Zawsze obieraj drogę najkrótszą, albowiem krótka droga jest naturalna.

Marek Aureliusz
Polska zawsze blisko
Środa, 22.03.2017 r.
Imieniny: Bogusława i Katarzyny

Polska na skróty


Wró?Strona g?ówna Drukuj

Wyprawa na Karaiby - Oczekiwane przygody cz.5

Andrzej Dysiński 2013-12-30
dysinski_a_70.jpgPo południu dopływamy do wyspy Union. Znowu oczarowanie. Niewielka wyspa, około 17 km2, woda szmaragdowa, keja drewniana. Dobijamy, aby uzupełnić słodką wodę, która jest zużywana bez opamiętania przez naszych współtowarzyszy podróży tak, jak gdyby w morskiej nie można się wystarczająco wymoczyć!?

Małe samoloty lądują na lotnisku nieopodal przystani. W pobliżu restauracji ogrodzony basen dla rekinów. Na plaży zaś piękna ciemnoskóra dziewczyna opalająca się topless. Oczy lecą w jej kierunku, ponieważ opatrzyliśmy się „niedoskonałościami” na naszym jachcie. Chłopcy idą się kąpać w tamtym kierunku. Pierwsze znalezione muszle wielkości dwóch dłoni.
Do jachtu podpływa czarny men w kolorowym berecie z dredami na głowie sięgającymi pleców i proponuje... młode siostry, marihuanę i owoce morza. Wielki lobster wije się w jego ręku. Jak go przygotować i zjeść? Cena 20$ nie odstrasza naszych zuchów. Rezygnujemy jednak ze względu na brak doświadczenia w przyrządzaniu takich „zwierząt”.
Wolimy koźlinę z gotowanym ryżem, mlekiem kokosowym i czerwoną fasolą przygotowaną przez Hektora!? Na deser smażone zielone banany z mlekiem kokosowym, mniam, mniam! Tankujemy wodę, zwiedzamy spacerem interesujące obiekty, jesteśmy już zdrowi i wypływamy na bezludną wyspę!

Wychodzimy w morze na silniku, by zaraz potem rozpiąć żagle! Morze spokojne radość znowu nas opanowuje. Ciekawi nowych widoków, po południu docieramy do „Tobago Cays”, kilku bezludnych wysp leżących kilka godzin żeglowania od Union Island.
Urok niecodziennego widoku, zbliżającej się wyspy powoduje, że znowu wszyscy jesteśmy przyjaciółmi! Kilka stojących brygantyn nie psuje nam humoru, wprost przeciwnie, pozdrawiamy się okrzykami, machaniem rąk i podglądaniem, jakie to u nich dziewczyny?
Po zakotwiczeniu jachtu, rzucamy się do morza. Woda ma kolor szmaragdu, przezroczysta, widoczność do 20 metrów. Widać pływające ryby, metrowej i większej długości o różnych kształtach i kolorach. Płyniemy wpław do najbliższej wysepki z pięknym białym piaskiem, pokrytej drzewami kokosowymi i zarośnięte krzewami o ostrych liściach.
Zabieramy ze sobą maski do nurkowania pod w
odą, ponieważ po drugiej stronie wyspy są rafy koralowe, które trzeba obejrzeć... natychmiast! W odległości 20 – 30 metrów od brzegu dostrzegam cudowną toń pokrytą wieloma nieznanymi mi rodzajami skał, zagłębień, roślin, oraz setkami pływających ryb różnego koloru i kształtu.

Pełna rozkosz przeżywania tego, co dotychczas mogłem oglądać na filmach. Czułem, że dla takich chwil warto było przeżyć to piekło podróży w sztormie i chorobie morskiej.
Pływamy wszyscy, na jachcie został tylko kapitan i Hektor. Wieczór zapadł szybko, więc czas wracać na kolację. Zadowoleni nie dostrzegliśmy, jak zapędziliśmy się na drugą stronę wyspy i musieliśmy pospieszyć przed szybko zapadającym mrokiem.
Kolacja smakowała jak nigdy. Opowiadaniom nie było końca. Księżyc wyszedł na niebo i posrebrzył morze, pozapalane światła na sąsiadujących jachtach dawały poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa. Pełni wrażeń nie mogliśmy szybko zasnąć, opowieści przy drinkach, trwały do 1-wszej w nocy.
Sen tym razem był pełny marzeń i wspomnień. Spaliśmy na pokładzie i ławkach kokpitu, pod zadaszeniem i na odkrytym powietrzu. Ciepła rozgrzanych ciał nie studziły lekkie podmuchy wiatru.
Do snu, Asbjorn puszczał melodie w stylu bożyszcza Jamajki i Karaibów, Boba Marleya, rock steady, taneczne reggae. Nogi przed zaśnięciem same jeszcze jakiś czas rytmicznie wierzgały. Poranek powitał nas kolorowym wschodem słońca, nie pozwalając na spanie. Po śniadaniu Benek zaproponował, abyśmy wypłynęli w inne miejsce pontonem na oddalone około 2 – 3 km miejsce, gdzie są jeszcze inne rafy tuż pod powierzchnią wody.

Popłynęliśmy z Pawłem, Heniem i Andrzejem Ch. Benek pozostawił nas samych w wodzie i popłynął z powrotem. Z płetwami i maskami mieliśmy raj przez pierwsze pół godziny.
W miarę jak czas mijał, czułem, że chciałbym odpocząć, - nie zaliczam się do najbardziej zatwardziałych pływaków. Rozglądam się za moimi przyjaciółmi i od czasu do czasu widzę radośnie uśmiechniętych nurków pod wodą.
Paweł robi zdjęcia podwodnym aparatem fotograficznym. Ustawia mnie i Henia pod wodą, abyśmy mieli pamiątkę z widokami raf koralowych i przepływających wielobarwnych stworów morskich. Przeżycie, na które czekałem od początku podjęcia decyzji o wyjeździe, ziściło się w 100%! Ze zdjęć pod wodą zostały moje stopy i dziewczyna z przycumowanego jachtu rodem z Francji… Tak wielkiej ilości i różnorodności kolonii małż, ukwiałów, roślin podwodnych, których nie widziałem nigdy przedtem, nie potrafię opisać.!
Nurkując, każdy był zajęty sobą i nie zauważał, że się oddalamy od miejsca w którym zostawił nas Benek.
Podwodny świat nas pochłaniał do tego stopnia, że w pewnym momencie traciliśmy kontakt wzrokowy! Strach zaczął po trochu paraliżować doznawane piękno! Jak łatwo stracić poczucie rzeczywistości. Spragnieni nowości mogliśmy stracić życie.
Widok podwodnych grani dawał oszałamiające wrażenie, że nie tylko jestem pod wodą, ale i unoszę się jak ptak zaglądając do pionowych czeluści skał, mając pod sobą nieprzebraną coraz bardziej granatową toń już nie do przeniknięcia wzrokiem.
Zacząłem się rozglądać za przyjaciółmi, którzy mi się pogubili. Usłyszałem Pawła również mnie szukającego, który się pytał o Andrzeja Ch. nie widząc go od godziny.
Wreszcie wynurzył się i Henio pytając kiedy przypłynie Benek. Dostrzegliśmy w pobliżu nurkujących innych amatorów sportów wodnych. Jacyś Francuzi z dziewczynami nas pozdrawiali.
Poczuliśmy się bezpieczniej widząc bujający się obok ich ponton. Oglądając podwodne krajobrazy poznawałem widoki już raz oglądane. Były miejsca gdzie rafy dotykały lustra wody, dzięki którym udało mi się przeżyć tak wspaniale to całe poznane piękno.
W miejscach na których próbowałem utrzymać równowagę, byłem zmywany przez fale, ale to już było coś! Chwila pozostania na wyłaniającej i znikającej rafie budziła dodatkowe emocje.
Przypomniałem sobie przeżycie z rejsów odbywanych z Witoldem po jeziorach na Zalewie Zegrzyńskim podczas kiedy, nagrzany słońcem, zszedłem na płytką /na szczęście/ wodę i straciłem przytomność, przewracając się do wody wraz z czapką i ubraniem, gubiąc przy okazji jedyne ciemne okulary, które lubiłem nosić.
Pod wodą widoczność sięgała około 15 – 20 metrów. Ryby płaszczki zwłaszcza te większe, mąciły wodę odrywając się od dna. Odpływanie od miejsc z widokiem na głębię wywoływało u mnie strach. Woda, która była szmaragdowa , zmieniała kolor na niebieski a później ciemno-niebieski i przechodziła w ciemny granat.

