nie wolna – postanawiamy uzupełnić zapasy. Wydałem tylko dwadzieścia amerykańskich $ za 5 butelek whisky i rumu, który pomału zaczynał smakować, oraz dwie butelki dwulitrowe coca coli. Na wyspie w obiegu były również tzw. „boliwary”, których kurs wynosił za 1 dol. amer.— 700 boliwarów wenezuelskich. Pewne informacje być może przydadzą się innym „bohaterom żeglarzom”, próbującym posmakować tych rejonów świata. Koszty utrzymania kształtują się podobnie, jak obecnie w Polsce, o czym kiedyś nie można było nawet marzyć.

Towarzystwo w miarę upływu czasu wygłodniało i nie było odporne na propozycje pani właścicielki, hiszpanki, która przedstawiła menu składające się z owoców morza.
Zapytaliśmy czy to zjadliwe i po zapewnieniu, że wszyscy jej znajomi żyją, zamówiliśmy. Ciemności zapadają szybko. Szczęśliwi, nie pomyśleliśmy o naszych parach, obgadujących nas w zaciszu innej tawerny. Kapitan nas uspokoił mówiąc, że odwiezie ich w odpowiednim czasie na jacht.

Nie powiem, żeby „ frutti de Mare” nie było smaczne, może za dużo muszli, ale co tam muszle?!. Rozochoceni panującym nastrojem, wypijanym złotym trunkiem, nie zauważyliśmy braku kapitana, który w pewnym momencie nas opuścił. Na szczęście dinghy była przycumowana w wiadomym miejscu więc „spoko„.

Do naszego stolika zbliżyła się urocza /były coraz bardziej urocze/ czekoladka, proponując solowy taniec na plaży. Dziewczę było ubrane kuso, powiedziałbym bardzo kuso, ale przecież było gorąco, więc skąd to zdziwienie?
I teraz proszę sobie wyobrazić. Egzotyczna tawerna, morze, plaża, poświata księżyca, migocące gwiazdy, rozgrzane ciała po gorącym dniu, no i ten sympatyczny trunek buszujący w głowie. Co więcej trzeba, żeby stracić rozum i... nie tylko? Czy któremu z nas proponowano kiedyś... takie pofolgowanie wyobraźni?
Ben, najbardziej doświadczony w tym rejonie, patrzy na reakcje stryjka i jak gdyby daje do zrozumienia, że cioci nie powie, więc idź kuzynie i tańcz z nią do rana.
Łatwo powiedzieć, ale nie wykonać, chociaż - przecież życie jest jedno i „co cię nie zabije to cię nauczy” - jak powtarza Ben. Rozmowa kończy się na żartach.
Zbliża się godzina duchów, tawerna otwarta dopóki ostatni nie przestanie zamawiać! Prosimy o rachunek, który przynosi szefowa na tacy wraz ze szklaneczkami rumu z lodem i cytryną jako poczęstunek firmy. Koszt wspaniałej zabawy /to dla potomnych/ 95 dolarów amerykańskich. Na siedem oszczędzających osób /bo nie wiadomo co nas jeszcze czeka/ suma przyzwoita! Kasjerem byłem ja, bo podobno dobrze posługiwałem się hiszpańskim?!
Napiwek, a jakże, piątaka. Wracamy szczęśliwi, weseli... i śpiewający! Szukamy dinghy, która powinna być umocowana przy pirsie. Jakoś nam niesporo to idzie, bo wszyscy się upierają, że wiedzą gdzie, ale tak naprawdę to czy nie z drugiej strony wyspy?
Wreszcie Paweł przypomina, że brakuje kapitana! Hektor idzie go szukać i przepadają obydwaj! Benek proponuje wpław, tylko w którym kierunku? Piękna dyskusja!
Słyszymy zbliżający się śpiew po norwesku! Czy to aby On?! Okazuje się, że był najtrzeźwiejszy, dostarczył na jacht również wesołych towarzyszy podróży i wrócił rozochocony dokończyć dzieła. Ciągle powody do radości! Płyniemy i my, bo jutro, a właściwie dziś też będzie dzień.
Ledwo wchodzimy na jacht, ale wszyscy o własnych siłach. Paweł z Benkiem po rozebraniu na waleta skaczą do wody. Nie darowali! Idę spać czując się wspaniale!
Sobota, stoimy na kotwicy u wybrzeża wyspy Margarita. Obok nas zacumowały rankiem dwa piękne trzymasztowce. Andrzej Ch. wychodzi z kajuty z papierosem w ustach. Zakaz palenia w messie. Kilka uwag poprzednio wydanych nie pomaga.
Janek przy kuchence przygotowuje kawę dla zespołu pięknych pań. Paweł i Henio chrapią jeszcze w kabinie. Benek z kapitanem dyskutują na pokładzie.
Leszek siedzi przy stole pod pokładem i je zapasy przywiezione z polski. Hektor stara się przyrządzić śniadanie, ale teraz Leszek chce kawy. Ja też chciałbym, tylko nie mogę się dopchać do kuchni. Zaglądam więc do lodówki, aby napić się soku i niechcący potrącam butelki z trunkami. Słyszę głos Pawła, że on też by chciał na... kaca! Henio dochodzi do siebie po anginie, trzyma się dzielnie, również nie odmawia.

