Zawsze obieraj drogę najkrótszą, albowiem krótka droga jest naturalna.

Marek Aureliusz
Polska zawsze blisko
Środa, 22.03.2017 r.
Imieniny: Bogusława i Katarzyny

Polska na skróty


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Wyprawa na Karaiby - Lecimy cz. 2

Andrzej Dysiński 2013-12-30
dysinski_a_70.jpgLecimy
Najważniejsze, że bilet jest, lecimy tym samym samolotem, trzeba być przygotowanym na... następne niespodzianki, cholera ale jakie? Teraz już wiem.
Panie i panowie mili, atmosfera nijaka, bo wszystko przed nami, odprawa bez problemów - choć bagaże wyładowane jeszcze nie wiem czym - ale się dowiem - mam nadzieję, że nie będzie kłopotów na granicy holenderskiej i wenezuelskiej.
Lot do Amsterdamu przyjemny bez zakłóceń. Śniadanie na pokładzie polskiego samolotu smaczne, zapotrzebowanie na rozprężenie daje znać. Benek pierwszy zasypia.
Około 2-ch godzin lotu, -oddycham-. Paweł siedzący z Benkiem z tyłu za mną i Leszkiem nachyla się i mówi „...zobacz, nasi współtowarzysze się integrują a my co?...„
My też -... rozpoczęliśmy integrację. Kubki zostały po kawie, więc sięgnąłem do żeglarskiej torby i... rad nie rad rozlałem pierwszą „szkocką”, bo na takie się nastawiliśmy.
Benek - budził się zawsze punktualnie - podczas rozlewania. Leszek i Henio siedzący przed nami nie odmawiali. Pomału zapominałem o trudach nie przespanej i nerwowej nocy.

Lotnisko w Amsterdamie powitało nas deszczem. Rozległe kilkanaście pasów startowych wyglądało z góry jak ośmiornica. W środku przestronne hale robiły wrażenie przemyślanego - dla wygody pasażerów – dworca lotniczego. Ciągnące się setkami metrów taśmociągi umożliwiały przemieszczanie z jednego wyjścia - na inną odprawę.
Stoiska w strefie bezcłowej kusiły ekskluzywną zawartością półek. Zainteresowały nas sklepy monopolowe z różnokolorowymi butelkami whisky i... Smirnoffa.
Leszek S. rozglądał się za aparatami fotograficznymi i ciuchami. Panie i panowie trzymali się razem i tylko godzinkę posiedzieliśmy razem na ławkach czekając na odlot do Caracas próbując wypić piersiówkę koniaku zaproponowaną przez Janka W. Ponieważ było nas siedmiu chłopa, proponowałem, aby pić po... nakrętce!? Pierwszych trzech, owszem zachowało umiar, ale nie... Andrzej Ch., który o mało nie naraził nas na szukanie lekarza, bo pociągnął z gwinta i się... zakrztusił!

Propozycje Pań, aby wybrać się na przejazd po mieście, nie znalazły poparcia i rozeszliśmy się po porcie lotniczym w poszukiwaniu kawiarenek internetowych i kawy.
Pomyślałem sobie o małym podręcznym termosie przygotowywanym na takie okazje przez moją żonę Bożenkę.
Około 14-tej szykujemy się na odprawę do Caracas. Słyszymy coraz częściej mowę hiszpańską, szkoda, że ani w ząb nie rozumiem. Cyferki i literki na biletach wskazują, że stoimy przed właściwym „pirsem”.
Wsiadamy do ogromnego Jumbo Jeta zabierającego około 360 pasażerów.
Kołowanie i odrywamy się na wyprawę mojego życia. Lot odbywa się pod znakiem poznawania towarzyszy podróży.
Leszek siedzi koło mnie i zaczyna o tym jaki to on turysta gdzie nie był i co nie widział. „..ale bracie rozumiesz, Australia, Grecja, Niemcy wszystko mam zaliczone... tylko czy na tym morzu gdzie będziemy pływali nie ma piratów, czy nas nie strącą, a jak jest z tym wąglikiem, bo rozumiesz teraz jest wojna?!” Jakoś będzie, mówię – i myślę - gdybyś kolego wiedział, co ja przeszedłem ostatnio z Benkiem i kompletując załogę, to chyba by Cię z nami nie było.