Wreszcie po dwóch godzinach przypłynął Benek. dostał opieprz, bo jednak była to wyprawa niebezpieczna, wymagająca asekuracji. Wszystko skończyło się szczęśliwie. Postanowiliśmy popłynąć na znajdującą się niedaleko drugą bezludną wyspę.
Pełni wrażeń po dwugodzinnym buszowaniu pod wodą i na... wodzie, popłynęliśmy odpocząć na piaszczystym brzegu. Wraz z Heniem poszliśmy zwiedzać wyspę porośniętą drzewami kokosowymi, różnego rodzaju chaszczami i ostrą trawą.
Wyspa miała około dwu km długości i ze trzysta może czterysta metrów szerokości. Prócz przepięknej plaży, znaleźliśmy na niej kilkaset muszli zwanych „konchami”, z których tubylcy wydobywali mięso nadające się do jedzenia. Wybraliśmy największe i taskaliśmy je do pontonu. Na brzegu widoczne były różnokolorowe kraby uciekające z pod nóg pod kamienne głazy. Do wyspy przybili również pozostali nasi załoganci, narzekający na spiekotę i brak barku z napojami chłodzącymi!?
Jednak wspólne wypicie piwa przemyślnie przywiezionego przez Benka wypogodziło nastrój. Marzeniom nie było końca. Leniwie wypoczywaliśmy do wieczora.

Wrażenia nie przysłoniły głodu, który po tak intensywnym penetrowaniu raf, dawał o sobie znać. Powrót do jachtu na przygotowany przez Hektora obiad był również spełnieniem marzeń. Nabyte doświadczenia zaowocowały ustaleniem pozostania jeszcze jeden dzień w tym samym miejscu. Ponownie wracaliśmy do przeżytych momentów grozy i radości poznawania. Drinki robiły swoiste poczucie relaksu i pełnego rozprężenia. Zapadający szybko mrok, pojawiające się gwiazdy i księżyc iskrzyły morze, które mimo że spokojne, oddawały nastrój jakiego romantykom często brakuje. Wreszcie znalazł się czas na marzenia.
Są takie chwile, że chce się mieć bratnią duszę koło siebie, aby móc wspominać razem przeżyte wzruszenia. Na szczęście Paweł, Henio, Benedykt, Asbjorn i Hektor należeli do takich towarzyszy w tym rejsie, że sprawiali przyjemność spędzenia z nimi czasu na dobre i złe.
Nie mogę tego niestety powiedzieć o pozostałych, wiecznie niezadowolonych, wymagających specjalnej troski i uwagi, aby ich czymś nie obrazić. Wszyscy mieliśmy tego powyżej uszu. Pozostawała sprawa rozliczeń, która wisiała nad nami jak miecz Damoklesa. Nikt z ich strony nie podejmował tego tematu, a pieniądze przeznaczone na jedzenie, wodę, paliwo, „check out and check In” na wyspy, kończyły się, powodując zgrzyty i niezadowoleniem kapitana, który w przypadku zapłaty coś by od Benka dodatkowo dostał.
Koszt wspólnego kotła byłby w sumie tańszy biorąc pod uwagę utrzymanie wszystkich uczestników eskapady.
Zapasy żywności naszych przyjaciół również były na wykończeniu i coraz częściej prócz swoich racji żywnościowych, zaczęli myszkować po lodówce, której częste otwieranie powodowało rozmrażanie produktów. Hektor nie nadążał zmywać sterty pozostawionych naczyń, co również powodowało grymasy niezadowolonych z... obsługi.
Brak było wspólnego zrozumienia, które wymagało dostosowania się do nieprzewidzianych sytuacji i poniesienia solidarnie obciążeń finansowych. Zwłaszcza, że nie przekraczały one umówionych 1500$ łącznie z przelotem samolotem. Tak więc problem współistnienia na statku wisiał na włosku. Jakakolwiek iskra powodowała wybuch gniewu i ta jedna kropla spowodowała, że kapitan nosił się z zamiarem wysadzenia na ląd piątki pasażerów.
Dla dobra sprawy Paweł, Henio i ja zrzuciliśmy się wcześniej po300$ aby podróż kontynuować, na co kapitan powiedział, że on dla nas mógłby płynąć za darmo, ale dlaczego ma znosić niezadowolone miny innych i do tego nie dających się lubić – też... za darmo?

Przygoda jednak trwa i codzienne wyprawy dostarczają wspaniałych przeżyć! Poznajemy coraz to inne miejsca z rafami i kolorowymi widokami podwodnej flory.
Wschody i zachody słońca z ich barwami stają się naturalną częścią naszego życia. Codziennie rozglądamy się za sąsiadującymi jachtami i dyskretnie podglądamy, co tam się dzieje. Ciekawi, czy mają podobne problemy do naszych, a głównie obserwujemy „laski”, jakie zabrali na pokład.
Jankowi W. nie udaje się złowić obiecanej ryby, która mogłaby zaspokoić ambicje wędkarskie, naszego naśladowcy śpiewaka operowego, grającego również na organkach.!
Henryk wyzdrowiał całkowicie i rozpoczął nadawać ton imprezie. Żarty w jego wykonaniu są subtelne i nie pozbawione ciepłej oceny rozgrywającej się sytuacji.

Paweł i Benek mają wspólny ciąg... do szukania sposobności i znajdowania okazji częstowania coraz to wymyślniej skonstruowanym drinkiem, którego nikt nie odmawia. Żal nam opuszczać tak urokliwe miejsca, które potwierdzają moją intuicję doznania spodziewanych przeżyć.
Pełni wrażeń wyruszamy w dalszą drogę do wyspy o trudnej na początku do wymówienia nazwie BECQUIA /bekłej/. Siadamy na dziobie łajby i marzymy co zrobić, żeby przypłynąć tu jeszcze raz w innym ciekawszym towarzystwie!
Nad ranem około 3- ej, dobijamy do przystani i słyszymy pianie kogutów, ale jakie pianie – czysta poezja, ich głos nie pozwala już usnąć. Z przyjemnością słuchamy niecodziennej orkiestry! Wyspa czysta, zadbana, sprawiająca poczucie bezpieczeństwa. Ludzie uśmiechnięci pozdrawiający nas jak starych znajomych.

Historia wszystkich wysp „Grenadinas” rozpoczynała się za czasów panującego tu kanibalizmu i pozostawiła ludność czarną, zachowującą nawyki i tradycje zapamiętane z okresu niewolnictwa.
Przywiezieni z Afryki stanowili podstawowe źródło pracy w warunkach pełnego uzależnienia od właścicieli, a w przypadku opuszczania wysp w czasie najazdów, ponownie dziczeli kryjąc się w niedostępnych skałach i dżungli. Administracja na miarę naszego europejskiego myślenia, sięgająca nie dalej jak około 40 – 50 lat, wytworzyła sposób porozumiewania się z przyjaźnią do turystów. Spotkany czterdziestoletni tubylec, odziany w dość zniszczony przyodziewek, wyrażał swoją radość mówiąc „... nie opuszczałem nigdy wyspy, nie widziałem śniegu i nie tęsknię za przepychem”! Chyba wyznawca rastafarianizmu…?
Mężczyźni noszący dredy opadające na szyję, chodzą kołyszącym krokiem w rytm Cariean muzyki salsy, rozlegającej się z pobliskich barów i restauracji. Na ulicach japońskie samochody, ruch lewostronny. Ludzie uśmiechnięci pozdrawiają nas „białasów” już opalonych, serdecznie.
Spacerujemy po wyspie szukając miejsca z widokiem na morze, aby w restauracyjce rozkoszować się piwem i mięsiwem z tych dużych muszli conche, które widzieliśmy na bezludnej wyspie.
Uff! Jakie znakomite i smaczne! Siedzimy w pubie z widokiem na zatokę i możliwością przyglądania się przechodniom. Full relaks!

