Wtorek, 13.11.2018 r. Imieniny: Stanisława i Mikołaja
I drobnostek nie należy lekceważyć, bo są one podstawą doskonałości, a doskonałość nie jest drobnostką.

Michał Anioł
Polska zawsze blisko
Wró?Strona g?ówna Drukuj

Zmory przeszłości

Mateusz Biskup (biszop) 2011-11-02
edward_lubusch_auschwitz_100.jpgJelenia Góra, marzec 1984 roku.
Pogoda była fatalna. Krople deszczu porywane silnym wiatrem biły żałobników po twarzach. Ksiądz wypowiedział słowa pożegnania i poświęcił trumnę. Czterech grabarzy powoli opuściło ją do grobu, po czym chwycili za łopaty i zaczęli zakopywać dół. Mokra ziemia uderzała o wieko z głuchym łoskotem. Uformowawszy nasyp zatknęli na mogile prosty krzyż z tabliczką. Na czarnym tle widniał napis „Bronisław Żołnierowicz 1913-1984”.
Tak się jednak ten człowiek nie nazywał.
Zaledwie kilka osób spośród kilkudziesięciu zgromadzonych na cmentarzu znało prawdziwe nazwisko nieboszczyka.

Był strażnikiem w Auschwitz, ale nie był zbrodniarzem. Był esesmanem, ale walczył w Armii Krajowej. Przez czterdzieści powojennych lat uciekał przed swoją przeszłością, jak przed zmorą. Edward Lubusch urodził się na początku lat 20-tych w Bielsku – mieście, którego olbrzymią większość mieszkańców w tamtym czasie stanowili Niemcy. Wiek poborowy osiągnął w momencie, gdy Hitler rzucił swoje dywizje na Związek Radziecki. Jego starszy brat poległ na froncie wschodnim, a matka postanowiła, że zrobi wszystko, by uchronić młodszego syna przed podobnym losem. Uruchomiła swoje kontakty i znajomości, dzięki którym w 1941 roku Edward zamiast zostać wcielony do Wehrmachtu ubrał mundur esesmana i otrzymał przydział do załogi obozu zagłady Auschwitz.

Kiepski był z niego strażnik. Przełożeni natychmiast zorientowali się, że wbrew regulaminowi jest bardzo łagodny dla więźniów. Rozmowy dyscyplinujące nie odniosły żadnego skutku, więc sięgnięto po bardziej stanowcze środki. Kilkakrotnie trafił do obozowego aresztu, a gdy i to nie poskutkowało został wysłany do karnej kompanii w obozie Stutthof. Wszystko na nic – nadal traktował więźniów po ludzku. Zaczęto się zastanawiać nad wysłaniem go na front wschodni. Aby temu zapobiec Edward musiał udowodnić, że jest w obozie niezbędny. Pomógł mu przypadek. Pewnego dnia zepsuł mu się motocykl. Kiedy próbował go naprawić podszedł do niego jakiś więzień i powiedział, że pomoże mu dorobić zepsute części. Edward wpadł na pomysł założenia warsztatu ślusarskiego na terenie obozu. Miał do tego pewne przygotowanie – przed wojną uczęszczał do zawodowej szkoły mechanicznej w Bielsku.

Rozrysował plany przyszłego warsztatu i w obszernym raporcie opisał korzyści, jakie przyniesie on esesmańskiej załodze. Raport przedstawił komendantowi obozu Rudolfowi Hossowi, który zaakceptował pomysł. Edward zgromadził niezbędne narzędzia i zorganizował uroczystą inaugurację warsztatu, na którą przybyła cała wierchuszka obozowej załogi. Ten warsztat był w rzeczywistości jedną wielką ściemą, a jego praca była naciągana do granic możliwości. Niewielu pracowników warsztatu miało jakiekolwiek pojęcie o ślusarstwie. Trafiali tam więźniowie wykończeni pracą w innych częściach obozu. Pod opieką Lubuscha powoli wracali do sił. On sam przemycał dla nich jedzenie i lekarstwa, mimo że za coś takiego groziła jemu i im śmierć. Za zorganizowanie warsztatu został awansowany do stopnia SS Rottenfuhrera (kaprala). Nie dbał o ten awans – dla niego liczyło się to, że nie trafi na front wschodni i że będzie mógł nadal pomagać więźniom.

edward_lubusch_auschwitz_420.jpg

Warsztat ślusarski w Auschwitz. Pierwszy z lewej stoi Edward Lubusch.