Jego żona Basia, przed wyjazdem nakazała mi, abym się nim opiekował, więc słowa dotrzymuję. Leszku, wypij z tej styropianowej szklaneczki, poczujesz jaki świat jest piękny, zobacz na swojego kolegę Jędrusia Ch. jak czule częstuje panią Bożenkę koniakiem z piersiówki. Paweł również nie zasypuje gruszek w popiele, nie nadążam nalewać.
Henio siedzący z przodu też nie odmawia, a Benek z wyczuciem, przebudza się w odpowiednim czasie. Podróż przebiega w atmosferze - już przygody. Przed nami 9 godzin lotu. Po jakimś czasie zmęczenie daje znać o sobie, ja również czuję, że ogarnia mnie senność. Pod nami wybrzeże holenderskie, angielskie i wreszcie Atlantyk. Chmury, pięknymi puszystymi pióropuszami, rozpościerają swoje wachlarze, jakby chciały, aby się w nich nurzać. Pędzimy na południowy zachód, na spotkanie wielkiej przygody, która mam nadzieję, nie zawiedzie, mimo wszystko moich intuicji, przeczuć i marzeń.
Lot przez Atlantyk jest zawsze przeżyciem, poprzednie doświadczenia podczas podróży do Ameryki w 1973 r. dostarczyły mi podobnych emocji. Obecny był o tyle donioślejszy, że przypominał zagrożenia z 11.września 2001r. w Nowym Jorku.
Temat w tym czasie żywy nie tylko u Leszka S. ale i na ustach innych uczestników podróży. Posiłki na pokładzie serwowane przez przystojne stewardesy smakowały apetycznie. Propozycje Pawła, aby nie zaniedbywać swoich obowiązków organizatora i uzupełniać wypłukane styropianowe kubki, zmuszały mnie do czuwania, czy aby nie grozi nam niespodzianka i wybuch jakiejś nie kontrolowanej epidemii.

W miarę spożycia, oczy wypatrują obiektów na których mogłyby spocząć i dostarczyć dreszczy nowych wzruszeń. Nie powiem są... i to niedaleko! Ciemnoskóra- chyba Wenezuelka, Consuela o trudnym do wymówienia nazwisku. Spogląda również w naszą stronę – ale czy myśli podobnie jak my? Alkohol rozgrzewa i dodaje animuszu. Chyba to już wszystkie zmartwienia... za nami? Próbuję rozmowy – wszystkie starania na migi - bo ona nie rozumie po angielsku, a ja po wenezuelsku. Ale co było pół godziny uciechy to było! Sympatycznej !
Spacery po samolocie owocują w otrzymaniu talii kart do brydża od stewardesy. Lenio je - po cichutku konfiskuje -bo to on lepiej gra-! Nie rezygnuję i idę po następne, ponieważ do brydża potrzebne są dwie pary? Ale to Lenio potrzebuje dwie pary? Nie ukrywam, że ja też bym chciał dwie talie!? Niestety stewardesy już nie znalazłem, chyba mnie unikała?
Lot się dłuży, chłopcy pogrążeni w oczekiwaniu, pytają czy aby lecimy w dobrym kierunku.? Temperatura na zewnątrz minus 50 stopni C, słonecznie, skrzydła lekko oszronione, turbulencje od czasu do czasu wywołują popłoch, ale rozgrzane dusze nie reagują za mocno.
Wreszcie pada komenda proszę wypełnić meldunki wizowe, deklaracje i przygotowanie do odprawy celnej! Jak zwykle w takiej sytuacji pytania Leszka co można przewieźć, a co nie, bo on ma trochę kaszy i sera i wędliny i mleka, bo rozumiesz ja muszę popijać lekarstwa! OK.! Wyglądamy przez okienka, zmierzch zapada szybko, w dali widać wzgórza i światła zbliżającego się lądu. Ale jachtu ... nie widać!???