Piątka geriatryczna, jak nazwał Henio naszych tetryków, spaceruje po ulicy, która tutaj jest promenadą przebiegającą przed naszym tarasem. Miny kwaśne nie budzące sympatii. Co się stało, że człowiek nie znosi towarzystwa drugiego człowieka?
Nie jestem odporny na takie zachowania. Nie nadaję się do niedobranego zespołu ludzkiego. Nie mogę się nauczyć przebywać w gronie ludzi nieszczerych, niesolidaryzujących się w sytuacjach wymagających odrobiny życzliwości i poświęcenia.
Dużo poświęcam czasu na omawianie stosunków międzyludzkich, ale tylko ta jedna sprawa była łyżką dziegciu w tej pięknej dużej beczce miodu!
Siedzimy i dumamy bez przerwy co zrobić, aby móc wrócić ponownie - oczywiście z bardziej dobranym zespołem ludzi... również kobiet /... mogą być ładne i wysportowane!!!/. W czasie popijania piwa – między godziną 17-tą a 18-tą, kelnerka przynosi dodatkowe piwa mówiąc, że to jest poczęstunek firmy tzw. „happy hour”. Za każde zamówienie dostajemy podwójną rację! Pijani wracamy na jacht!
Śmiech nam towarzyszy bez przerwy, mimo minorowej miny piątki kosmonautów.

Poznajemy czekoladkę z boyfriendem. Rozmowa się klei, dziewczę piękne, urokliwe. Giselle /żizel/ wyraża chęć pójścia z nami na jacht w celu zrobienia zdjęć reklamowych... jachtu. Niestety i czarni chłopcy są zazdrośni! Umawiamy się na rano, zapraszamy na breakfest.
Dwight jest synem właściciela restauracji nad zatoką. Postanawiamy zjeść rano śniadanie w tej rezydencji. Ciekawym rozwiązaniem architektonicznym jest sposób budowania domów na piwnicach do których jest odprowadzana woda z dachu rynnami w czasie pory deszczowej a wykorzystywana w okresie suszy.
Na jachcie, na który dość późno dotarliśmy słychać chrapanie strudzonych turystów. Księżyc świeci, poświata rozlewa się po zatoce, gwiazdy wyraźne blisko nas, wyć się chce ze szczęścia oglądając z pokładu jachtu, wybrzeże pełne lśniących świateł. W oknach domów stojących na zboczach, światła nie gasną długo w noc. Słychać melodie typowe dla rozśpiewanej ludności. W nocy, nigdy nie zmęczeni Henio i Paweł słysząc muzykę i widząc na brzegu tańce postanawiają się wybrać ponownie poznawać folklor tubylców. Odpalają ponton i już ich nie ma! Nie miałem siły dotrzymać im kroku.
Ale jak tu spać w taką noc!
W taką noc można tylko upić się winem i... całować, całować dziewczynę... jak mówią słowa przedwojennej piosenki. Wracają nad ranem, nie starając się nawet zachować ciszy nocnej! Ale kiedyś trzeba spać, aby chłonąć to wszystko po co się przyjechało.
Zasypiam na pokładzie przy księżycu, korzystając ze świeżego powietrza z poduszką pod głową, zagrabioną z samolotu KLM. Po południu wypływamy.
Przed nami St. Lucia. Pozostawiamy po drodze St. Vincent, piękny kawałek otwartego morza, piękna pogoda, płyniemy... płyniemy po morzu... i fali... a z nami płynie cały świat…
Rano stajemy na kotwicy w zatoce, gdzie znajduje się kilka wspaniałych jachtów ozdobionych na burtach rzeźbami stylizowanymi na stare statki służące do przewożenia niewolników. Postanawiamy zwiedzić wyspę „busikiem”, ponieważ znajduje się na niej wiele ciekawych widoków niepowtarzalnych w innych rejonach Karaibów.
Pięciogodzinna wycieczka w gorączce ponad 30 stopni C robi wrażenie. Co jednak zobaczyliśmy, to zobaczyliśmy. Nikt nie może powiedzieć, że nie warto było... Nie wygasłe po wulkanach kratery, zionęły gazami trując okolice siarkowodorem. Pozostałości wielu innych wulkanów wystawały na brzegach wyspy w postaci kilkuset metrowych maczug. Na przydrożnych postojach przekupki nagabywały nas na kupno podkoszulek, naszyjników, pamiątek przypominających nasze odpustowe drobiazgi. Leszek z zainteresowaniem godnym turysty, nie omieszkał dokonać zakupu kilku rzeczy, które na stadionie w Warszawie byłyby tańsze i ładniejsze.

Postój w zatoce, wyjazd na plaże i rafy wzbudził dalsze emocje. Kolacja w nadbrzeżnej restauracyjce z obawy o koszty ograniczyła się do porcji kurczaka i coca coli. Przed nami piętnastogodzinna podróż na Martynikę.
Ranek spędzamy na plaży podrywając uroczą mulatkę, z którą rozmawiamy po angielsku. Benedykt władający biegle, dowiedział się od niej, że z chęcią wyjechałaby z nami, ale warunki w jakich żyje, zmuszają ją do poddawania się losowi. Egzystencja tych ludzi, mieszkających na wyspach jest podobna. Żyją głównie z turystyki i połowu ryb dla własnych potrzeb. Pożegnanie pięknej dziewczyny było wzruszające! Po południu wypływamy, żal zostawiać takie cudowne miejsca!
Muzyka płynie, my płyniemy... wszystko płynie!
Henio wspaniale zabawia swoimi powiedzonkami całe towarzystwo. Powracające zdrowie pozwoliło odzyskać stosowany żart sytuacyjny. Angażuje się w rozmówki z paniami, które widać go polubiły, bo był rozjemcą w toczących się dyskusjach.
Pierwszy raz śniła mi się prawdziwa żona. Czułem, że muszę zadzwonić z najbliższej wyspy. Przebudziłem się w nocy, nade mną gwiazdy, pół księżyca, plusk wody, i chrapanie ze wszystkich kajut.
Próbuję robić notatki przewidując, że czas wyrzuci z pamięci fakty mające wpływ na nasze ówczesne zachowania. Jachtem kołysze i moje ramoty wyglądają jak pismo chorego. Nie przejmuję się tym, ponieważ czuję potrzebę zatrzymania chwili. Na Martynice obiecuję sobie zadzwonić do domu.
Tęsknota za najbliższymi zaczyna doskwierać. Krajobrazy, które są w moich oczach, przekazać jak najszybciej mojej rodzince i przyjaciołom. Doznanym pięknem, chciałbym się dzielić!
Podróż przebiega sympatycznie, nie przewidujemy wstrząsów, a jednak coś wisi w powietrzu. Oglądamy mijane wyspy i słuchamy opowieści Asbjorna o historii każdej z nich. Na Martynice w 1902 r był wybuch wulkanu, który zasypał całą mieszkającą tam ludność, podobno około 20.000 ludzi. Został tylko jeden tubylec, znajdujący się wówczas w podziemnych lochach więzienia.
Martynika, kurort francuski, zadbany, czysty, budynki o przemyślnej architekturze. Ulice wylane asfaltem, sklepy dobrze zaopatrzone, ludność wyglądająca po europejsku mimo, że czarnoskóra. Wiele cech, zachowań, rysów twarzy, przypomina mieszkańców Europy.
Postanawiam zadzwonić do domu, co mi się udaje po kilku próbach. Nie znając francuskiego nie mogłem zrozumieć co ode mnie żąda operatorka.
Na szczęście Henio znający ten język nauczył mnie posługiwania się kartą za 100 Fr. Wzruszony, słysząc głos swojej „dożywotniej”, klepałem, aby jak najwięcej opowiedzieć o swoich przygodach. Wtedy dowiedziałem się, że Rafałek przyjechał na Wszystkich Świętych i został trzy dni z rodzinką. Liwia przysłała mi maila na adres Asbjorna.