Dzisiaj bardzo trudno ocenić ilu więźniów ocalało dzięki niemu. Z pewnością były ich dziesiątki, może setki.
Był dwujęzyczny – równie dobrze mówił po niemiecku, jak i po polsku. Więźniowie pracujący w jego ślusarni wspominali, że pewnego dnia upił się, śpiewał „Jeszcze Polska nie zginęła” i strzelał z pistoletu do portretu Hitlera.
Nie wystarczyło mu ratowanie więźniów w warsztacie. Postanowił zrobić jeszcze więcej. Nawiązał kontakt z obozowym ruchem oporu i przekazywał grypsy na zewnątrz. Zorganizowana przez niego poczta działała tak sprawnie, że wiadomości wysyłane do i z obozu trafiały do adresatów po obu stronach muru w ciągu jednego dnia.
Jednym ze ślusarzy pracujących w jego warsztacie był Edward Galiński. Pod koniec 1943 roku został przydzielony do grupy instalatorów pracującej na terenie obozu Birkenau. Poznał tam belgijską Żydówkę Malę Zimetbaum, w której się zakochał. Zwrócił się do Lubuscha z prośbą o pomoc w zorganizowaniu ucieczki. Ten mu jej nie odmówił. Przekazał uciekinierom swój esesmański mundur i pistolet z trzema nabojami.
24 czerwca 1944 roku Edward Galiński przebrany w esesmański mundur zmylił straże i wyprowadził Malę Zimetbaum z obozu. Uciekali na południe, w stronę granicy ze Słowacją. Niestety, Gestapo złapało ich po dwóch tygodniach. Trafili z powrotem do Auschwitz, gdzie osadzono ich w Bloku Śmierci.

Edward Lubusch przestraszył się, że pod wpływem tortur oboje zdradzą kto im pomógł w ucieczce i postanowił zdezerterować. W lipcu 1944 roku wyjechał swoim motocyklem z obozu i nie wrócił. W tym czasie był już żonaty. W 1942 roku w Bielsku poznał Martę Kneblowską, która po krótkim narzeczeństwie została jego żoną. By uzyskać pozwolenie na ślub oszukał przełożonych, że jego wybranka jest Niemką, a jej prawdziwe nazwisko brzmi Knoebl.
W rzeczywistości Kneblowscy byli polskimi patriotami – ojciec Marty był emerytowanym oficerem Wojska Polskiego, a jej brat walczył w kampanii wrześniowej. Dzięki parasolowi ochronnemu, jaki rozwinął nad nimi Edward mogli się czuć w miarę bezpiecznie. Udało mu się załatwić teściowi przyzwoitą pracę, dzięki której mógł utrzymać rodzinę. W październiku 1943 roku urodził się syn Marty i Edwarda – Waldemar.
Po dezercji z obozu Edward znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Nie mógł zamieszkać z rodziną, bowiem to oznaczałoby dla nich wyrok śmierci. Dzięki teściowi nawiązał kontakt z partyzantami i wstąpił do Armii Krajowej.
Niewiele wiadomo o jego walce w szeregach AK. Naprawdopodobniej pełnił rolę wywiadowcy wcielając się w doskonale sobie znaną rolę esesmana. Wnikał do strzeżonych obiektów, kontrolował niemieckie konwoje i uczestniczył w uwalnianiu więźniów. Był takim pułkownikiem Kwiatkowskim, tyle, że w niemieckim mundurze.

W tym czasie jego żona z synem mieszkała w Wadowicach. Edward odwiedzał ich od czasu do czasu. Niestety, jedna z takich wizyt zakończyła się tragicznie - okazało się, że ich dom od pewnego czasu był obserwowany przez gestapowców. Lubusch został aresztowany i przewieziony do więzienia w Bielsku. Wyrok mógł być tylko jeden – kara śmierci. Był to jednak już styczeń 1945 roku. Armia Czerwona parła naprzód, a spanikowani Niemcy uciekali na zachód. To uratowało Edwarda przed egzekucją. Przewieziono go do Berlina. Tuż przed upadkiem stolicy Rzeszy został włączony w skład Volkssturmu – formacji do której rozpaczliwie broniący się Niemcy wysyłali każdego zdolnego do noszenia broni.
Udało mu się przeżyć szturm wojsk radzieckich i polskich na Berlin. Uciekając z płonącego miasta natknął się na zwłoki polskiego żołnierza. W kieszeni munduru tkwiły dokumenty na nazwisko Bronisława Żołnierowicza urodzonego w 1913 roku koło Wilna. Edward wziął je i przybrał nową tożsamość.

Z nowym nazwiskiem wrócił do Polski. Nie mógł pozostać w Bielsku – zbyt wiele osób pamiętało go tam jako esesmana. Wyjechał z żoną i synem na drugi koniec kraju – do Gdańska. Tam jednak rozpoznał go dawny więzień obozu w Stutthofie. Znów musiał uciekać. Razem z żoną doszli do wniosku, że najbezpieczniej będzie zamieszkać na wsi. Rozpoczęli więc peregrynację po różnych PGR-ach, głównie w Wielkopolsce. W tym samym czasie urodziła im się córka Krystyna. By dodatkowo zatrzeć za sobą ślady Edward zmienił synowi imię z Waldemara na Włodzimierza. Odpis metryki rzekomo spalonej podczas wojny załatwił za łapówkę.
Edward uciekał przed swoją przeszłością z obawy, że zostanie skazany zanim znajdą się świadkowie gotowi zeznawać na jego korzyść. Nazwisko Lubusch figurowało na liście hitlerowskich zbrodniarzy wojennych, a w latach 50-tych nikt nie bawił się w rozpatrywanie jednostkowych przypadków i szukanie wyjątków w ogólnym wizerunku SS.