Leniwie przeciąga się pani B. Kokietuje Andrzeja Ch. prosząc o papieroska. Zaczyna się znowu piękny słoneczny dzień.
Śniadanie - „porridge” na mleku, płatki kukurydziane, kawa, bułki z masłem, niektórzy piwo od rana. Leszek skończył swoje i nie przerywając siada z nami ponownie kontynuować wspólnie przygotowane przez Hektora. Apetyty dopisują, nie mam doświadczenia ile to trzeba przygotować, aby wystarczyło dla każdego?
Po śniadaniu narada. Należy rozwiązać problem rozliczenia kosztów ponieważ przyjdzie nam się rządzić przez kilkanaście dni wspólnie.
Zaczynają się... schody! Panie stwierdzają, że one mają swoje jedzenie, więc nie mogą partycypować w... piciu naszego piwa! Już wypiły!!! Panowie towarzyszący również wyrażają dezaprobatę na wspólne jedzenie, oni sobie sami przygotują! Cholera, co jest grane? Benek w porozumieniu z nami zaproponował, po trzysta dolarów tylko na jedzenie zgodnie z wcześniejszymi uzgodnieniami. Około 100$ na tydzień od każdego. Po 250$ mieliśmy wpłacić a konto wypłynięcia jachtu z Tobago na Trynidadzie. Przepłynięcie do St. Martin, wykorzystanie kapitana, stewarda, eksploatacja łodzi, wejścia i wyjścia z mariny!?