Paweł i Henio byli moimi kumplami z którymi najczęściej spędzałem czas. Włóczyliśmy się po wyspie, podziwiając jej uroki. W sklepach dokonaliśmy zakupu nowych zapasów jedzenia i trunków. Jakoś nam nie przeszkadzało w zabawie, spożywanie posiłków na lądzie! Byliśmy świadkami ćwiartowania ogromnego tuńczyka na stole przy restauracji w której podawano porcje duszonej ryby za 20$ karaibskich /1$ amer. to ok. 2,7$ karaibskich/
Po południu pływanie i odpoczywanie na plaży zarośniętej palmami, w złotym gorącym piasku.
Wieczorem spędziliśmy czas w kawiarni znajdującej się w pięknym ogrodzie, uwodząc czarne kelnerki w białych fartuszkach.
Przez cały czas pobytu ani razu nie miałem powodu, aby mieć o cokolwiek pretensję do moich przyjaciół, Pawła, Henia, Asbjorna, Bena czy Hektora, natomiast tak nieuzasadnionych zarozumialców jak pozostali, trudno mi opisać. Paweł zapytał się nawet kiedyś, czy był taki dzień kiedy byli zadowoleni?
Leszek po odebraniu pościeli i swoich ubrań które wcisnął Hektorowi do prania, powiedział, że jest niezadowolony... ponieważ są nie odprasowane. Może to i śmieszne teraz, kiedy się czyta po miesiącach, ale nie wtedy, kiedy brakowało pieniędzy na dalszą podróż. Opuszczamy przepiękną wyspę Martynikę, omijając po drodze… Dominikę oraz czarujące swoim urokiem zatoki innych wysp.
Pani B. w pewnym momencie zauważyła, że opanowuje ją klaustrofobia po słowach kapitana, że nie należy palić papierosów w kabinach /który to już raz zwracał uwagę?/. Powiedzenie kapitana po angielsku, że niebezpiecznie jest podróżować z ludźmi niezrównoważonymi i że należy się liczyć z tym, że kogoś wysadzi na ląd dla bezpieczeństwa innych, wzbudziło histerię pozostałych!
Paweł poprosił wtedy kapitana, aby podał kolegę... Smirnoffa z lodówki i rozmowa potoczyła się ze skutkiem podjęcia przez Piątkę decyzji, że wysiadają na czas dalszej podróży na... ląd! Do St. Martin polecą samolotem i odpoczną od zgrai pijaków i awanturników.
Cisza jaka zapadła była z gatunku horroru. Nie do pomyślenia było, aby taka myśl sprawiła więcej... skrywanego entuzjazmu!
Benek próbował pertraktować, że przecież nie zapłacili jeszcze wszystkiego, ale to dolało oliwy do ognia i obrażeni przestali się odzywać.
Zaczęły się przygotowania do pożegnania. Decyzję poparł kapitan i kiedy Pani B. przerywała bez przerwy jego wypowiedź, mówiąc że skieruje sprawę do adwokata i opisze historię podróży po swojemu, powiedział „fuck you” i wyszedł do kabiny.
Chłopcy kazali mi zapisać myśl aby „nigdy nie brać na pokład starych kobiet i to jeszcze w okresie klimakterium”
Nie da się ukryć, że kapitan w przypływie złośliwości... niechcący uszkodził dopływ wody podczas kąpieli namydlonej Pani B. co wywołało zrozumiałe oburzenie pozostałych, tak jak by nie można się było wykąpać w morzu?
Leszek jedzie z nimi. Tak jak przedtem trzyma się całe towarzystwo i dogaduje bez przerwy, że nie są zaplanowane wycieczki, nie wiedzą gdzie są w danej chwili, pływają zygzakiem po morzu...?

Jedzenie niesmaczne, ryby nie dają się złapać na wędkę, etc...etc.
Na pokładzie Benek dyżuruje przy kole sterowym. Dosiadam się do niego i prowadzimy dyskusję do rana, do chwili przybicia na Guadeloupe. Rozmowa bardzo sympatyczna, poznaję mego bratanka z innej strony. Koleje losu nie oszczędzają nikogo. Jego cały majątek to ten jacht, który pozostał z dorobku życiowego po rozwodzie, bez zapasów na koncie. Próbuje rozkręcić podróże po Karaibach, ale skutek jak na razie bez widoków na luksusowe życie. Głowa pełna pomysłów, wyobraźnia podpowiada szalone rozwiązania, fantazja jak widać ułańska tylko coś z tą odpowiedzialnością trzeba uregulować.
Zakochany po uszy w Norweżce o pięknym imieniu Bente, musi sprostać i zarobić na życie wykorzystując możliwości związane z rentowaniem łodzi.
Sytuacja po 11.09 2001 w Ameryce spowodowała mniejsze zainteresowanie turystów podróżami między innymi na Karaiby.
Przeloty samolotami wzbudzały strach, a koszty związane z utrzymaniem jachtu są duże i tak naprawdę nie ma skąd ich brać, więc pomysł na turystów z Polski.
Kalkulacje przeprowadzone w trakcie organizowania wyprawy i w czasie jej trwania, podsunęły rozwiązania, które pozwoliły na wiarę, że jest szansa na zysk.
Ale wujku, gdybym ci wszystko powiedział, jak jest naprawdę to byś pojechał?
No i tak sobie myślę, do czego ludzi, doprowadza ten kapitalizm?. Własnych wujków wprowadza się w błąd, żeby osiągnąć cel!
Dobrze, że moja wiara i zaskórniaki były przewidziane prawdopodobnie przez bratanka bo... wyprawa trwała. Nie znając tego, co przeżywam nigdy bym nie uwierzył jak jest naprawdę! Wierzę, że jest szansa na zarobek i tak bogate przeżycie!
Zmiana trasy, ograniczenie do pływania w rejonie Grenady, bogatej w rafy i bezludne wyspy do St. Lucia, zupełnie wyczerpuje zapotrzebowanie na przeżycia i pozostawienie bogatych wrażeń! Doświadczenia, które tam nabyłem, poszerzyły moją wyobraźnię i horyzont myślenia na temat wspólnych wypraw.
Promocja, promocją, ale po kosztach własnych, a nie dokładaniem do wycieczki i to dla ciągle zarozumiałych i przemądrzałych turystów?!
Odcinek z Martyniki do Guadeloupe ciągnął się długo, ponieważ kapitan oszczędzał paliwo i płynęliśmy tylko na żaglach i cyrklował na określony czas wpłynięcia do zatoki.