Caracas
Samolot ląduje, zaczynam z radości bić brawo, ale nikt nie podchwytuje, ja nie ustaje no i wreszcie sympatyczne zrozumienie, dotknęliśmy kołami pasa startowego!
Wychodzimy do rękawa w którym temperatura około 30 stopni! Zbieramy się wszyscy, liczymy, nikogo nie brakuje, więc do odprawy.
Odbieramy bagaże, okazuje się, że nie wszyscy. Pani Marylka zapomniała nadać wszystkie walizki, - ta z piżamą i pastą do zębów nie przyleciała - ! Problem następny, Ona wraca do Polski! Przecież nie będzie spała bez piżamy?
Dworzec lotniczy, jakby niedokończony. Cały w betonie, szary smutny, nie za czysty. Rozliczni taksówkarze na wzór warszawski nas nie odstępują. Po chwili się zorientowali, że nie wiemy gdzie jesteśmy i służą nam radą, której ni w ząb nie pojmujemy.
Wreszcie po kilkunastu minutach, kiedy jesteśmy pewni, że nikt po nas nie wyjechał, zastanawiamy się co z tak pięknie rozpoczętą podróżą począć, poddajemy się czarowi właściciela busa i jedziemy szukać przystani tutaj zwanej -mariną.
Uzgodniliśmy za 35$ - mimo, że chciał 45$ - perswazje Pawła i Benka, że będzie nas woził jeszcze kilka dni,- bo zostajemy na dłużej - pomogły.!
Noc już jest od kilku godzin - orientacja nasza równa się zeru - co jest gdzie -?
Szukamy taniego hotelu - bo przecież jutro rano wsiadamy do jachtu - więc po co nam luksus? Panie i Panowie nie zadowoleni, bo bagaż zaginął - co za organizacja?
Odwiedziliśmy pierwszy hotel, nie podobał się ponieważ był daleko od morza... no i cena 100$ od osoby? Szukamy informacji,- gdzie nasz jacht - nikt nie może nam powiedzieć czy w ogóle jest jakaś „Marina”? Wreszcie dojechaliśmy do... nawet sympatycznego hotelu przy aplauzie doradców, co należy robić w takiej sytuacji, kiedy nie ma czekającego kapitana na lotnisku!?