Rozmowa staje się niejasna, kłopotliwa i dopiero na jachcie podczas rozmowy na temat pieniędzy panie wypłacają po 250$, i to jedna mnie, bo ma do mnie zaufanie, a druga Benowi ,bo on wzbudza większe! Promocyjny wyjazd po kosztach własnych nie mówiąc o dokładaniu przeze mnie, przy braku pieniędzy Bena robi się dramatyczny, nawet jak na promocję!
Założenie kosztów na 1500$ razem z przelotem miało swój sens pod warunkiem, że zapłacą wszyscy uczestnicy, a tymczasem podróż przed nami, a tu dalej problemy.
Wygląda na to, że najpierw panie były zdziwione, że wyprawa wydaje im się za tania, więc nie dały pieniędzy a konto, a teraz, kiedy są na jachcie nie poczuwają się do solidarnego ponoszenia kosztów.
Na razie wydaliśmy - Przelot samolotem – 680$, koszt pobytu w Wenezueli /hotel, busik do mariny/ po 60$, udział w wypłynięciu 250$, wspólne jedzenie na pokładzie 300$, założone wydatki na zwiedzanie – 60$, razem wynosi 1350$
. Przy założeniu zrzutki na kapitana /czuwanie 24 godz. na dobę i pomoc stewarda/, po 100$ od każdego uczestnika, pozostaje po 50$ na skromne uciechy na lądzie. W ten sposób proponowana i uzgodniona umowa kosztów wyczerpuje zobowiązanie, nie tylko dwóch tygodni podróży, ale trzech i w dalszym ciągu biorąc pod uwagę atrakcyjność wyprawy, jest promocją. Tyle podpowiada mi logika i zastanawianie się na jachcie nad przeznaczeniem wydatków czyni atmosferę delikatnie mówiąc, niesmaczną.
Paweł i Henio nawet nie komentowali, ponieważ uzgodnienia co do kosztów były omawiane wcześniej przed wyjazdem, a zostały zaaprobowane również przez panów z towarzyszącymi im paniami.
Tymczasem boczenie się i wyrażanie niezadowolenia psuje atmosferę wspólnej eskapady. W ten sposób dochodzimy do sytuacji, że... przygoda trwa!
Starania o wcześniejszy wyjazd w dalszą podróż wyspy nie przynoszą skutków. Towarzystwo Piątki ponownie wybiera się na wyspę, na lotnisko po bagaż i przedyskutowanie dalszego przebywania w naszym otoczeniu.
Postanawiamy również z Benkiem i chłopcami pójść na brzeg, aby sprawdzić miejsce, gdzie było nam dobrze wczoraj?. Piwo w tawernie smakuje, mimo gorąca, które nie doskwiera aż tak bardzo, jak się tego obawiałem w Warszawie.
Spotykamy powracających z lotniska uśmiechniętych współtowarzyszy zadowolonych z odzyskanego bagażu, no to już będzie dobrze myślę sobie i również radośnie się uśmiecham. Janek z Andrzejem proszą mnie i Benka na stronę, oświadczając, że przeanalizowali sytuację i postanowili dać po 300$ jako panowie, a panie po 150$ bo mają swój prowiant i... „znowu one tak dużo nie jedzą”. Benek po popatrzeniu na mnie, dyplomatycznie wyraża zgodę i panowie idą do pań, aby przekazać wynik negocjacji.

Widzę zadowolenie na twarzach i... zaczynają mi mówić po imieniu!
Wracamy na jacht, żeby naradzić się co mamy zrobić z tak pięknie rozpoczynającym się popołudniem? Postanawiamy popłynąć na niedługi rejs w miejsce, gdzie znajduje się wyspa tokujących pelikanów, fregat z nadmuchanymi balonami pod dziobami i... rafy, pierwsze rafy, które mieliśmy zobaczyć na własne oczy!
Atmosfera prawie szczęśliwości. Marylka częstuje łakociami z Polski, które już dłużej nie mogły leżeć w bagażu - bo i ryby nie chciałyby jeść. Oczywiście smakujemy ciasto własnego wypieku z należytym szacunkiem i popijamy... karaibskim piwem, znajdującym się jeszcze w styropianowym kufrze z roztopionym lodem.
Znowu płyniemy, frajda, żagle postawione, przechył nieduży, szybkość też bez silnika, „full luz”, jak mawia mój przyjaciel Paweł.
Podpływamy pod skalistą wyspę, na której widać wybudowaną niebieską kapliczkę z Matką Boską Karaibską.
Chmara godujących fregat z czerwonymi gardzielami, pelikanów i innych czarnych ptaków, których nazw nie znam, zalega wyspę, a przelatując nad nami znaczy nas swymi odchodami!
Janek zarzuca wędkę próbując złapać rybę. Pozostali wypływają na rekonesans podwodny oglądać rafy! Zakładamy maski i rurki, schodzimy pod wodę. Bajecznie!!!
Ryby przepływają ławicami nic sobie nie robiąc z naszej obecności.
Widzę na własne oczy, ten cudowny świat, który tyle razy oglądałem na małym ekranie, teraz jestem wśród nich, oglądając różnokolorowe stwory, nie wiem czy one są nawet rybami, bo takie dziwne monstrum?
Przepływają płaszczki, odrywając się od dna, co powoduje wzbijanie białego, piaskowego tumanu. Rafy koralowe zalegają całe połacie podwodnego, widocznego pod wodą horyzontu.
Na głębokości około 5 – 8 metrów widzę metrowe tuńczyki i błyskawiczna myśl przychodzi do głowy, aby zapolować!