Próby gry w karty nie nastrajały towarzysko, gra w szachy z mądrym Jasiem przyniosła nieoczekiwany efekt w postaci dodatkowego stresu, ponieważ przegrał ze mną przy pierwszym podejściu, a nie spodziewał się, więc i nie poprawiło to atmosfery.
Guadeloupe największa wyspa w tym rejonie posiadała mnóstwo małych wysepek. Przy jednej z nich postanowiliśmy się zatrzymać, aby wykorzystać czas na pływanie, kontakt z rafami i egzotyczną przyrodą. Próby połowu ryb nie przynosiły skutków. Obserwacja jednak podwodnego świata dostarczała wielu ciekawych wrażeń. Siedząc na jachcie mogliśmy dojrzeć olbrzymiego, -początkowo myśleliśmy o wężu – żółwia, płynącego z wysuniętą na powierzchni wody głową. Sympatyczne skojarzenie. Tych wrażeń nigdy nie za dużo. Na lądzie roślinność, ptactwo, skały, plaże zapraszały do spacerów i poszukiwania coraz to innych nieznanych miejsc.
Wieczorami, jak starczało sił, wypady do miasteczka w czym celowali Henio i Paweł. Mieli siły i ochotę, mnie ochoty nie brakowało, ale wygodniej było poleżeć na pokładzie , słuchać muzyki i chłonąć zapachy egzotycznej wyspy.
Od prób pokonywania głębokości /dochodziłem do 10m, aż rozbolało mnie ucho/,ale świat podwodny jest tak urzekający, że nie przestałem się znęcać nad sobą.
Trzeba pamiętać o wszystkim, nie wziąłem żadnych antybiotyków, podstawowych lekarstw, pęsety do wyciągania kolców jeżowców, okularów do podwodnego świata /sprawdzonych/ itp. drobiazgów.
Hektor przygotowuje posiłki jak zwykle z ryżem, kluskami czasem z ziemniakami. Do tego sosy, konserwy, owoce, jarzyny, sałaty, chleb i bułki czasem łamane lub krojone, jak popadnie. Nie jest to wykwint, ale smaczne i potrafi zaspokoić głód. Z Pawłem spróbowaliśmy również przygotować danie „a„a la - sosy polskie plus gorący kubek”, które okazało się przepyszne, a może byliśmy tak głodni? Wszystkim smakowało, nawet niektórzy pytali się o przepis!
Wypływamy na wyspę Antiqua. Ponieważ byliśmy na południowej stronie Guadeloupe, więc musieliśmy pozostawić wyspę po zachodniej stronie i skierować się na północny zachód. Podróż wymagała kilkunastu godzin rejsu, ale już trochę bardziej doświadczeni z pokorą przyjęliśmy decyzję kapitana, że nie ma innej drogi.

Rano jeszcze dowcipkowaliśmy, że Leszkowi do kabiny wpadła w nocy rybka!
Taka mała ale tylko została po niej plamka. Komentarze męskie niewybredne, bo skąd taka mała i gdzie Ona jest. Owszem plamka jest, ale rybka? Oj, Leniu, Leniu, już ci się przykrzy już tęsknisz! Henio poszedł do swojej kabiny i również przychodzi i mówi, że u Niego też jest. Plaga czy co z tymi rybkami, czy się umówili?
Okazuje się, że przepływając w nocy, podczas deszczu i wiatru duże ilości tych rybek, porwanych przelatywało ponad jachtem i część z nich wylądowała na jachcie. Znaleźliśmy ich jeszcze kilkanaście na pokładzie i w messie gdzie wpadły przez otwarte luki.
Podróż zaczęła się nad wyraz spokojnie. Widać było co prawda zbierające się chmury nabrzmiałe deszczem, ale wyglądało na to, że odejdą w inną stronę niż my płyniemy.
Przygody nie omijają nas. W nocy rozszalała się nawałnica. Deszcz jakiego do tej pory nie widziałem, zaczął lać po zmroku. Pioruny trzaskały do morza i błyskawice przedzierały się przez zwaliste chmury. Na warcie zostali w sztormiakach Benek i Paweł, dzielnie znosząc zacinanie wiatru z deszczem. Na szczęście temperatura powietrza wahała się około 25 stopni C. Trzeba przyznać, że był to jeden z tych dni kiedy adrenalina podnosiła się dość wyraźnie.
Pozostali chyba spali, bo nikt nie wychylił głowy z kabin. Niestety w mojej – kapitańskiej kabinie, spać się nie dało! Nienaprawiona uszczelka w luku nad głowami sypialni nie tamowała chlustającej wody do środka. Ponownie byliśmy zalani wraz z pościelą .
Pomijając te dolegliwości, duch nie zaginął. Leszek zwinięty pod bokiem miał tą przewagę nade mną, że leżał tylko na mokrej pościeli i... spał, a na mnie leciały strumienie wody. Zająłem się więc przygotowaniem drinków, które to pochłonęły mnie całkowicie, aż do skończenia świata. Przedtem, nie zapomniałem o wilkach morskich, którzy to moją propozycję przyjęli z rozkoszą. Na nocnych rozmowach i balansowaniu na fali i falach, w kończącym się deszczu i burzy dobiliśmy do wyspy Nelsona, Antiqua około 3-ciej nad ranem.

Spokojnie wpłynęliśmy do zatoki i zasnęliśmy na pokładzie, który szybko wyparował. Rankiem, po kilku godzinach snu, wita nas piękna pogoda, słońce operując na pokładzie w ciągu kilku godzin suszy zmoczoną naszą pościel. Obiecujemy sobie, że już dziś to naprawdę uszczelnimy luk!
Po śniadaniu wybieramy się z zamiarem odwiedzenia willi naszej ulubionej artystki Elizabeth Taylor. Poszukiwania trwają kilka godzin.
Po drodze zwiedzamy fortecę admirała Nelsona, który w poprzednim wieku dzielnie wojował i pobudował doki oraz fortyfikację z betonu, aby się uchronić przed armadą francuską. Przy okazji zwiedzania, włócząc się po okolicy znalazłem drzewa chlebowe oraz wielkie strąki, które nie omieszkałem przywieźć do domu.
W końcu willę znaleźliśmy, ale była zamknięta i nie powiedziano nam gdzie jest schowany klucz.
Zakupy, a jakże, mleko, kefiry, bułki, owoce tropikalne papaja, zawozimy na jacht, gdzie zastajemy dyskusję zakrawającą na szantaż. Piątka definitywnie zdecydowała się opuścić pokład naszego jachtu! Kapitan i Benek przedłożyli propozycję nie do odrzucenia! Rozliczenie kosztów podróży, z której wynika, że zamknięcie umówionej kwoty mieszczącej się w wysokości 1500 $ na uczestnika wymaga uzupełnienia po 70$ do końca podróży. Towarzyszki podróży wpłaciły po 150$ mniej.

Męska część załogi uiściła po 550$ + samolot /680$/ + /160$ wydatki prywatne na lądzie/ razem 1390$.
Trzy tygodnie wspaniałej przygody, zwiedzania /stemplowanie książeczki żeglarskiej w każdym porcie pani Bożeny /no i... przeżycia, za które nie bierze się pieniędzy, ale trzeba płacić! Pretensje, że się nie najedli do syta, nie są pewni czy zdążą dopłynąć na czas? Jest sobota, propozycja „Piątki”, że może zapłacą, ale po przybyciu na miejsce, wkurzyła kapitana do tego stopnia, że zawsze spokojny i uśmiechnięty nie wytrzymał nerwowo i powtórzył swoje „fuck you” i to jeszcze dziś! Niebezpieczni ludzie. Histeria się powtórzyła , Andrzej Ch. i Janek W. próbują uspokajać rozhisteryzowane panie, ale w końcu się z nimi solidaryzują i jadą kupować bilety. Kiedy wracają, oświadczają, że pojadą, ale dopiero w poniedziałek po południu. Co za rozkosz i ulga, bijąc się w piersi „mea culpa”, wyboru dokonali sami. Decyzja zapadła, ale bez Leszka, który zaczął się kręcić koło mnie i zagadywać, że on to nie spiskował z nimi, że jemu się podoba, ale rozumiesz oni mnie wciągali, to moi koledzy, im na paniach zależało, jemu smakuje wszystko itd. itd.

To, że mam krótki bezpiecznik, short fus, jak to mawiał kapitan, to prawda, ale w takich sytuacjach prąd płynie szybko. Zapomniałem o złej atmosferze wywoływanej przez zarozumialców i chcących się ślizgać na cudzej d....e. Pogodna atmosfera wraca do normy.
Wciągają mnie chłopcy na maszt, aby ponaprawiać naderwane przez sztorm uchwyty żagli. Adrenalina rośnie kiedy widzę z góry moich przyjaciół żartujących, że tak już będzie do końca podróży!. Przyczyna wszystkiego złego... buja się na wysokości trzeciego piętra, a... skutki za burtą.