Utargowaliśmy ze 175$ na 145$ za wszystkich i wybieramy apartamenty. Panie i panowie z Leszkiem mają dwa pokoje a my pozostali półtora łóżka. Temperatura 32 stopnie. „Air condition” na szczęście działa – głośno, bo głośno - ale działa.
Paweł i Benek idą w miasto szukać kapitana, bułek i... szczęścia. Telefony komórkowe nie działają, bo inne „nastrojenie” i komórka kapitana nie odpowiada.
Do pisania wspomnień potrzeba weny twórczej, piszący te zdania musi wracać pamięcią dość skrupulatnie, aby nie umknęły momenty, które mają wpływ na zrozumienie dalszych losów... coraz lepiej rozwijającej się eskapady.
Godzina 23-cia czasu już tropikalnego. Chłopcy wracają smutni, bo żadnego kontaktu z łodzią nie ma. Henio dobrze zapowiadający się partner, proponuje wino, bułki i penetrację zawartości bagaży.
W sytuacji poprzednio opisanej, moje nerwy są na granicy rozpaczy i takie zachowanie przyjmuję jako błogosławieństwo.
Stałem się mimowolnie podczaszym. Piątka robi gest i zaprasza do siebie pierwszy raz od początku podróży. Idziemy ze swoimi produktami plus świeże bułeczki francuskie. Atmosfera rozluźniona niesie ze sobą nadzieje i wyrozumienie dla przyszłych wspólnych przeżyć na łonie natury.
Kiełbasa, sery, owoce i alkohole przywiezione z Polski mają powodzenie wskazujące na solidarność i integrację w trudniejszych sytuacjach na razie... w konsumpcji. Temat znalezienia łodzi jest ciągle na ustach Pań i Panów z „Piątki” łącznie z Leszkiem – jakby coś, co się koło nich dzieje - rozumieli???
Nasze zachowanie wstrzemięźliwe, choć w czwórkę zaczynamy się porozumiewać bez słów. W końcu czas na spanie. Chłopcy biorą kąpiel pod prysznicem, ja obserwuję Benka, który swoim - już przeze mnie poznanym zwyczajem, udaje spokojnego - „...wujku wszystko będzie w porządku....” - . Robimy przygotowanie do spania, przysuwając łóżka obok siebie pośrodku krzesła i ciągle jeszcze coś przepijając kładziemy się spać.
Klimatyzacja ciągle hałasuje. Około trzeciej budzi mnie natarczywe chrapanie. Nie mogę spać. Melatonina nie pomaga. Postanawiam wziąć prysznic. Po cichutku nie budząc nikogo idę do łazienki i z przerażeniem widzę pięć karaluchów wielkości kciuka myszkujących po koszu od śmieci kierujących się w stronę naszych bagaży!
Próba polowania się nie powodzi, ponieważ one są gospodarzami terenu. Zabezpieczam jednak pozostały prowiant, bo nie wiem, jak długo przyjdzie nam z niego korzystać.
Napięcie nerwowe nie pozwala zasnąć. Rano budzą się bohaterowie wyprawy i pierwszą decyzją jaka zapada jest stwierdzenie Henia, że tak naprawdę to my już jesteśmy od kilku godzin w rejsie, a to... należy uczcić butelką dobrego wina! Pogoda ducha wraca, tylko niepewność naszych dalszych losów jest pod znakiem zapytania.
Pawła i Benka wysyłamy znowu - w poszukiwaniu utraconego raju, zbawczej arki Noego, a sami próbujemy łączyć się z Warszawą, aby dowiedzieć się o bagaż P. Marylki. Połączenia telefoniczne nie działają, chyba mamy złe kody telefonów, nie znamy ich – Wenezuelczyków, ich dialektu angielskiego, nie wiemy jak się połączyć?
Wreszcie, wykorzystując telefon Pawła, a Henia kartę, udaje się połączenie z córką Marylki z Poznania, która ma zadanie, zrobić wywiad w Polsce i odszukać bagaż.
Spacer po mieście z Heniem obfituje w nieznane mi dotąd wrażenia. Ten pogodny i cichy z pierwszego wrażenia, miły i uprzejmy człowieczek, wykazuje luzackie zachowanie wzbudzające zaciekawienie i szacunek. Moja niechęć do spacerów przeradza się w poszukiwania egzotycznego krajobrazu w podmiejskiej dzielnicy Caracas, w której wieczorem się znaleźliśmy. Po drodze nie stroniąc od piwa, które Henio dostrzegał w każdym sklepie, stawiał, ja nie mogłem odmówić, poszliśmy w górę ulicami, ubrani w bermudy do kolan, pierwszy raz w życiu je założyłem. Żar z nieba zaczął dokuczać niemiłosiernie.
Robiąc zdjęcia koło ogrodzenia domostwa, przytulając przepiękny kwiat, którego nazwy oczywiście nie znałem, naraziłem się kobiecie, wychylonej z okna. Zwróciła uwagę myśląc, że chcę go zerwać.
Z uśmiechem przeproszenia i wytłumaczeniu, że my szanujemy kwiaty, pani w dalszej rozmowie opowiedziała nam historię swojego losu, który rzucił ją na tą ognistą półkulę - kwiaty były bardzo czerwone.
Okazało się, że korzenie poznanej pani sięgają Lublina, z którego w czasie II wojny światowej, musiała uciekać jako dziecko, przed dostaniem się do obozu w Majdanku.
Powracając do hotelu, który był zarezerwowany do 14-tej, napotkaliśmy wracających Pawła i Benka. Miny mieli spuszczone, więc adrenalina znowu mi podskoczyła.
Niemniej trzeba szukać rozwiązania. Pamiętam, że przed wyjazdem, kiedy zacząłem podejrzewać Benka, że nie wszystko z tego co mówi jest wiarygodne, a nie było odwrotu od realizacji wyjazdu, napisałem „maila” do Asbjorna, informując go o naszym wyjeździe. Uzyskałem wtedy potwierdzenie, że mimo nie dogadania się z Benkiem, wypłynie z Trynidad do Caracas, co upoważniało mnie do kontynuowania przygotowań do podróży.
Tylko do cholery gdzie on teraz jest ???