Wracam na jacht namawiając Janka W. aby dał mi żyłkę to podpłynę i dam im „do powąchania pod nos”. Zamocowana linka na jachcie, kawałek kiełbasy na haczyku i płynę 30m szukając tuńczyków. Nie znajduję ich w tym miejscu w którym zostawiłem!? Widzę inne, których nie interesuje moja przynęta. Żyłka plącze się koło moich nóg i rąk utrudniając pływanie. Widzę Pawła zanurzającego się w poszukiwaniu dogodnego widoku dla swojej podwodnej kamery. Kieruję swoją uwagę na przepływające barakudy i chcę im podać zaoszczędzoną kiełbasę. Obojętnie mijają, mając żer koło paszczy. Sytuacja staje się ciekawa, bo nadpływają nowe ławice, które nęcę udaną troską o zaspokojenie ich głodu!

Niewygodnie pływać - ponaglany, przez czekających na obiad wędkarzy na łodzi – staram się jak mogę złapać przyzwoitego tuńczyka. Żyłka ciągle oplata mi, to ręce to nogi. W pewnym momencie szarpnięcie, coś pręży linkę i widzę jak od dna odrywa się jakieś brzydactwo, trzymając moją kiełbasę w paszczy. Nie zauważyłem kiedy schwyciła. Wychylam się nad wodę, wyplątuję się z żyłki i krzyczę żeby ciągnęli.

Czuję jak duma mnie rozpiera. Pierwsza egzotyczna zdobycz na Małych Antylach! Płynę za ściąganym przez Janka W. stworem. Podobno ryba, ale nie różni się niczym od wodorostu i to chyba w tym najgorszym wydaniu. O przygotowaniu z tej paskudy jakiegokolwiek posiłku mowy nie ma! Nie znalazł się nawet śmiałek, który by chciał „toto” zdjąć z haczyka! „Jak złapałeś to zdejmuj!”- śmieją się wszyscy z mojej zdobyczy.

Faktycznie czegoś podobnego, to nie widziałem nawet na filmach! W końcu zdecydowaliśmy się puścić „pierwszą złotą rybkę” do morza. Szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęcia.
Znowu do wody i na rafy. Podpływam do brzegu, chcąc się przyjrzeć bliżej tym tokującym pelikanom czy też fregatom? Podczas wychodzenia z wody napotykam olbrzymie skupisko ostrych kłujących, wielkości dużej dłoni jeżowców. Fale rzucają mnie na skały, pech dopełnia reszty, trafiam kolanami i rękami na...jeżowca, bezlitośnie wbijającego swoje kolce w moje ciało. Zadra ma to do siebie, że gładko wchodzi, natomiast spróbuj wyciągnąć!?
Zaraz nasuwają się pytania? Czy mamy jakieś „pęsety”, igły, lekarstwa, jak długo będę cierpiał, czy to nie koniec przygody, na którą tak długo czekałem?
Otóż jakoś nie wspominam tego incydentu tak groźnie, może te ukłucia nie spowodowały groźnych skutków, dlatego, że część kolców udało się jednak wyjąć.
Przestroga dla wszystkich żeglarzy. Miejcie się na baczności!