Nie dopilnowałem jednego na czym mi zależało! Dezerterki powybierały największe okazy muszli konchy zebrane przeze mnie na bezludnej wyspie! Tak się starałem... miałem w czym wybierać, schowałem osobno, a tu proszę… zemsta Neptuna, czy jeszcze jakieś inne grzechy? Panowie i Panie nie powiedziawszy do widzenia wsiedli po raz ostatni do dinghy i pożeglowali w stronę lądu. Przedtem poznaliśmy na wyspie Litwina polskiego pochodzenia, który był kapitanem na luksusowym motorowcu, pracując dla amerykańskiego biznesmena. Cudo! Ponieważ stał przycumowany w zatoce, czekając kiedy właściciel przyleci z panienką, nasi sympatyczni rodacy skrzętnie zagospodarowali naszą znajomość.
Jest takie powiedzenie „baba z wozu koniom lżej”. Uff! Ale się napisałem! W zasadzie to już nie ma o czym pisać. Wszyscy byli szczęśliwi, Leszek chyba też, bo oddał nam resztę ryżu i kaszy gryczanej, którą trzymał na czarną godzinę, może myślał o tej bezludnej wyspie, której jeszcze nie zaliczyliśmy?
Staram się jeszcze połączyć z domem, aby Basia się nie martwiła, że Leszek nie wrócił wcześniej. Próbuję kilkakrotnie, nikt nie odbiera telefonu i wreszcie słyszę głos mojej kochanej córeczki... taki jakiś zapłakany. Tak jej współczułem, a nie mogłem ukoić jej płaczu. Dowiedziałem się wówczas, że nie zdała egzaminu na prawo jazdy. Historia znana przez wszystkich, a jednak trzeba przeżywać na nowo!
Powiedziałem, że „łapówy” nie dam. I nie dałem, po powrocie dopilnowałem, zdała i wspaniale – odpukać- jeździ!
Kolega „Smirnoff” znowu miał powodzenie. Płyniemy, tym razem wolni od ciążącej atmosfery. Zrzuciliśmy się na brakujące należności pokrywając koszty podróż i za nieobecnych i pełni wigoru rozpięliśmy żagle kierując się na Saint Barth.
Wieczorem przy udziale Pawła i Henia zorganizowaliśmy pożegnalną kolację!
Składała się ona z resztek jedzenia przywiezionych z kraju, wzbogaconych o produkty pochodzenia wyspiarskiego. Leszek miał jeszcze sery i kiełbasę, ale tej nie pozwolił ruszyć bo miał do… proszków. Rejs zapowiadał kilkunastogodzinną, ostatnią tak długą przygodę z morzem. Najedzeni, zaprawieni w bojach drinkowych, zaczęliśmy snuć opowieści, powtarzając swoje spostrzeżenia. Leszek brał w nich udział na równych... prawach!
Wieczór i północy spędziliśmy na pokładzie, rozkoszując się ciepłem muskającego nas wiaterku. Żagle rozpięte, przechył jachtu wystarczająco podniecający, siedzimy przy kapitanie, który nie pija naszych drinków tylko pociąga piwo. Wzbudza jednak zaufanie bo... zawsze przytomny.

Około 12-tej zrywa się burza i grozi nam deszcz. Cholera jeszcze nie odpuszcza!
Aviomarin użyty przezornie wcześniej, pozwolił przetrwać, choć Leszek powiedział, że jeśli by wiedział, że jeszcze go spotka coś takiego, co już przeżył to poleciałby z nimi samolotem. Jednak wszystko skończyło się na strachu i szczęśliwi około 3-ciej nad ranem znaleźliśmy zatokę w St. Barth. Tym razem nie było trucia i niezadowolenia.
Poranne słońce wzbudziło apetyty i potrzebę wyjazdu na pobliskie rafy, aby nie stracić nic z kończącego się rejsu. Śniadanie - owsianka, suchary, dżem, mleko, płatki kukurydziane, zaspokoiły nasze potrzeby jak poprzednio. Leszek jednak ciągle miał coś w zanadrzu! Po śniadaniu jeszcze obradował przy stole chowając okruchy do plastykowej torebki.
Zatoka do której popłynęliśmy czarująca! Nie mówię o towarzystwie, które spotkaliśmy. Na plaży leży ciało nieopalone, ale topless. Podpływamy, nie oszczędzając komplementów po polsku i ze zdziwieniem stwierdzamy, że... panienka nas rozumie! Trochę głupio, jak zawsze w takich przypadkach, ale nic nie potrafimy zmienić. Zwalamy na Benka, który mówił, że gdzie jak gdzie, ale w tym miejscu polska noga nie stała.
Dziewczyna z Baku, mówiąca po rosyjsku, znająca język polski na tyle, żeby rozumieć co mówimy, uśmiechnięta, bo też się nie spodziewała usłyszeć znajome dźwięki, rozpoczęła konwersacje od „zdrastwujcie”.
Kapitał francuski wchodząc do Azji porywał również kobiety! Z mężem Francuzem przyjechała na tygodniowy urlop. Nad zatoką piękne wille z ogrodami pamiętającymi chyba czasy niewolnictwa, zniewalały swoją egzotyką. Rezydencja położona na kilkusetmetrowym przesmyku między dwoma zboczami, sięgała z jednej do drugiej strony zatoki. Budynki na palach wyrównujących podłoże, tworzyły tarasy z widokiem na obie strony zatok. W środku biegały półmetrowe legwany dodając niecodzienności swoim widokiem.
Wzdłuż brzegów zatoki prócz pięknej piaszczystej plaży wznosiły się pionowe ściany skalne dochodzące do około dwustu metrów wysokości. Pod skałami znajdowały się różnokolorowe rafy koralowe. Tam też mieliśmy używanie. Podglądaliśmy czeluści do których wpływały ciągle to nowe nie spotykane dotychczas stwory. Nazywam stwory ponieważ nie znam nazw, a budziły ciągle nowe doznania.

Obok naszego „koraba” stał katamaran z flagą francuską. Z pokładu zsunęła się do wody Wenus. Znowu nasi chłopcy, już na luzie, po doświadczeniach nie używali mowy ojczystej lecz... zagwizdali z wrażenia. Dziewczę w wieku ryczącej czterdziestki, wdzięcznie uśmiechnięte dostrzegło nasze zainteresowanie i popłynęło na plażę. Udając, że zainteresowani jesteśmy tylko pływaniem na rafach, pospadaliśmy do wody z maskami i płetwami. Przypadkiem znaleźliśmy się obok. Próby rozmowy były niewymuszone. Emilie... przypadkiem zgubiła małego potworka... marki pekińczyk z kokardką, którego Benek próbował ratować. Zabawa świetna, wiele sytuacji komicznych. Pani przebywała na łajbie /daj Boże każdemu/ po pięć miesięcy w roku, włócząc się po akwenach wysp dziewiczych, małych i dużych Antylach, zaglądając do portów w zależności od stanu znudzenia.

Mąż wylatywał na kilka lub kilkanaście dni celem załatwiania interesów. Kiedy wracał płynęli dalej. Można i tak spędzać życie! Od czasu do czasu miewali przyjaciół odwiedzających ich na jachcie. Rozmowy toczyliśmy już na plaży w bardzo przyjemnej atmosferze i w... nadziei, że któryś z nas zostanie zaproszony do towarzystwa uroczej nieznajomej. Skończyło się na nadziei.
Kapitan zabrał nas na następne przygody, gdzie spędziliśmy noc i poranek. Wieczorem przed snem pływaliśmy prawie po godzinie. Zjawisko jakiego byłem świadkiem /to było w nocy/ podczas pływania po stronie jachtu zasłaniającego księżyc, razem z nami w wodzie znajdowało się tysiące fosforyzowanych stworzeń, przypominających robaczki świętojańskie. Kiedy wypływaliśmy na stronę naświetloną, znikały.

Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer na brzeg, próbując spenetrować najbliższe okolice. Henio przodem wytyczał kierunek, ja z Pawłem wlokłem się z tyłu marudząc, że chcę do wody. Jednak chłopcy mieli nosa. Takiej roślinności nie spotkaliśmy dotychczas. Skyrokiety, strzeliste o pięknym zapachu, odurzały kaktusy jak z pejzażu meksykańskiego, a tuje i orzechy coco niepowtarzalne.
Dziwne kształty i kolory ptaków przelatywały nad głowami od czasu do czasu puszczając łajno na spokojnych turystów. Ostre liście krzewów i kolce kaktusów raniły nasze ręce i stopy, mimo przezornie wziętych adidasów. Kilkumetrowej wysokości Juki kłaniały się morzu. Na wysepce harcowało stado kóz.
Zrobiliśmy kilka zdjęć, mam nadzieję, że oddadzą trochę tej egzotyki, która tak nas fascynowała. Drzewa kokosowe rosły na dziko, prawdopodobnie z owoców wyrzuconych na ląd podczas sztormów, które tutaj zimą /naszym latem/ potrafią spiętrzać falę do kilku metrów wysokości. Ziemia nie jest tak urodzajna jak na Grenadzie, ale natura rzeźbi w skałach szpary w których rośliny i drzewa zapuszczają korzenie.

Wszystkie wyspy powstały wskutek wybuchów wulkanów i w zależności od upływu czasu, flora jest bardziej lub mniej bujna. Kozy biegały po skałach jak kozice. W nieogrodzonych domostwach można było zauważyć kury i czarne świnie. Krowy wyglądały jak z obozu koncentracyjnego. Z zaciekawienia zerwałem podobny do jabłka owoc i ugryzłem chcąc posmakować. Chyba kara za grzechy! Myślałem, że wyzionę ducha. Szczypało i piekło jak po najostrzejszej papryce, tylko dochodził strach czy to nie trucizna? Może kurara lub inny diabeł, a do domu daleko!

Buźka mi spuchła a dobijał mnie śmiech moich koleżków, którzy, gdybym nie ja pierwszy, też przecież oni mogli popróbować? Leczyłem się mlekiem a kiedy pytaliśmy tubylców, poważnie powiedzieli, że mam kilka godzin życia! Łotry, nawet kiedy szukałem apteki to mówili, że na wyspie czegoś takiego to nie ma.
Do wieczora wydobrzałem. Tylko ucho mi dokuczało i ból wchodził na szczękę. Zostało jeszcze pięć dni przygody, chyba wytrzymam.
Chłopcy ciągną do miasta, pora na fish jak mawia mój przyjaciel Henio.
Postanowiliśmy dokonać zakupów, również nie zapominając, że mnie trzeba wyleczyć i krzyczymy po dinghy. Hektor przypłynął, a kapitan z Benkiem przygotowują strategię na najbliższe miesiące! Rozmowy ich bywały burzliwe, ponieważ Asbjorn spodziewał się zarobku, a wiadomo już było, że nawet na samo utrzymanie nie starczało!
Planujemy pobyt na wyspach zsynchronizować w czasie, aby wykorzystując do maksimum zwiedzanie wysp, pływanie, penetrowanie raf, zdążyć jeszcze na samolot. W pobliżu Saint Martin znajduje się kilka ciekawych wysp, więc płyniemy, żeby być blisko lotniska. Wpływamy do zatoki Fort – de France po stronie francuskiej kotwicząc jacht przy pomoście. Mamy możność pozostać dłużej ze względu na tankowanie.
Wykorzystujemy oczywiście czas, aby dokonać prezentacji opalenizny w kurorcie klasy A. Białe długie spodnie, nowa koszulka, darowana przez Benka beisbolowa czapeczka , dobra od piekącego słońca i w… miasteczko. Poranny czas wypełniło nam pisanie kart z pięknym egzotycznym widokiem. Siedzieliśmy w kawiarenkach, leżących na malowniczo położonych tarasach. Przebywanie w eleganckich i szykownych restauracjach skłaniało do refleksji. „Gentelmani” o pieniądzach nie mówią, Oni je mają, widocznie tak naprawdę to mi dużo... tych pieniędzy brakuje?
Wolność to... posiadanie możliwości realizacji swoich planów, wszystko to wiąże się jednak z... mamoną! Znowu schodzę na ziemię!
Z pokładu jachtu oglądamy panoramę miasteczka. Na wzgórzach przylepione wille aktorów Sylwestra Stallone, Roberta Redforda i innych gwiazd Hollywoodu. Wyspa jest własnością podzieloną na część francuską i holenderską. My, staliśmy na stronie francuskiej. Nie zauważyłem żadnych znaków granicy, które uniemożliwiałyby poruszanie po terytorium.

Wieczorem Paweł, Henio, Benek, Leszek i ja wybieramy się na spacer w kierunku przed... siebie. Nogi nas niosą w kierunku budynku z zielonym dachem. Świadomie czy nie, chcemy zobaczyć jak wygląda prawdziwy, karaibski burdel. Komentarze i śmiechy widocznie maskują zachowania bohaterów. Odwaga topnieje w miarę zbliżania się do celu. Reakcje mieszane. Leszek odciąga mnie na bok i prosi... „broń Boże nie mów przy stole na imieninach Baśki, gdzie byliśmy”, obiecuję - że nie powiem – tyle razy już obiecywałem! Każdy udaje światowca, bywalca - dopóki nie doszliśmy pod drzwi. Benek najmłodszy i najodważniejszy, z resztą nie chciał przy wujku pokazywać nieznajomości zagadnienia – tyle opowiadał!
Wchodzimy, przed drzwiami rosły murzyn serdecznie zaprasza, już przepadło! Stracę cnotę!
W środku olbrzymia sala z bilardem na środku, przyćmione światła, muzyka latynoska robi wrażenie. Pod ścianą naprzeciw wejścia, barek z zachęcającymi kolorami trunków. Ze stołków odrywają się dwudziesto paroletnie czarnoskóre dziewczyny i tanecznym krokiem zbliżają się do nas. Udajemy niespeszonych, ale co tu mówić jak jest się pierwszy raz... i to nie wiadomo po co?!!!

Pewności nabieramy, kiedy podchodzimy do baru. Na przeszpiegi pytamy o... piwo i zadowoleni, że tylko dwa $ za Heinekena, zamawiam dla wszystkich, na co Henio mówi – ja płacę sam… i powiem w domu, że pierwszy raz wydałem pieniądze na... k...y. Rozładował napięcie i już potoczyło się na luzie. Dziewczęta wdzięczyły się... zawodowo, zapraszając do tańca i swawoli. Siadamy na wysokich stołkach i rozkoszując się piwem oglądamy z zaciekawieniem rozwój niespotykanej sytuacji.
Ręka młodej Kolumbijki, którą położyła na moim udzie, nie sprawiała mi przykrości! Ruchy pieszczotliwie przesuwające się w kierunku biodra przyjemnie dawały poczucie męskości i... niemocy, bo co się stanie... jak się podniecę !?. Przy barku?
Trudności językowe nie miały znaczenia! One co prawda nie znały angielskiego, my hiszpańskiego, ale na migi pokazywały, że zrobią wszystko o co poprosimy. Jedna z nich pokazywała paluszkiem do buzi, że... chciałaby zapalić, ale ja dałem do zrozumienia, że... nie palę. Nie wiem do tej pory, dlaczego chłopcy buchnęli śmiechem!? Wieczór był pełen...poznawczej ciekawości i nowości, nie rozumiem czemu Leszek nie chciał o tym rozmawiać przy stole w domu na Chmielnej? Czyżby Basia była tak wrażliwa i nie dowierzająca?
Panienki w lokalu były ładne i wszystkie... kolorowe. Po godzinie zmęczeni wrażeniami i z humorami, że... niedługo będziemy śmielsi, wracaliśmy na pokład naszego kochanego jachtu!