W hotelu sytuacja napięta. Nikogo z organizatorów nie ma. Piątka siedzi na walizkach przed hotelem. Wczorajszy kierowca busika czeka na kurs, tylko nie ma decyzji gdzie jechać? Wreszcie telefon do recepcji! „ Missy B of Oslo” stoi w „Marina Comanagoto” w połowie drogi między Trynidad, a Caracas, tylko 600 km !!! Uff! Coś prawdy jednak jest w tym, co mówił Benek! Radość tonowana tym, że... przecież od początku wiedzieliśmy w jakim temacie się poruszamy!!!? Nie oszczędzono nam przy tym uwag, że Piątka straciła pół dnia i jeszcze nic nie widziała???. Mogli przecież zaplanować wycieczkę na słynne wodospady! Odległe, co prawda o 1000 km drogi i tylko samolotem w jedną stronę - ale co to dla nich – to, że... nie umieli się porozumieć w sprawie bagażu?!
Teraz czeka nas tylko wybór rodzaju komunikacji i już, już... jesteśmy u celu. Szukamy odpowiedniego, taniego, wygodnego! Pierwszy, wczorajszy, chce od nas 400$, - drogo! Chłopcy znaleźli tańszego za 150$!
Kiedy mamy się ładować, słyszę kłótnię pomiędzy wenezuelskimi kierowcami, domyślam się walki o konkurencję. Znowu problem. Tańszy odjeżdża , pozostaje droższy. Chłopcom, - nie honor - nie chcą droższego. Szukamy dalej. Henio już dobrze na rauszu podjeżdża dwoma taksówkami, obie zdezelowane, wody trzeba już dolewać do chłodnicy a co w drodze, jak daleko…?
Panienki wściekłe, one nie jadą! Henio rechocze, Paweł też wesolutki, Benek z radości, że się wykazał odpowiedzialnością? – znalazł jacht, pije następne piwko, które stawia Henio. Mam również swoje powody, aby nie być najmądrzejszym. Z radości, że wiem trochę więcej o łódce, częstuję Panów z piątki dla rozprężenia „whiskaczem”.
Zatrzymujemy przejeżdżającego busa, Paweł najtrzeźwiejszy, uzgadnia cenę na 250$. Kierowca, ma przyjechać o godzinie 17-tej, - o 18 -tej już robi się ciemno! Czekamy. W pół do szóstej nikogo niema ! Adrenalina rośnie, panienki wściekłe!
Panowie nie oszczędzają sobie na docinkach, jacy to my nieudacznicy, co za organizacja? Oni poświęcają swój czas na urlop i wypoczynek, a tu co? Wreszcie jakiś ładny busik pojawia się na ulicy przed hotelem, którego tym razem ja zatrzymuję. Zdecydowany jestem pertraktować do skutku! Chce jeszcze drożej, bo blisko 450$? Po dyskusji, schodzi na 300 $ i... ładujemy bagaże. Radość chyba już ogarnia wszystkich, no ale gdzie ta Comanagoto???
Okazuje się, że około 600km od Caracas na wschód, jeszcze trochę za Barceloną! Cholera gdzie ja jestem?

Po drodze jedziemy na lotnisko, aby dowiedzieć się o bagaż Marylki. Na ulicy spotykamy poprzedniego kierowcę z którym Paweł uzgodnił 250 $ za przewóz!
Nasz kierowca zatrzymuje się i wypłaca temu pierwszemu 50 $ za pośrednictwo. Ponownie kłótnia, doprowadzony do stanu wrzenia, próbuję wyskoczyć, - aby się wtrącić - chłopcy przytomnie ratują od... międzynarodowego skandalu!!! Uff,... znowu ruszamy.
Lotnisko obsadzone przez wojsko, nie wolno się zatrzymywać. Marylka zostaje!??? Proponujemy kierowcy kilkakrotne okrążanie, pomaga. Paweł i Benek asystują Marylce i krążymy trzy razy. Po czym ich zabieramy i jedziemy do krainy,... skąd już tylko szczęście może nas spotkać!
Ciemność nas otacza od dobrej godziny. Przedzieramy się przez miasto Caracas, stolicę Wenezueli. Prawie dwugodzinna jazda w tłoku ulicznym, deszczu, przy akompaniamencie utyskiwań ze strony Piątki, - jaka to organizacja? To wszystko prawda, - tylko co jeszcze przed nami?
Po obu stronach rozpościerają się wzgórza z kaskadą świateł, domów oświetlonych, jak robaczki świętojańskie, padający deszcz nie pozwala na podziwianie widoków, ale tak naprawdę to nie ma i amatorów.
Rozpoczyna się robocza część imprezy w podróży. Paweł, którego nie poznaję, wesoły, jak nigdy, Henio biedny, skulony,- złapała go angina, pani Bożenka jedzie obok kierowcy i karmi go po drodze, aby nie zasnął, Lenio milczący, bo co on tu robi? Tylko Benek odzyskał samopoczucie, bo on wie najlepiej, co przeżył tak naprawdę! Janek W. z Jędrusiem Ch. wyciągają piersiówkę i zaczynają ucztę. Marylka siedzi z boku i cierpliwie słucha rozpoczynających śpiewy, Pawła i Benka, którzy na zmianę atakują mnie o płyny rozmowne.