W 1956 roku Żołnierowiczowie przeprowadzili się do Jeleniej Góry i kupili dom przy ulicy Szpaczej. Edward, a raczej – Bronisław założył hurtownię spożywczą i starał się jak najmniej zwracać na siebie uwagę urzędników. Jego wojenne przeżycia stanowiły w rodzinie temat tabu. O tym, kim naprawdę był nie wiedziały nawet jego własne dzieci. Doprowadziło to do nieszczęścia. Jego syn poznał dziewczynę i zapragnął się żenić. Do ślubu potrzebny był jednak oryginał metryki urodzenia. Pojechał do Bielska i w tamtejszym kościele zamiast Włodzimierza Żołnierowicza znalazł Waldemara Lubuscha. Data urodzenia zgadzała się, a proboszcz nic nie wiedział o żadnym pożarze. Odnalazł dalszą ciotkę i próbował wydobyć od niej informacje. Staruszka opierała się, aż w końcu krzyknęła ze złością „Twój ojciec był esesmanem w Auschwitz!”. Włodzimierz przeżył szok. Chciał o tym porozmawiać z ojcem, ale ten zamknął się w pokoju i milczał.

Włodzimierz wziął metrykę z nazwiskiem Lubusch, sądownie zmienił nazwisko na Żołnierowicz i żeby formalności stało się zadość – został adoptowany przez własnych rodziców.

edward_lubusch.jpg

Edward Lubusch vel Bronisław Żołnierowicz

Edward rozpoczął pracę w biurze podróży Orbis. Dostał ją przypadkiem. Podczas pobytu w Gnieźnie zauważył, że przewodnik oprowadzający grupę niemieckich turystów strasznie kaleczy język Goethego i przyszedł mu z pomocą. Niemiecki był jego językiem ojczystym, którego znajomość musiał ukrywać przez wszystkie powojenne lata. Teraz znowu mógł się nim posługiwać, co sprawiało mu olbrzymią przyjemność. Został pilotem wycieczek. Najpierw opiekował się grupami turystów z NRD, potem także z Niemiec Zachodnich. Dobrze zarabiał i dzięki tej pracy rodzina zaczęła żyć na względnie wysokim poziomie. Zmory przeszłości nie dały jednak o sobie zapomnieć. Jeden z turystów rozpoznał w nim Edwarda Lubuscha, którego poznał w Bielsku jeszcze przed wojną. Bronisław wyparł się wszystkiego, a tamten na szczęście nie kontynuował tematu. Uznał, że się pomylił.

Edward Lubusch vel Bronisław Żołnierowicz do końca życia mieszkał w Jeleniej Górze. Jego syn Włodzimierz mieszkający obecnie w Poznaniu wspominał, że zawsze był bardzo nerwowy – wiecznie się bał, że ktoś dowie się o jego przeszłości.
Zmarł 10 marca 1984 roku.

Wróć
Góra Facebook
Drukuj

TWOIM ZDANIEM

Taka Warszawa w obiektywie J. Urbaniaka

a_to_polska_wlasnie.png
wawa-1_800.jpgwawa-2_800.jpgwawa-3_800.jpg

Album Jacka Frankowskiego

album_frankowskiego.png
pociagiem_nad_morze_kacik.jpg

... nie tylko od święta

569919bf7f9df39147c695e68d915148.jpg

Giżycki Fotoplastykon

fotoplastykon3_330.png
  0225809057_330.jpg

Rogale marcińskie

rogale_marcinskie_szpar  
Rogal świętomarciński - rogal z nadzieniem z białego maku tradycyjnie przygotowywany w

www.Giżycko-Lötzen.pl

gizycko_lotzen330.jpg

Pokochaj Lubuskie

lubuskie_330_m.jpg

Flagi i

baner_manufakturaflag.pl_330.png

A TO POLSKA WŁAŚNIE...(2)

obiektywem_lapinski_win2.jpga1046208.jpg

Efekt Φ

laterna_nowa.jpg
03kamera_100.jpgNowa wystawa w Muzeum Historii Fotografii  4 grudnia 2013 – 30 marca...
Redakcja - Kontakt - Napisali o nas - Nasze bannery
Copyright © 2002-2018 Wydawnictwo Internetowe Album PolskiWydawnictwo Internetowe ONPowered by Powered by DV
Wszystkie prawa zastrzeżone.