Henio, Benek i Paweł już na wyspie, na skałach. Leszek próbuje maski, ale mówi, że niewygodnie. Janek pomaga panienkom zejść do wody. Andrzej Ch. pływa rozkoszując się ciepłem wody, która unosi go na powierzchni jak piórko. Kapitan z Hektorem odpoczywają.
Wszyscy zadowoleni, jeszcze raz - chyba tak naprawdę!
Paweł nurkuje na głębokość około 10 metrów. Wraca ze zmienioną cerą. Ciśnienie robi swoje. Trzeba się dowiedzieć jak to z tym zanurzaniem tak naprawdę jest, aby nie zrobić sobie krzywdy. Wrażenia nie do opisania, przynajmniej nie przeze mnie. Widoki chłoniemy jak dzieci, wszystko nowe. Kolorowe rafy o różnym kształcie i wielkości. Podwodne groty budzące przerażenie. Różnice w głębokościach powodują, że zawracam na płytsze akweny.
Głębia odcina się kolorem ciemnoniebieskim, przechodzącym w granat, i jest widoczna na przestrzeni podwodnej do kilkunastu metrów.
Pływając, oglądamy życie setek ryb, roślin, ukwiałów, które falują wciągając pływające żyjątka w swoje olbrzymie rzęsy. Kolory tęczy z setkami odmian. Ukwiały zapraszają do zabawy, aby się znaleźć w ich objęciach - jak wachlarze.
Nieznane mi z nazwy rośliny wzbudzają podziw i szacunek dla cudu przyrody. Moje samopoczucie zadowolenia, pozwala zapominać o niedawnych problemach i kłopotach.
Kilka godzin spędzonych na rafach, odpowiada kilku godzinom opowiadania na pokładzie jachtu o swoich przygodach, gdzie się zbieramy, aby dopłynąć z powrotem do zatoki. Dobijamy na miejsce, tuż przed zmrokiem. Głodni wyciągamy zapasy z lodówki.
Wykładamy na wspólny stół, sądząc, że wzbudzimy zainteresowanie. Ale gdzie tam! Owszem zjedli nasze, wódkę wypili i znowu jakieś niezadowolenie? Dlaczego nie ma kolacji przygotowanej przez Hektora?
Opaleni, czujemy nagrzane ciała, które zaczynają grać już na inną nutę! Muzyka włączona przez Asbjorna z kompaktu, tęsknie zawodzi hawajskie melodie.

Po tak cudownie spędzonym dniu chciałoby się, co niektórym pomarzyć w rozgwieżdżoną noc. Z brzegu dochodzą również odgłosy, co prawda nie „tam tamów”, ale „reggae Cariean”, które wzbudzają zaciekawienie moich kolegów Pawła, Henia i Benka.
Leżę na pokładzie i patrzę na wschodzący malowniczo księżyc, oraz poświatę na niebie o kolorach żółtych, ciemno żółtych i jasno pomarańczowych! Prawdziwa lisia kita! Nie będę opisywał wzruszeń, kiedy kapitan wyczuł moje romantyczne nastroje i włączył melodie z filmu „Once Upon a Time in the West”, kompozytora Ennio Morricone. Melodie te stały się moimi przebojami pobytu na Karaibach. Kto chce niech wierzy albo nie, ale taki czas spędzony bez słuchania muzyki, pozbawia człowieka duszy!
Gdybym nie miał nadziei na przeżycie w taki sposób chwil, nie osiągnąłbym tego, co wydaje się nie osiągalne.
Kołyszący stateczek usypiał czujność i wpadłem... po kilku drinkach serwowanych tym razem przez Pawła... w przyjemny stan odurzenia.
Niestety nie wszyscy czuli potrzebę romantycznego spędzenia tych chwil na pokładzie! Sobota na wyspie!
Morskich wilków ciągnęło na brzeg!
Kapitan z Hektorem i Benkiem popłynęli w dinghy do odgłosów zabawy w tawernie nie opodal tej, w której spędziliśmy poprzedni wieczór.
Zapadłem w sen marząc o dżungli, rafach i... karaibskich nimfach.
Przebudziłem się w nocy, słysząc przeraźliwie zniekształcone polskie pieśni patriotyczne, dobiegające gdzieś z oddali. Kiedy spałem, snem sprawiedliwego, Benek wrócił po Pawła i Henia uważając, że stryjka należy oszczędzać i popłynęli sami... oglądać czekoladki nocą, kiedy tańczą i śpiewają na plaży! Powrócili rozbawieni i szczęśliwi, nie licząc się z faktem, że obudzili stryjka! Do rana nie było spania.
Przed świtem kąpiel w morzu – woda w zatoce nie była brudna, a ciepła – i dopiero po tym, kilka godzin snu. Kapitana nie było nadal.
Świtu nie oglądaliśmy. Niezadowoleni współtowarzysze przyrządzili sobie śniadanie nie oszczędzając sobie niczego. Po przebudzeniu w niedzielę zauważyłem, że wszystkie jachty spokojnie stoją na kotwicy, tylko ilość się zwiększyła, widocznie w nocy dopłynęły.
W lodówce niewiele zostało z zapasów, które zrobiłem w Comanagoto w Wenezueli. Kawa podana na pokładzie przygotowana przez Henia smakowała wyśmienicie. Goście sami sobie musieli przygotować, ale żeby tyle zjeść? Mleka nie ma, bułki. masło, płatki, konfitury, cholera trzeba uważać, wprowadzić kontrolę czy co?
A rozliczenia nie dokonane?. Wspólny rejs może okazać się „wyspą... Big Brothera” Chłopcy zaczynają opowiadać wczorajsze przygody. Zabawa w tawernie z dużą salą do tańca na powietrzu, stolikami na konsumpcję piwa i potrawy a la „frutti di Mare”. Spotkali kapitana bawiącego się w towarzystwie damsko – męskim znajomych, których na szlaku się poznaje często, nie wiedząc „who is who?”. Wypite piwo robi swoje.