Komentarzy nie należy powtarzać więc dodam tylko, że długo w noc popijając trunki toczyliśmy rozmowy kończące się wesołym śmiechem. Dziewczyny pochodziły z Dominikany, Kolumbii, Jamajki, Wenezueli, i były gotowe za 40$ poświęcić swoją cnotę w imię miłości .... międzynarodowej!.
Kilka zdjęć w ciągu dnia, powinno przypominać miejsce, które stanie się ostatnim dniem podróży. Paweł z aparatem na szyi, jak zawodowy fotograf uśmiechnięty, wychodzi z jachtu, wsiada do... obok dingi i kąpie się w oceanie. Już po zdjęciach! Wydobywa się z wody na szczęście z aparatem. Witamy go salwą śmiechu mimo, że nie mamy nadziei na zaplanowane upamiętnienie przygody z ostatnich dni pobytu. Podobną przygodę przeżyła jeszcze Marylka tylko, że wcześniej. Nie mogąc trafić nogą na ponton wślizgnęła się pod wodę.
Nazajutrz wypływamy na jeszcze jedną wyspę w nocy bezludną a dniem kipiącą życiem. Obok znajdują się rafy, pływają żółwie, po dnie włóczą się lobster. Plaża piaszczysta, woda przezroczysta, w ciągu dnia motorowe łodzie dowożą plażowiczów. Na wyspie znajduje się „butik”, restauracyjka, „barbekju” i przeurocza tawerna, w której stoliki i ławeczki stoją w wodzie a dach osłaniają liście palmy. Na przekrzywionej palmie, Paweł i Henio z Benkiem założyli hamak i obiecali sobie ostatnią noc w nim przespać.

Wieczór poprzedzający wyjazd zaplanowany z grillem na dzikiej wyspie. Mięso z kością pieczemy na palenisku pozostawionym przez tubylców. Prócz drzewnego węgla, używamy liści palmowych, aby było jaśniej w zapadających po 18-tej ciemnościach. Potworny zapach nie odstrasza zgłodniałych amatorów przygotowujących kolację.
Przyprawy przywiezione z jachtu nadają upiorny smak, ale nie jadłem nic bardziej niesamowitego i smaczniejszego, niż tego dnia. Chłopcy nie zapomnieli o resztkach dobrych czasów i wysączaliśmy „whiskacze’’, rumy, piwa tak, jak by jutra już nie było.
Powrót na jacht koszmarny, koło północy przy ciągle jarzącym się księżycu i gwiazdach. Żal opuszczać miejsca, które dostarczyły nam tyle niecodziennych doznań z otaczającą egzotyczną dla nas naturą. Wracamy szukać skarbu tam, gdzie zawsze powinien być! Do domu. I tak się kończy pożegnalny walc, który był moją nadzieją!
Atmosfera tamtych dni podpowiada, że od doboru ludzi zależą wspomnienia powiększające radość poznawania i przeżywania tylu ciekawych rzeczy widzianych po raz pierwszy. Rejs rozpoczęliśmy w Wenezueli, marinie Comanagoto odwiedzając kilkanaście wysp, przebywając ponad1350 km. Opaleni, szczęśliwi, zaprzyjaźnieni z szóstką załogi i skonfliktowani z piątką turystów /czwórka wysiadła na wyspie w Antiqua/.

Bilans - straty w towarzystwie i tak spisanym na straty, a zysk? Poznanie przyjaciół, którzy się sprawdzili, w bądź co bądź, dość ekstremalnych warunkach!
Jest to na pewno przygoda, którą zaliczam do klasy A.
Doświadczenie poznawcze nie do porównania z dotychczasowymi.
Pisząc wspomnienia przepraszam wszystkich, którzy czują się dotknięci moimi obserwacjami. Potrzeba rozładowania emocji związanych z przeżytą przygodą, nastroiła mnie do powrotu myślami na Karaiby i opisania wspomnień, które wywarły niezatarte wrażenia. Zdjęcia pozwalają odtworzyć coraz to trudniej kolejność i dokładność przeżyć, ale sens pozostaje w pamięci.

Uwagi jakie się nasuwają przy okazji remanentu to przede wszystkim:
1. Cały rejs nie powinien trwać dłużej niż dwa tygodnie, /dla turystów za pieniądze/ należy ograniczyć od Grenady, /wycieczka dookoła wyspy, wzgórze ”Forest-rain” za 100 $ busem/ do St. Lucia na tym odcinku.
2. Zaliczyć Grenadinas – maleńkie wyspy Union, Tobago Cays, bezludne wysepki, rafy, plaże, dzikość i egzotyka, świat podwodny.
3. Rejsy między wyspami nie dłuższe niż 8 - 10 godzin.
4. Zaopatrzenie uzgodnione w/g. potrzeb /co do 1 dkg!/.
5. Komunikacja z jachtem satelitarna / konieczna/.
6. W odwiedzanych marinach żywienie indywidualne /przymusowe?!/
7. Pomoc kapitana w portach /bariera językowa, francuski, hiszpański, angielski,/ uzgadnianie wycieczek.

Wnioski zasadnicze:
Wspólne przebywanie w nie zgranym towarzystwie dłużej, powoduje zgrzyty ksenofobiczne a brak wyobraźni stresy moralne…
Benek odprowadza nas na lotnisko, smutne pożegnanie, żal odlatywać, żegnamy się wiedząc, że nie zarobił ani centa, ale też i w naszych kieszeniach pozostało zero. Wyprawa warta była dużo więcej... niż pieniądze!
Promocja i próba ściągnięcia w te rejony Polaków jeszcze za wcześnie. Koszty wysokie, ale warte każdych pieniędzy!

Na lotnisku spotkanie z pozostałymi partnerami podróży, którzy przylecieli do St. Martin z Antiqua samolotem, przespali się w hotelu i razem z nami kontynuują lot do Warszawy. Grzecznościowe ukłony, wymiana kilku zdań, tak, abyśmy słyszeli, jak są zadowoleni i lecimy z powrotem do...Wenezueli! Dokładniej na wyspę Curacao, gdzie lądujemy, aby nabrać paliwa, pasażerów i już w górę do Amsterdamu. Słyszałem kilkakrotnie powtarzane z ust Pań „mimo wszystko warto było”, co dało mi marną bo marną, ale satysfakcję. Zdjęcia które przysłała p. B., za które podziękowałem, były również wymowną deklaracją... chyba uznania wspaniałej wyprawy.
Dziękuję jeszcze raz i przepraszam za moją demoniczną potrzebę, przeżycia tej przygody. Na lotnisku witała nas cała rodzinka podróżników. Bożenka przyjechała z Normankiem, a w domu kolacja trwała do... rana.

W czerwcu 2002 Benek, po wielu przygodach wymagających osobnego omówienia, przepłynął Atlantyk i oddając jacht w czarter polskiemu armatorowi, zakotwiczył go w Chorwacji, marinie Zadar.

We wrześniu obiecuję sobie z przyjaciółmi spędzić kilka dni na Adriatyku

cdn...[PRAWA]
Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
album-3.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
mlynarski.jpg

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1275055.jpg

RADIO MAGIAN

czytajac1.jpg
radio_magian_330.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  16090_330.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...

LICZY SIĘ KAŻDY DAR SERCA

marta_1_330_edyt.jpg
  Redakcja Albumu Polskiego zwraca się do wszystkich czytelników przyjaciół i ludzi dobrej woli z apelem o wsparcie dla Marty Smolińskiej wnuczki naszych przyjaciół.   Jeśli rozliczając swój PIT macie zamiar...

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2017 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.