Czuję się znowu odprężony. Mijają powoli przeżycia związane z ciągle powtarzającymi się kłopotami i niepewnością.
Kończą się zapasy alkoholu, Benek z Pawłem mają niewyczerpany zapas różnych piosenek, również nie wybrednych, na które p. Marylka zaczyna reagować histerycznie.
O spaniu nie ma mowy. Podróż przebiega w pijackiej, ale nie do przesady atmosferze. Po drodze zatrzymujemy się na kawę w stojących przy drodze straganikach. Maleńkie styropianowe kubeczki z mocną czarną słodką cieczą, dobrą. Deszcz nie ustaje, tylko przechodzi w siąpanie. Wjeżdżamy szosą w dżunglę, po obu stronach drogi, nieprzeniknione ciemności. Jest godzina 2-ga lub w pół do trzeciej, kiedy kierowca zatrzymuje busa, ponieważ przed nim też wszyscy stają. Przechodząca przed nami wichura i ulewa przewróciła drzewo na drogę powodując zator. Dobrze wstawieni Paweł i Ben idą odwalać zawalidrogę!. W tym czasie i ja wychodzę na stronę szukać miejsca na potrzeby własne, zależne od ilości wypitego alkoholu.
Dostrzegam w otaczającej mnie dżungli mnóstwo ogników błyskających różnymi barwami. W światłach reflektorów stojących samochodów, widzę potężne drzewa z zwisającymi lianami, ogromne liście przypominające chrzan w Polsce, nie przenikniony busz.
Próba wejścia do przepastnego lasu po przekroczeniu 15 – 20m powoduje złowrogą ciszę z szumem drobnego deszczu przerywaną donośnymi, nieznanymi mi odgłosami cykad i diabli wiedzą czego? Strach zagubienia, spowodował natychmiastową próbę powrotu - tylko w którym kierunku? Głośny jednak powrót moich kolegów, wskazał mi drogę.
Wrażenia, które odczuwałem, dały posmak grozy związanej z ogromem dżungli, niespotykanym przeze mnie dotąd na taką skalę. Swego czasu włóczyłem się po lasach Puszczy Białowieskiej, tam jednak mogłem się przecisnąć, tu w pewnym momencie nie wiedziałem, gdzie postawić nogę. I to się działo kilkanaście metrów od szosy!

Po dwóch godzinach ruszyliśmy w dalszą podróż.
Straż pożarna, która przyjechała, miała co robić, maczety by nie pomogły!? Złapanego przez siebie świecącego robaczka wpuściłem do samochodu, tyle szumu biedny zrobił, jak gdyby był co najmniej wąglikiem? Ale nie był szkodliwy, tylko świecący! Siąpiący deszcz był tak ciepły, że nie trzeba się wycierać, po wejściu do samochodu ponownie parowało. Na Henia co prawda przeciekał dziurawy „szyberdach”, ale o tym dowiedzieliśmy się po przyjeździe na miejsce.
W trakcie podróży nad ranem, ponownie podziwiałem, przepiękne egzotyczne widoki, pełne różnobarwnej roślinności i odmian kolorów ziemi od czarnej do rudej. Krajobraz bogaty w niezliczoną ilość nieznanych mi drzew, krzewów, roślin, oraz znanych z ozdabiających nasze domy krotonów, azalii, araukarii, palm kokosowych, bambusów - tyle że kilkumetrowych. W dali widać kolory ziemi, rude, czerwone, brązowe i gdzie niegdzie czarne.
Wijące się w górzystym terenie wąskie szosy , powodują trochę strachu, zwłaszcza na niewidocznych zakrętach. Wreszcie czyjś donośny głos komunikuje - widać morze!!! Ukazują się nam kolory zieleni, turkusu, szafiru, błękitu, granatu, powodując oczarowanie!
Nadzieja połączona znowu z niepewnością? Czy, aby miasto Barcelona, które minęliśmy to jeszcze Wenezuela, czy już Hiszpania?!!! Na szczęście kierowca był trzeźwy i chyba znał drogę, bo zatrzymał się i zapytał o marinę – Comanagoto, do której przez ponad 12-ście godzin usilnie staraliśmy się dostać.
Jeszcze tylko kilka kilometrów i naszym oczom ukazuje się zatoka w której jest zakotwiczone kilkanaście dużych jachtów. Szukamy naszego? Stajemy, rozprostowujemy kości i rozglądamy się z ciekawością.
Benek obejmuje mnie pod ramię i prowadzi do portu. Pozostali wyładowują bagaże i rozliczają kierowcę, który chce napiwku, tzw. „tipsa”. Idę z Benkiem do łodzi odległej o około 100m. Napisu na burcie „Missy B of Oslo” nie widać, ale skoro armator mówi, że to jego boat, to... chyba już jesteśmy u celu podróży


cdn...[PRAWA]
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
album-3.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mlynarski.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1275055.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  16090_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.