Kapitan ma charakter wilka morskiego. Dwadzieścia pięć lat pływania w tym rejonie, czyni z niego tubylca. Norweg z pochodzenia, wagabunda z natury. Jacht jest jego domem. Zmiany jachtów zwiększają doświadczenie życiowe. Wrażenie jakie sprawia po trzeźwemu budzi szacunek. Natomiast alkohol miesza pojęcia i wywołuje skutki niepowtarzalne.
Tym razem również to, co mu się przydarzyło mogło być tragiczne w finale!
Nadużywając piwa, nie zauważył, że czekoladka którą zaczął uwodzić, ma męża i jest to... żona właściciela tawerny.
Alkohol, połączony z potrzebą miłości naraził go na awanturę, która skończyła się wyrzuceniem z tawerny, z hukiem, dosłownie z hukiem. Pan włości wyjął dubeltówkę i parę razy strzelił w kierunku naszego przyjaciela, który to, wyskoczył przez barierkę prosto na skałki i potoczył się na plażę, gdzie poturbowany zasnął.
Po przebudzeniu przyszedł ponownie na piwo i dokończył libację z właścicielem całując się już nie z jego żoną ale... z nim samym. Po południu dotarł do łodzi lekko porysowany na twarzy i na rękach oraz jak się odsłonił również na plecach i nogach!
Dobrze, że nie musieliśmy płynąć tego samego dnia w morze!
Nie patrząc na świętą niedzielę, Janek W. uparł się, że złapie rybki na przekąskę. Pod warunkiem, że ktoś je wypatroszy. On tylko łowi. Zadeklarowałem swoją pomoc, bo ciekawość mnie nie opuszczała, a i interes miałem jako, że mniej czasu mieli na plotkowanie o marnowaniu czasu na postój w zatoce. Tyle się dzieje, a oni znudzeni dwudniowym postojem w jednym miejscu?!
W ciągu godziny złowił 12 rybek z długimi „dziobami”, które musiałem obrać i z przyjemnością usmażyliśmy na oleju, po czym również z przyjemnością zjedliśmy.
Dzień upłynął na dyskusji o celu wyprawy. Jakie dalsze plany? Czy co dzień będą rafy, co będziemy jedli, kto będzie gotował, bo do gotowania to my, panie/... nie przyjechałyśmy do pracy/. Panowie z Piątki również nie będą sprzątali bo... w domu też nie sprzątają?!!!
A wszystko - dyskusja - przed uregulowaniem umówionej kwoty pokrywającej koszty podróży! Benek dwoi się i troi, aby wyjść z honorem przed Asbjornem, któremu obiecał jakieś pieniądze za bądź, co bądź pracę dwadzieścia cztery godziny na dobę z wyjątkiem przerwy... na podrywanie żony wczorajszej nocy w knajpie nad morzem!

Hektor utrzymuje porządek, choć skarży się, że nie może nic zrobić w kuchni z powodu natłoku kucharzy. Przyznam, że ja też lubiłem zajrzeć i serwować sobie, a i... kolegom kawę z rumem... lub zimne napoje.
Na postoju w zatoce Margarity miałem okazję zapoznać się z kapitanem i Hektorem. Ciekawi ludzie, różni ,a jednocześnie umiejący wspólnie spędzać czas nie nudząc siebie ani otoczenia. Przebywanie w tak małym pomieszczeniu powoduje stres wynikający z ograniczonej przestrzeni. Na twarzy zawsze mieli uśmiech, no... może za wyjątkiem późniejszych doświadczeń!
Niedziela upłynęła na wypoczynku, spaniu w ciągu dnia, po niedospanych nocach. Próby gry w bridża, przyniosły dyskusje o różnym poziomie „ graczy”. Pouczające jak dużo można się nauczyć o kulturze intelektualistów grających profesjonalnie! Nie przewidujący porażki spece mocno się dziwili, że normalne ich przewidywania co do licytacji czterech pików - zawiodły?! Czekaliśmy na wyjście z portu na następne wyspy i laguny oraz na wreszcie... „Taaaką Rybę”, którą można by zjeść!

W poniedziałek po dokonaniu zakupów i odprawie wypływamy przed południem. Kapitan wie co robi. Najbliższe miejsce postoju... Grenada - Wyspa Dżungla, o której nic nie wiemy prócz kilku wspomnień o... budowie przez kubańczyków lotniska dla potrzeb armii Związku Radzieckiego!!! Oczywiście w czasie przeszłym. Interwencji amerykanów po zatrzymaniu 21 studentów amerykańskich kręcących się koło tego lotniska, przez władze wyspy sprzyjającej Fidelowi, odzyskaniu wyspy dla potrzeb USA, aby odbyły się w miarę demokratyczne wybory. Z taką to wiarą wyruszyliśmy na 36 godzinną wyprawę, aby następnego dnia wieczorem lub następnej nocy przybić do najpiękniejszej i egzotycznej wyspy Karaibów! Podróż zapowiada się wspaniale. Pogoda piękna. 28 – 30 stopni C. W dzień i noc ta sama temperatura. Mamy do przebycia około 80 mil otwartego morza między Margaritą, po drodze wodnej wzburzonej przejściem tornada u wybrzeży Bahama.

Zarzucone wędki, a właściwie żyłki z haczykami kupionymi na wyspie mają zastąpić prawdziwe harpuny! Do wieczora wszyscy na pokładzie, niektórzy próbują sił za kołem sterowym, inni rozwijają żagle, pozostali trzymają się relingów, ponieważ przechył jachtu jest niepokojąco duży. Kapitan tłumaczy że łódź jest niezatapialna, tak wyważona, że 45 stopni jest dopuszczalne!!! Znowu popis, 8 – 9 węzłów z silnikiem! Opuszczamy zatokę po lewej stronie kierując się na północ w kierunku Atlantyku i wyłączamy silnik.

Przytoczę kilka szczegółów dotyczących wysp, które szczęście pozwoliło nam zwiedzić:
Grenada
Powierzchnia 345km2, stolica Saint George,s, 4.6 tys. mieszk., liczba mieszkańców wyspy 89tys., język urzędowy angielski, waluta dolar wschodnio karaibski, religie: katolicy (53%) anglikanie, adwentyści, metodyści pozostali po 3-14%.

Saint Vincent i Grenadiny
Wyspy rozrzucone na północ od Grenady i na wschód od Barbados. Stolica Kingstown. Często niezamieszkałe, pochodzenia wulkanicznego z egzotyczną florą i cudownymi rafami, czystą krystaliczną „słoną” wodą, ganiającymi krabami po plażach i nabrzeżnych kamieniach, koralowymi usypiskami plaż i kokosowymi palmami. Dziesiątki wysp nieznanych nazw, niezapomniane zatoki, wrażenia poznawania cudów natury!!! Powierzchnia 389km2, liczba mieszkańców 117tys. Monarchia konstytucyjna, język angielski.

Saint Lucia
Powierzchnia 616 km2, liczba mieszkańców164 tys., ustrój , monarchia konstytucyjna, jak poprzednie wyspy, stolica Castries.

cdn...

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
album-3.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mlynarski.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1275055.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  16090_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.